klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
Tak i nie 2017-05-28

Świeżo po koncercie  zespołu LemON. Jedno z moich małych pragnień się spełniło. Koncert był piękny, a ja wróciłam odprężona. Zaczęłam aż żałować, że nie mam wystarczająco czasu i pieniędzy, i towarzystwa, by częściej chodzić na koncerty. Duchowe przeżycie.


Jedna myśl mnie tam nawiedziła pod wpływem tych wszystkich obściskujących się i śpiewających w deszczu parek. Jedna z nich była bardzo blisko mnie, co przy koncertowym ścisku jest normalne. Patrząc na ich wymianę czułych gestów,przestraszyłam się na myśl, że ktokolwiek mógłby być tak blisko mnie i nawet nie w sensie fizycznym. Wystraszyłam się, że ktoś mógłby wejrzeć w głąb mego umysłu i duszy. W końcu jak na wiecznie umartwiającą się z powodu niespełnionej miłości osobę, wręcz przyzwyczaiłam się do tego stanu. Czasem nawet wydaje mi się, że to całe cierpienie wyznacza moje jestestwo. Bo to tak jak gdyby go nie było- nie byłoby mnie. W konsekwencji nie powstałby nawet ten blog. A tak w szerszym kontekście myślę, że gdyby nie te wszystkie niespełnione miłości nie było by nawet epoki romantyzmu, romantyków i powstałych w tym okresie dzieł.


I gdy pomyślę sobie o krok dalej o mnie i tych romantykach wydaje mi się, że my lubimy nasze cierpienie, ba nawet nie umiemy sobie wyobrazić, że moglibyśmy pokochać jakąkolwiek inną osobę. Jakbyśmy byli wręcz niezdolni do spełnionego uczucia i nie umieli funkcjonować w normalnym związku. Może my lubimy cierpieć i potrzebujemy złudzeń jak ryba wody? Lubujemy się w wyobrażeniu o romantycznej, duchowej miłości. Ale właśnie. To tylko nasze wysublimowane wyobrażenie o czymś, czego mieć nie możemy.


 


Kiedyś bardzo wierzyłem w miłość, szczególnie tą nieszczęśliwą. Wmawiałem sobie, że cierpienie uszlachetnia i nadaje uczuciu głębi. Najczęściej uczucie było platoniczne, więc pogłębianie go przypominało wybieranie mózgu za pomocą łyżki. Znasz to?Nie ważne, gdzie byłaś, ani kim byłaś. Imię nie miało znaczenia. To, jaki miałaś charakter nie miało znaczenia. W moich snach, w moich wizjach byłaś idealna.Zajmowałaś moje myśli i stosy zapisanych kartek. Ubierałem Cię w wersy, zwrotki. Budowałem najpiękniejsze zdania. Byłaś moją inspiracją, niespokojnym snem. A ja chciałem tylko jednego.Być Twoją gwiazdą rocka.Czy pragnąłem Cię poznać? Tak mi się wtedy wydawało. Dziś już wiem, że to bzdury. Bo ja nie chciałem Ciebie, ważniejsze było moje wyobrażenie o Tobie. Chciałem wielbić coś nieosiągalnego, postać na piedestale. Co jakiś czas zmieniałem obiekt kultu. Przenosiłem wszystkie moje mrzonki, wszystkie ideały na kolejną, niczego nieświadomą dziewczynę - która była tylko Twoją wizytówką, personifikacją w fizycznym świecie. Dowodem na to, że istniejesz.Byłaś jak Święty Mikołaj. A ja byłem naiwnym dzieckiem, które nie chciało zauważyć znajomych butów wystających spod czerwonej peleryny. (…) Nieszczęśliwa, niespełniona platoniczna miłość, to miłość pieprzonego egoisty. Oczywiście, pozory nakazują wnioskować raczej. Na myśl przychodzą ckliwe, romantyczne uniesienia. Prawda jest jednak inna.Zawsze chodziło o to, czego JA chciałem. Co JA czułem. Ty byłaś tylko nieosiągalnym narzędziem, za pomocą którego miałem odnaleźć szczęście.Miałaś być aspiryną na ból głowy i upragnionym lądem dla wysuszonego rozbitka.Wiesz, dlaczego przestałem dla Ciebie pisać? Zatrzasnąłem kilka drzwi w głowie i wyrzuciłem klucz. Wypromieniowałem siebie na zewnątrz, przyjmując nową strategię. Doświadczać. Sprawdzać zasadność każdej myśli w rzeczywistości. Wybrałem się w długą podróż, która nauczyła mnie życia i zmieniła z chłopca w mężczyznę.Przestałem widzieć Twoją twarz w każdej mijanej dziewczynie. Zacząłem poznawać je - takimi, jakimi były naprawdę. Dawałem im coś, czego nie był w stanie zaoferować przeciętny Krzysiek, który zatrzymał się na etapie zranionego poety. Nie miałem wobec tych dziewczyn żadnych oczekiwań. Akceptowałem ich prawdziwą twarz, zamiast zauraczać się wyobrażeniami na ich temat.Oczywiście, żadna z nich nie dorastała Ci nawet do pięt, jednocześnie jednak - to paradoks - każda była lepsza od Ciebie.Cierpienie nikogo nie uszlachetnia. Nie nadaje niczemu głębi. Zmienia jedynie frajera w nieszczęśliwego frajera. To trucizna podawana facetom od najmłodszych lat w społecznej kroplówce. Środek, który upośledza i zamyka w introwertycznym kokonie. Ideały są piękne, jeśli budowane na prawdzie. W każdym innym wypadku będą zepsute. O zepsutych ideałach najwięcej wiedzą żołnierze, którzy zginęli za ropę i nieszczęśliwi - a po latach już zgorzkniali i zdziwaczali - niepoprawni romantycy.Każdy z nich chce wierzyć w to, że kiedyś Cię znajdzie. Że jesteś im przeznaczona i odwzajemnisz gorące, platoniczne uczucie. Ciepła, kochająca, czuła. Widzisz krwawiące wnętrze, ukryte głęboko pod społeczną maską. Zawsze potrafisz dostrzec drżenie ust komika, gdy ten stoi na scenie sam.Każdy z nich wierzy. I czeka.Tylko dlaczego jakakolwiek prawdziwa dziewczyna miałaby zadać sobie tyle trudu, by przez tę maskę zajrzeć głębiej? Po pierwsze, nikogo nie obchodzą cudze problemy. Po drugie, żadna kobieta nie chciałaby w nagrodę zostać jedynie Twoim odbiciem, marną imitacją. Standardem, do którego nie jest w stanie doskoczyć.Ktoś powinien wykrzyczeć to prosto w twarz tym naiwnym głupcom.”- by V1ncent.pl

Swoją drogą zachęcam do czytania powyżej wspomnianego bloga. Gdybym potrafiła pisać w tak ujmujący sposób !!!


dddddd



„Co jeśli jest tak, że nagle wszyscy umieramy w tej chwili?” 2017-05-15

Friday 12th May, 2017 00:24 am


Większość dni upływa mi w zgoła podobny sposób, kiedy to ostatnie promienie zachodzącego słońca wdzierają się przez okno, a ja mogę podziwiać różnorakie odcienie koloru różowego i pomarańczowego rozlewające się po niebie. Uważam, że to ten jeden z cudów natury, który dostaliśmy na pocieszenie dla innych niedoskonałości tego świata.
Moja współlokatorka i jej chłopak, który już czuje się u nas „bardzo swobodnie” leżą na łóżku. Ja odrabiam lekcje albo sprawdzam jakieś rzeczy w internecie. Leniwie zbliżający się ku końcowi dzień.

Jednak czasem zdarzają się takie, które może nie tyle drastycznie o 360 stopni zmieniają moją perspektywę patrzenia na rzeczy, lecz dają początek jakiemuś nowemu myśleniu. Nie jest ich wiele, ale kiedy nadchodzą wywołują bardzo skrajne uczucia. Tak się działo i wczoraj.


Dostałam wiadomość o tym, że jedna z bliskich mi osób przebywa w szpitalu. Szpitalu psychiatrycznym. O siódmej rano poprosiła mnie w smsie o modlitwę i pomoc. Głodna, zmarznięta popędziłam pod wskazany adres po zajęciach. Nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim sądzić...


W tym domu żywych trupów postacie snują się korytarzami jak cienie. Słychać było, jak posuwistymi ruchami przemierzają w tę i wewte długość korytarza. Ktoś miał na uszach słuchawki, śpiewał głośno i bardzo niemelodyjnie. Inna zaś kobieta wrzeszczała, żeby ktoś jej oddał pieniądze i klucze do mieszkania. Wielokrotnie i przeraźliwie płacząc żądała zwrotu.
W samej sali mieszczącej osiem osób panowała żałoba. I ja się bałam jakkolwiek odezwać i zainicjować rozmowę, zapytać o moją znajomą. Bałam się patrzeć w oczy tym kobietom, bałam się ich oskarżycielskiego spojrzenia. W końcu to ja byłam zdrowa, one musiały tu odsiadywać swoje. W wejściu przywitała mnie jedna z nich. Uśmiechnęła się, co odebrałam za przyjacielski znak, jednak potem ten uśmiech wydał mi się bardziej psychodeliczny. Podała mi swoją dłoń, uścisnęła i przez dłuższą chwilę nie puszczała, co z każdą mijającą, nadprogramową sekundą wydawało mi się co najmniej dziwne. Dwie inne kobiety rozmawiały między sobą o lekach, dzięki którym nie słyszy się głosów, jak o przepisie na domowy rosołek, podczas gdy dwie inne panie usiłowały się zdrzemnąć. Oddychały głośno, a może tłumiły pod kołdrą szlochanie ? Tego nie wiem. Jedna chodziła po pokoju, wychodziła na chwilę na korytarz przynosiła mocno rozwodnioną herbatę i kromki chleba, by potem je zjeść i położyć się na pięć minut do łóżka, które jej wydawać się musiały wiekami. Powtarzała jeszcze tę czynność kilkukrotnie. Inna kładła swoje zakupy spożywcze, wykładała z toreb, jadła część z nich i na prośbę o podzielenie się odparła jednej kobiecie, że jest nic niewarta i jej jedzenia nie da. Potem chowała resztę z powrotem i chodziła po korytarzu. Zaczęła obserwować i mnie. Byłam dla niej nowa na sali, nie miałam mętnego od lekarstw spojrzenia, reagowałam na bodźce szybko zachowując trzeźwość umysłu. Cały czas do siebie mówiła, a gdy zobaczyła, że położyłam się w łóżku znajomej, zaczęła się przeraźliwe uśmiechać. Nie wiedziałam, czy to źle czy dobrze, ale starałam się to odwzajemniać. Chciałam, żeby M już wróciła. Czułam ten ferment, w powietrzu wisiała śmierć. Ludzie jednak jak zauważyłam starają się wypełniać sobie czas, żyć normalnym trybem nadając temu ludzki charakter. Grają w gry, słuchają poważnej muzyki. Z planu wiszącego na ścianie wynikało, że przewidziano też gimnastykę, rozmowy z psychologami, badania itp.
Weszła do sali M z mamą. Na pewno jej się zrobiło milej na sercu, choć w dalszym ciągu była apatyczna. Nie wiedziałam, co mam jej mówić: powtarzać jej jak mantrę, że będzie dobrze? Wolałabym znaleźć jej rozwiązanie tego wszystkiego niż jej cokolwiek wkręcać, zwłaszcza, że teraz może być podatna na każde nieostrożnie wypowiedziane słowo. Opowiadać jej o promocjach w biedronce i kto się zaręczył? A po chuj?

Jedyne, co mogłam zrobić to być. Przytulić ją i wsłuchać się w bicie serca. Tempo umiarkowane. Tylko ona się trzęsła. Ze strachu. Ze strachu przed czymś, co jest dla mnie rozumem nie do pojęcia. Cóż takiego działo się w jej głowie? Wielu tam ma problem z werbalizowaniem swoich lęków.


Po czterogodzinnej wizycie, głodna, zmarznięta, z bolącym zębem opuściłam szpital. Miałam wystarczająco dużo do rozmyślania po całym dniu.


Widok tych ludzi dał mi do zrozumienia, że muszę być silna sama dla siebie, bo nikt inny nie będzie, bym nigdy nie musiała przebywać w tym miejscu dłużej niż te 2-3 godziny podczas wizyt. Dał również, że nie jest ze mną tak tragicznie, jak sądziłam. Pomimo krytycznych momentów, które przeżyłam i pewnie jeszcze nieraz przeżyję nie postradałam zmysłów, co nie było takie do końca oczywiste. Nie mam nawet tyle czasu, nie ciągałabym moich kochanych domowników, a co mowa wiecznie zajętych znajomych, żeby ze mną jeździli po psychiatrykach ani psychologach. Ja naprawdę mam tylko siebie. Tylko ja jestem w stanie zawrzeć ze sobą niepisaną umowę i przyjąć siebie z „całym dobrodziejstwem inwentarza”, na który składają się wszelkie słabości, kompleksy i lęki. Jak nie to kto? Dopiero w otoczeniu tamtych ludzi mogłabym na dobre zgłupieć. Mój stan zatem można opisać jako silne załamanie. Jeszcze nie postradanie zmysłów, co jest względnie kojącą wiadomością.


Podziałała na mnie ta wizyta jak zimny prysznic. Nie jest jednak tak źle bym wcale nie dała rady pchać tego wózka do przodu. Mi brakuje iskry. Siły napędowej.


Dobrze, że jesteś,
bo wczoraj znowu bolało mnie serce,
a ciągle nie mam pomysłu na życie.

Musisz mi pomóc,
bo od szesnastu dni pada deszcz
i życie powoli zaczyna mi się rozmywać.

Miałem iść do dentysty,
ale przybłąkał mi się wiersz o tobie,
no i nie mam go z kim zostawić w domu.

Dobrze, że jesteś,
bo w zeszłym tygodniu „U Fukiera”
śmierć znowu pytała o mnie szatniarza.

Dzwoniłem dzisiaj do ciebie,
ale słuchawka ugryzła mnie w rękę
i pewnie ta rana tak szybko się nie zagoi.

Musisz mi pomóc,
bo jestem zmęczony jak Bóg,
który harował przez tydzień –
i nie stworzył świata...

- Jarosław Borszewicz „
tttt Niestety nie zarejestrowałam autora.               


"Oto są oto wszyscy są przyjaciele moi z wielu stron..." 2017-05-07

Saturday 7th May 00:00


 


I choćbym uciekła na kraniec świata, są rzeczy, które same mnie dogonią i uczepią się jak rzep psiego ogona. Będę je strzepywała z nogawki, a cholerstwo się tak silnie trzyma, że nijak się tego pozbyć. Wraca jak bumerang, tylko z mniejszą siłą. Albo to u mnie zwiększa się odporność, albo ja przestaję cokolwiek czuć. A wczorajszy dzień i jedno spotkanie dało mi znać, że przeszłość dogoni mnie jak charty.
Odwiedzili mnie w Warszawie dobrzy przyjaciele z Poznania. Czasy licealne i te sprawy.
Rozmawialiśmy o studiach, zmianach w naszych życiach, wspólnych znajomych. Lekkie, serdeczne rozmowy i żarty. Wspominanie starych czasów, jak to zawsze bywa. Stresowałam się, że będzie sztywno, ale tak nie było.
I to nie jest tak, że nie byłam przygotowana na pytania o T. Ludzie zawsze będą odnosić się na takich spotkaniach do przeszłości, jakakolwiek ona by nie była. Ale na pewno nie na tak bezpośrednie pytania na temat jego osoby. I kiedy ja naprawdę staram się żyć z obecnym stanem rzeczy, nawet jeśli już innego scenariusza dla siebie nie przewiduję, zawsze pojawi się jakaś rozmowa czy motyw, który znów narobi mi zamieszania w sercu. I czasem naprawdę daję sobie ze wszystkim radę, kiedy nie dopuszczam do siebie żadnych uczuć, żyję mechanicznie. Czasem naprawdę mi się to udaje.

Ale kiedy zostałam sam na sam z J już nie wiedziałam, co mam mówić, ile kłamać, na ile mówić prawdę. I nie dlatego, że mnie jakkolwiek zmanipulował czy jak. Wiedziałam na jakie pytania mogę, a jakie nie chcę odpowiadać. Patrząc na Li i J zdałam sobie sprawę, ile dobrego straciłam w życiu i mogłam zyskać. Ile czasu straciłam. Rozmowa jakkolwiek bezpośrednia,była do głębi szczera. Zobaczyłam w czyiś oczach dla siebie szczere współczucie i ciepłe słowa otuchy. Chyba potrzebowałam konkretnej i życiowej rozmowy z jakimś facetem.


Spotkania nie żałuję i nawet te 4 godziny są niczym w porównaniu z tym, ile mamy do nadrobienia od momentu ukończenia Alma.


I chyba z mojej strony to musiała być oznaka dojrzałości, kiedy po jednej wypowiedzi miałam ochotę jebnąć stół, za którym siedziałam i zacząć na nich wrzeszczeć, żeby przestali i że oni, którzy od tylu lat są szczęśliwi nie mają o niczym pojęcia. Zupełnie o niczym. Ja natomiast uśmiechałam się upokorzona, bo w końcu to moi przyjaciele i nie mieli niczego złego na myśli. Po prostu o niczym nie mieli pojęcia.


Gdzie są moi przyjaciele
Bojownicy z tamtych lat
Zawsze było ich niewielu
Teraz jestem sam


11111


Drogenabhängige Familienmitglieder © Käthe Butcher für DIE ZEIT



In the end all what was bad doesn't really matter 2017-05-06

Tuesday 2nd May, 2017 9:35 pm


Oto jestem. Zrelaksowana po 3 dniowym wyjeździe na Mazury. Jestem w całej swojej okazałości.
Na razie czuję się dobrze, złapałam trochę promieni słonecznych, pięknych widoków i ciszy przede wszystkim. I ze wszystkiego tego powiedzieć Wam muszę, że brak zasięgu i dostępu do Internetu to błogosławieństwo! Wprawdzie przy takim zmęczeniu psychicznym 3 dni to niewiele, ale zawsze będzie to dobrze rzutować na samopoczucie w trakcie najbliższych dni.
Podczas tego wyjazdu dowiedziałam się, że jednak mam lęk wysokości i nie powinnam była iść za tłumem. Sam pomysł parku linowego wydawał mi się bardzo w porządku, trasa z dołu również, jednak kiedy jednocześnie musisz myśleć o wielu rzeczach ze świadomością bycia w górze sprawiła, że stchórzyłam po pierwszej przeszkodzie. Zrezygnowana zeszłam, zdjęłam tę „uprzęż” i położyłam się spłakana w trawie, w końcu zasnęłam. To był taki niestety niemiły akcent na dobitkę, jednak nie on sprawił, że po całym wyjeździe zasypiałam w wytęsknionym akademikowym łóżku zarówno bosko zmęczona, jak i zdołowana.
Krótko mówiąc kiedy robiłam swoje żarty w grupie, by się ktoś tam nie obnosił ze swoją miłością, co robię żartobliwie i wszyscy wiedzą, że nie chcę nikogo zranić ani wywołać gównoburzy; usłyszałam od jednego kolegi, że POWINNAM SOBIE CHŁOPA ZNALEŹĆ.
I wiecie... to nawet nie jest tak, że ten ktoś nie miał racji. Sęk w tym, że mnie można poniżyć czepiając się o wygląd, sytuację finansową, studia, ale o tę jedną rzecz jestem w stanie gotowa rozszarpać każdego niezależnie od zażyłości, wieku danej osoby itp. Tej jednej rzeczy nie ma prawa nikt do mnie mówić. To moje święte prawo do strzeżenia tej sprawy niczym puszki Pandory. W dodatku zwróciła mi na to uwagę osoba, która nie wie o mnie niczego. Nie zna mojej historii, nie wie z jakich powodów znajduję się w takiej, a takiej sytuacji- niczego. Uspokajałam się dobre kilka godzin, zepsułam atmosferę wszystkim, a sama ryczałam w łóżku po wyjeździe w akademiku i najchętniej sama siebie bym utuliła łkającą do snu. A ja w nerwach mu odparłam, że mam do czynienia chyba z nie tym samym poziomem inteligencji i rzucałam jakimiś opryskliwymi tekstami, a sąsiadka musiała mnie uspokajać. Przez następne godziny starałam się unikać kontaktu z tą osobą. W tej chwili czuję pewien niesmak, ale po prostu nie znał mnie dobrze i muszę wziąć na niego poprawkę, gdyż na ogół zachowuje niezbyt poważnie. Czyli jak większość przedstawicieli tejże płci, z jakimi musiałam mieć do tej pory do czynienia.
Jednakże mówiąc to wszystko nie przekreślam całego tego wyjazdu! Wręcz przeciwnie!
Pierwszy raz płynęłam kajakiem, nauczyłam się wiosłować i będę chciała to powtarzać w przyszłości. Okolica w której mieszkaliśmy była piękna, a ja dawno nie widziałam tak gwieździstego nieba. Patrząc w nie bardzo chciałam wierzyć, że jest tam jedna, która świeci tylko dla mnie. Romantyczka, wiem. W naszych domkach panowały spartańskie warunki, a przejście spod prysznica do domku równało się z niemałym wyzwaniem. To wszystko pozwoliło mi docenić mój ukochany akademik na Jasnej Polanie bardziej niż kiedykolwiek.


Thurdsay, 26th April


In the end it doesn't really matter.


Chyba po ponad 4 letniej obecności w blogosferze musiałam dokonać pewnej analizy. Spojrzeć na te wpisy pod względem stylistycznym, ale również rozwoju osobowości, bo przecież jednak się zmieniłam! Usunęłam łącznie 30 z ponad 150 notek. Aż 30, gdyż nie niosły ze sobą żadnej merytorycznej treści, jedynie mało znaczący bełkot licealistki. Kiedyś również zrobiłam mały flashback, jednak nie mogłam wytrzymać bólu płynącego z ich treści. Dziś byłam w stanie chłodno na nie spojrzeć. I usunąć bez sentymentu sporą ich ilość.


Żałuję, że nie miałam lepszego inwentarza językowego by oddać naszą licealną rzeczywistość. Opisałabym życie w internacie. Smak potraw, który pamiętam do dziś. Wyrzucanie za picie, niecne czyny, podstępy, jakże dodające dreszczyku emocji powroty po godzinie 20 i romanse pracowników. Również o tym, czemu na słowo parapet parapet czy lodówka będzie na niektórych ustach pojawiał się lekki, nieznaczny uśmieszek. Niecierpliwe spoglądanie w kierunku drzwi, które wiedziałam, że za chwilę się otworzą, a w nich przedstawi się znajoma twarz. Eskapady po mieście P, chwile, którymi pożądliwie napełniałam płuca jak wiosennym lekkim powietrzem, próbując się przy tym nie udusić na śmierć ze śmiechu dzięki T. Chwytałam te chwile, bo wiedziałam, że będą dla mnie niebawem na wagę złota. Ogólnie mówiąc momenty, w których wydarzenia i emocje z nimi związane mieniły się żywymi barwami i ja przeżywałam wszystko prawdziwiej niż kiedykolwiek. Wtedy pozbawiona wszelkich uprzedzeń, których dzisiejsza ja nie umiem już się pozbyć.


Cofam się na chwilę i myślę, co wtedy zaprzątało moją głowę. Kim byłam wtedy? Co przeżywałam? Praktycznie każda moja notka z liceum to jeden wielki KRZYK ROZPACZY. Bezkształtna galaretowata masa drżąca pod wpływem każdego ruchu. Wiecznie niepewna siebie dziewczynka, która kiedy nie potrafiła opisać swoich emocji rzucała kurwami na prawo i lewo. Krzyk dziecka, które samo sobie nie potrafiło pomóc i otrzymywało ciosy na każdej płaszczyźnie. O infantylnym usposobieniu i nieukształtowanym charakterze. Wychowana w miejscu, w którym spory rozwiązuje się krzykiem i drobnymi rękoczynami, tak samo i klasycznagorzka nie potrafiła rozmawiać nie podnosząc głosu, nie będąc opryskliwą i ofensywną. Ale jak można mieć do niej pretensje, skoro żadnych innych postaw do tamtego momentu nie widziała?


26 sierpnia 2013 roku.


Powstał blog. W rzeczywistości pomysł ten pojawił się już wcześniej, a stronę tę poznałam dzięki mojej przyjaciółce, która swego czasu działała tu aktywnie. Siłą napędową, która do dziś jest obecna w moim życiu jest nikt inny jak T. Nie wdając się w szczegóły to, co mieliście okazję śledzić od dnia 26 sierpnia do dziś to zmaganie się z pewną sytuacją, która wywróciła moje życie do góry nogami, przeżuła mnie i wypluła serwując przy tym twarde lądowanie. Śledzić moją frustrację wynikającą z przyjaźni na odległość, konieczności pogodzenia się z porażką. Ale nie tylko. Również historię pięknej, wymagającej cierpliwości, zrozumienia i akceptacji owocnej relacji. Wyboistej, niełatwej, ale jak się się okazuje i trwałej.
Frustrację, bo po raz pierwszy odebrano mi szansę na coś, co mogło przerodzić się w uczucie, którego nigdy nie było mi doświadczyć od najwcześniejszych lat życia. Przyszło niespodziewanie, ale było zbyt piękne, by być możliwym do spełnienia. Na wyciągnięcie ręki i tak niedostępne.
I tu właśnie starałam się przynajmniej nakreślać drogę w momencie osobistego końca świata.
Nigdy nie było łatwo i nie zabrakło momentów, w których chciałam przerwać tę pępowinę. Relację, którą w swoich pijanych epizodach przeklinałam nad wszystko i momentami jeszcze teraz w chwilach krytycznych nazywam destrukcyjną.
A mimo wszystko nadal trwa. Czas leczy rany, ale również zmienia. I żałuję, że kilka lat wcześniej nie pojawił się ktoś, kto pomógłby mi się z tego podnieść o wiele szybciej. I w ten sposób musiałam sama spędzić nad tym tematem wiele lat, nim zrozumiałam. Sytuacja również zmieniła i mnie. Przez to mam wrażenie, że nigdy nie będę w stanie zakochać się w ten sam spontaniczny sposób, nie zważając na uprzedzenia, nie patrząc na pryzmat ustalonych przez siebie jakiś czas temu kryteriów. Jestem za to cyniczna i to odpycha innych. A co gorsza, zdążyłam sobie przez te lata wytworzyć jakiś niewidzialny pancerz utrudniający innym dostęp... tyle, że nie każdy będzie chciał poświęcić tyle czasu i cierpliwości, aby warstwa po warstwie się przedzierać i próbować mnie poznać...
Obserwowaliście tutaj również moment, w którym kończyłam szkołę średnią,a więc moment dla mnie przełomowy. W momencie uczęszczania do niej wierzyłam w jej wątpliwy dzisiaj prestiż. Przerost formy nad treścią, z którym ledwo dawałam sobie radę. Przywiązywałam się do cyferek i słów nauczycieli, jakby miały decydować o mojej przyszłości. A wcale nie zadecydowały, gdyż z dwójkami i trójkami na świadectwie dojrzałości jestem na drugim uniwersytecie w kraju. I czy cel ten dał mi uczucie spełnienia? Odpowiedź już znacie sami.
Również burzliwe ze względu na przygotowania do matury, moje podbramkowe sytuacje z zagrożeniami i spór klasy z wychowawcą, który urósł do absurdalnych rozmiarów, aż wydostał się poza szkole mury, by trafić na wokandę.
Ponadto samo miasto P, jak i ludzie nie dawali mi zapomnieć o T. Wydawałoby się, że moim jedynym zmartwieniem i zajęciem na tamten moment było uczenie się do matury, ale targały mną wówczas sprzeczne emocje, co sprawiało, że nauka była o wiele trudniejsza. A ja sobie po wcześniej wspomnianej sytuacji życia ułożyć nie umiałam. Moment mojego największego upadku na duchu, który okazał się odbił się w przyszłości głośnym echem.
Nauką nauką, ale udawało się naszej Gwardii jeszcze zebrać na piwo, co w tej chwili uważam za niemały sukces. Nikt wtedy nie mówił o ścieżkach kariery, konferencjach, wakacjach na Malediwach, stażach, ślubach, dzieciach, bo też nie wiedzieliśmy zbytnio, co mamy o tym wszystkim myśleć. Część miała jedynie jakieś swoje związki, z czego mogę na palcach jednej ręki zliczyć, które przetrwały. Z perspektywy czasu śmieszą mnie one przeogromnie. W końcu były takie na zawsze i miały przetrwać katastrofy naturalne, przeciwności losu, a przy odległości związek jakimś cudem egzaminu nie zdawał! Czego się oni wszyscy spodziewali? Mieliśmy mgliste pojęcie o wkroczeniu w dorosłe życie i studiach, a co mowa o dalszej przyszłości. Był to również wysyp osiemnastek osób, z którymi mam w większości sporadyczny kontakt. Wówczas uważałam, że te chwile były dla mnie cenne, teraz wiem, że to były tyle warte ile tombak, bo jak widać poskutkowały urwaniem kontaktu i zatarciem się w mojej pamięci związanych z tymże ludźmi wydarzeniami.
Nie tylko pod względem inteligencji emocjonalnej jest widoczny u mnie widoczny postęp. Również pod względem stylistycznym notki dużo zyskały. I to chyba jedna z niewielu zasług moich studiów. Tu zaczęłam się poprawniej wysławiać i szanować język. Śmieszy mnie w tej chwili scenka z liceum, kiedy ja sama śpiąca w ostatnich ławkach na języku polskim powtarzająca wszystkim z uporem maniaka, że język polski mi się w życiu nie przyda! Przecież ja muszę powtarzać słówka na niemiecki! ;))))
W końcu udaje mi się utrzymać notki w pewnych ramach zachowując kolejność. Wywód również stał się jaśniejszy, bo w końcu i ja rozumiem siebie samą dużo lepiej. Nie na darmo spędziłam długie 4 lata na wewnętrznym monologu i terapii zarazem. Leczeniu duszy i serca. Efekty nie są do końca takie, jakich bym sobie życzyła, ale mogło być gorzej.

Od momentu odebrania wyników matur i ogarnięcia tęsknym spojrzeniem budynku Alma Mater jeszcze jeden wątek nie dawał mi spokoju, a co gorsza wywołał niemałe wyrzuty sumienia, które zdołałam niedawno uciszyć. I tak naprawdę po rozpoczęciu studiów nie zaczęłam żyć nowym życiem, niepodobnym do dotychczasowego. Zostawiłam za sobą miasto P- miejsce, do którego będę wracała z sentymentem, przypominające o bardziej lub mniej miłych wydarzeniach i ludziach. Smutno mi tylko, że wszystkie pozytywne zmiany (np. zmiana wicedyrektora na mojego ukochanego nauczyciela języka angielskiego), jakie zaszły w Alma dokonały się po naszym odejściu. Do Warszawy przyjechałam zaś przerażona, z dozą pewnych doświadczeń, niewyjaśnioną sprawą i uprzedzeniami do miasta stołecznego, jak i jej mieszkańców. I tak naprawdę dopiero w trzecim roku mojego mieszkania tutaj mogę powiedzieć, że się przyzwyczaiłam do życia w stolicy, która wcale nie wydaje mi się tak ogromna. Mokotów zaś traktuję jako małe miasteczko, w obrębie którego załatwiam swoje sprawy. Nie czuję się tu tak źle, jak rok czy dwa lata temu, choć anonimowość i samotność w tłumie nadal mi doskwierają.


Ratujcie tych zagubionych,
bo inaczej nikt ich nie uratuje.
Przytulajcie tych złaknionych,
bo inaczej umrą z bezsenności.
Całujcie tych niekochanych,
bo unosi nawet garstka miłości.
Rozmawiajcie z głuchymi,
bo nawet oni słyszą głos serca.
Nasłuchujcie świata z milczącymi,
bo nawet oni krzyczą ciszą.
Bierzcie na barki cudze krzyże,
bo jest im za blisko do ziemi,
a do człowieka powinno być bliżej.
Oddajcie innym część swoich problemów,
bo już niejeden próbował sobie sam radzić
i z samotności zaniemógł.   by "Jesteśmy dorośli. Kiedy to się stało? Jak to zatrzymać?"



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]