klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
Unter meiner Haut 2017-04-13

Thursday, 13th April, 2017 20:10
 
Wleciała jak burza z piorunami i co nieco Wam opowie.
Nie wiem, czy śledzicie, ale kilka dni temu był Światowy Dzień Zdrowia poświęcony depresji. W tym dniu poleciłam komuś pójście do psychologa. Komuś, kto tego niezwłocznie potrzebuje. Co z tym zrobi, jego sprawa.
Ale też zrobiłam sobie swoje osobiste zestawienie po moim długotrwałym doświadczeniu ze zbliżonym do tego zjawiskiem. Zbliżonym, bo tak naprawdę ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy to już dawno depresja czy długotrwały dół. Kiedy jest cholernie źle, jestem w stanie przysiąc, że to jest w rzeczy jasnej ona, ale kiedy zdarzają się momenty krótkotrwałego szczęścia, odrzucam szybko tę myśl. Niezależnie od tego, czym ten stan jest, zasiał on niemałe spustoszenie w moim życiu.

Zacznę najpierw od tych mniej przyjemnych rzeczy, by zakończyć pozytywnym akcentem.


MINUSY


1. Mam problemy z zapamiętywaniem i koncentracją. Uczę się wolniej niż kiedykolwiek, potrzebuję więcej wysiłku by coś zapamiętać. Wszystko mnie rozprasza, a najbardziej komputer, na którym muszę najwięcej pracować. Czuję się, jak starzec, który chce chodzić i biegać jak dwudziestolatek, pamięta jak to robił, ale gdy próbuje, jest świadomy, że jego ciało mu na to nie pozwala. Powłóczy kończynami, zmusza je do wysiłku- przecież siłą woli na pewno je zmusi i znów będzie pędzić z wiatrem! Nic z tego, pada zmęczony po kilku metrach. Ociera pot z czoła szmacianą chusteczką, ukradkiem i łzę. Czuje się przegrany! Ktoś go tu oszukuje! Przecież jeszcze niedawno był najlepszy w biegach w podstawówce! Kiedy to się stało?
Ja też pamiętam, kiedy byłam w stanie zapamiętywać spore ilości materiału. Teraz chce mi się płakać, kiedy nie tylko nie jestem w stanie tego przyswoić, ale również nigdy nie wykorzystam w przyszłości...Boję się, że naukowo się cofam, a największy rozwój mojego mózgu miał swoją świetność w gimnazjum i że potem następowała tylko regresja... I w konsekwencji tego ciężko jest mi się wywiązywać na czas z różnych obowiązków. Boję się, że będzie to miało wpływ na moją dalszą naukową/zawodową ścieżkę.
2. Wybrakowanie z uczuć. Stan na dzień dzisiejszy: Nie chcę niczego od nikogo. Nie jestem nikomu niczego w tej kwestii zaoferować. Niech mnie tylko nikt nie gnębi, nie poniża i nie zmusza do tego bym czuła się nikim poprzez ciągłe porównywanie się na sukcesy i związki.
W tej chwili jedyne, czego bym pragnęła jest to, by ktoś przywrócił mi stan psychiczny chociażby z drugiej klasy liceum, zanim się zaczęło to piekło, albo do drugiej gimnazjum, kiedy naprawdę chciałam się uczyć, miałam znajomych, nawet jeśli mocno ograniczonych i powierzchownych. Nie był to wprawdzie najszczęśliwszy czas, bo ja byłam tym frajerem, który odrabiał lekcje dla wszystkich, a moje wiejskie damy zbierały Walentynki od wiejskich amantów i z nimi tańczyli oni na wszystkich szkolnych dyskotekach. Ale czego nie robiło się dla uczucia przynależności nawet w tak prymitywnej społeczności, kiedy jest się w środku emocjonalną papką, która drgała za każdym razem, gdy się coś mówiło na jej temat za plecami. A nawet jeśli się nie mówiło, sama sobie to dopowiedziała i w tenże sposób wpadała w sidła własnej obsesji.
Jeszcze wtedy nie dopuszczałam myśli, że może mi się coś w naukowych kwestiach nie udać, że będę wieść życie, które znienawidzę i każdego dnia będę oglądała szczęśliwych ludzi, którzy będą na moje „wymyślone cierpienie” patrzeć z dezaprobatą. Przecież sobie wmówiła.

3. Pozrywałam sporą ilość kontaktów. Niektóre mi się osłabiły. Jedno załamanie odczułam silniej w okolicy zeszłorocznej majówki, gdy chodziło o chrzciny. Bo ja naprawdę nie chciałam obciążać się psychicznie bardziej, niż byłam w stanie to udźwignąć. Nie chciałam też robić rzeczy wbrew sobie, tylko dlatego, że „wypada”. Poskutkowało to bym, że usłyszałam podczas Świąt Bożego Narodzenia, że UWAGA CYTUJĘ! ACHTUNG ZITIERN NACH... QUOTED BY: „ rodzina się od Ciebie odwróciła, bracia się odzywać nie chcą, Szatan Cię opętał i masz do czynienia z szatanem. Bóg Ci nie dopomoże”. Piękne prawda? Z tego też powodu spędzam tegoroczne Święta Wielkanocne sama. Nie będzie mi łatwo i już to czuję po dwóch pierwszych wolnych dniach. Muszę się jednak przyzwyczajać. Nigdy nie wiadomo. Jakkolwiek cholernie potrzebowałam silnego wsparcia, tak zostałam kopnięta w dupę. Kopnijcie leżącego. Miejcie pretensje do garbatego, że ma proste dzieci!

PLUSY


Tak, takowe również się pojawiły, choć dostrzeżenie każdego z nich przyszło z niemałym trudem, ale są!



  1. Zaczęłam analizować sytuacje i ludzkie zachowania. Zastanawiać się, co zrobiłam nie tak, co mogłam inaczej- po prostu chciałam poznać różne punkty widzenia ludzi i uwarunkowania zachowań.
    2. Co za tym idzie zaczęłam również szukać w głąb siebie, stałam się wrażliwsza. Robię to, czego kiedyś nie miałam w zwyczaju- nazywam swoje uczucia. Nadal pozostaję restrykcyjna, co do swoich zasad, jednak trochę „przytemperowałam się”. Pod tym mam na myśli, że jestem mniej bezwzględna. Jestem w stanie zaakceptować pewne rzeczy, jednak to określonego stopnia. Tym samym stałam się bardziej wyrozumiała dla osób wokół.
    3. I koniec końców: Doceniam osoby, które są przy mnie na co dzień. Za to, że ktoś poświęca mi godzinę swojego życia na rozmowę telefoniczną, popisze ze mną na fb, wyjdzie na spacer lub gdzieś wyjedzie. Choć na chwilę, naprawdę poprawia mi to nastrój.
    4. Doceniam piękną pogodę. Czuję odczuwalną zmianę nastroju, dopada mnie chwilowa błogość i radość. Mam siłę jakkolwiek toczyć mój syzyfowy głaz ku górze. Chociażby do końca tego dnia.

Zum guten Letzt: Nie ignorujcie osób, które mają tendencje do częstego wpadania w zły nastrój i pesymistycznego myślenia! Wielu ludziom wydaje się, że takie jednostki rodzą się z wszczepionym chipem pt. NEGATYWNE MYŚLENIE. Czy naprawdę wszyscy uważają, że ich misją jest uprzykrzanie życia wszystkim innym przez ciągłe narzekanie? Nie należy ich pozostawiać samym sobie. Osoba w depresji jest w stanie posunąć się w ostateczności do najgorszego! Gdy mam gorszy dzień, gdy nikt nie chce mnie słuchać, albo ludzie patrzą na mnie i kiwają mi z powątpiewaniem głową, mam wrażenie, że muszę to wykrzyczeć wszystkim ludziom. Aż wypluję płuca i flaki. Z prostej przyczyny: Ludzie w tej „rzeczywistości ciągłej sprzedaży” agresywnej autopromocji i wręcz obowiązku bycia szczęśliwym wykreowanym przez wszelkie media, nie widzą miejsca dla tych, którzy za ścianami ich mieszkań, na ulicach, przystankach, za biurkiem obok, leżących obok w łóżku zmagających się każdego dnia z prozaicznymi, codziennymi czynnościami. Nie chcą widzieć ich i ich problemów. A te osoby mają ku temu swoje uzasadnione przyczyny! Nikt nie chce być nieszczęśliwy, czyż nie zostaliśmy przecież stworzeni do tego, by być szczęśliwymi? Przecież kto chce się przyjaźnić z kimś, kto ciągnie w dół, kto mówi przygnębiające rzeczy, kto nie ma nadziei na lepsze jutro? Przecież lepiej spotykać się z kimś, kto odnosi sukcesy, dużo podróżuje i na każdą okazję ma anegdotę z innej wycieczki, sypie jak z rękawa żartami. Wiem, bo przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy w najbardziej krytycznych momentach miałam ochotę by ktoś mnie zwinął w kaftan i pozwolił poleżeć na podłodze i popatrzeć w sufit albo gdy ze złości chciałam walić w ściany, szafy, tylko przed tym mnie powstrzymywała perspektywa złamanych rąk. Zadziwiającym trafem nikt nie miał wtedy czasu.
Po prostu dajcie im silne oparcie. Czy tego chcą, czy nie chcą. Stay, if you love.

Cieszy mnie natomiast, że coraz częściej mówi się na ten temat. Że celebryci zaczynają otwarcie przyznawać się do tego w wywiadach. Do pomocy psychologicznej. Dzięki temu problem nabierze realnych kształtów i nikt nie będzie mówił o depresji mówił, „ktoś o tym słyszał, ale nikt nigdy nie widział”. I nikt nie będzie się wstydził mówić o wizycie u psychologa, o używaniu słowa depresja podczas sytuacji towarzyskiej, jak w u moim pięknym domostwie nie istniało słowo seks. Za to i wszystkie obraźliwe, opryskliwe i obrzydliwe wyrażenia, tyczące się tematu materiały, i owszem. Ale do tego być może przy sprzyjającej okazji kiedyś wrócę.


"Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata,
za niepewność - wśród jego pewności,
za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych,
zarażając się każdym bólem,
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna,
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi,
bądźcie pozdrowieni.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia,
i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie,
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością,
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie do tego co być powinno,
za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane
ukryte w was.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę,
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk,
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.
Bądźcie pozdrowieni
za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -
(niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli
poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować,
że jesteście leczeni zamiast leczyć świat,
za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę,
za niezwykłość i samotność waszych dróg,
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi."



Kazimierz Dąbrowski "Posłanie do Nadwrażliwych"


Z ostatniej chwili:

  1. Wysłałam zgłoszenie na wolontariat w Poczdamie. Nie wiem, co z tego wyjdzie, gdyż mogą nastąpić komplikacje w związku z obroną, ewentualnymi zaliczeniami i samym drugim etapem kwalifikacji do wolontariatu. Zobaczymy. Ale wiecie co? Przynajmniej nie będę płakała, że nie spróbowałam.

  2. Wyszarpałam moje kwalifikacje i ostatnie pieniądze. Au revoir!

  3. Licencjat. Część praktyczna. Czas przerwać zastój przed wyjazdem na Mazury!!!


 



"Szeroko zamknę oczy nam" 2017-04-07

Garść absorbujących mnie na tę chwilę rzeczy. Let's begin the story.


   Wyobraźcie sobie, jakiego doznałam mindfuck'u, gdy okazało się, że tak blisko mnie miesiącami rozgrywają się akcje, których nie jestem nawet świadoma. Działy się za moimi ścianami, na dobrze mi znanych długich, jasnych i głuchych korytarzach. Świadkami tych wydarzeń i jednocześnie powiernikami tajemnic były tu zimne i masywne parapety, drewniana podłoga obsypana popiołem papierosowym. Za drzwiami pokoi o kredowych ścianach następowały wymiany spojrzeń, słów i gestów, które często nie powinny się wydarzyć. W murach budynku, w miejscu zwanym Jasną Polaną kryje się zapewne jeszcze wiele tajemnic i zagadek, o których nie mam do tej pory pojęcia. Ale to chyba dobrze. Mój dom od 3 lat sam mnie przed nimi chroni. I czuję się w nim bezpiecznie, nawet jeżeli dzieją się dla mnie tu mało przyjemnie rzeczy. Nie bez powodu zawsze omijają mnie wszystkie afery, bójki i inne wydarzenia, które docierają do mnie pocztą pantoflową z opóźnieniem.


   Akademik jest moim domem. Nigdy w to nie wątpiłam zgaszając za każdym razem światło po innych osobach w łazience i kuchni, patrząc z politowaniem i irytacją na naszą pijacką Radę Mieszkańców, która właśnie zaśmiecała na zewnątrz teren DS. Akademik to dla mnie to nie tylko jedyne miejsce, do którego mogę wracać bez obaw, ale to również postać mojego ulubionego portiera. Mogłabym śmiało powiedzieć, że mentora duchowego, który podzielał takie same problemy młodości jak ja w tej chwili. Utworzyła się między nami nic porozumienia od pierwszego dnia, gdy przeprowadziłam się na Jasną Polanę. Głównie ujęła mnie jego wrażliwość i analityczne myślenie w kontekście zachowań ludzkich, a co najważniejsze otwartość i przyjacielskie podejście do młodzieży. Mało kto jak on wierzy, że dam sobie radę. Widzi we mnie chyba lepszą osobę niż w rzeczywistości jestem. Wierzy bardziej niż ja sama przez całe swoje dotychczasowe życie. I co najsmutniejsze: dlaczego dopiero sześćdziesięcioletni mężczyzna wie, jak wychwycić piękno kobiety oraz traktuje ją z należytym szacunkiem? Podobno mam anioła w oczach. Tak zawsze mówi. Ciekawe. Ale tak... oczy w sobie lubię najbardziej. Głównie ze względu na trudny do zdefiniowania kolor. Ich błękit przypomina mi niebo w letni dzień albo przejrzyste wody laguny. Źrenica jest zaś otoczona pomarańczową obwolutą. Tajemniczy kolor muszę przyznać.
   Tylko jak ja nie zauważałam wydarzeń skoro działy się pod moim nosem? Pomijając moją gruboskórność, zatraciłam dodatkowo gdzieś swój instynkt i dobre wyczucie sytuacji. Jeszcze kiedyś byłam w stanie wyczuć w powietrzu, że coś się dzieje.
Stosunku do osoby mi bliskiej sytuacja ta nie zmieniła. Pokazuje tylko, że pod wpływem emocji jesteśmy w stanie zrobić rzeczy, o które siebie samych nie podejrzewamy. Jak to ludziom się w jednej chwili komplikuje wszystko! A gdy górę biorą uczucia, tym bardziej. I wiecie co? Bardzo często złe i smutne rzeczy dzieją się osobom, którzy na to nie zasłużyli... Życie pisze różne scenariusze... aż strach myśleć, co będzie dalej, skoro na dobre się nie zaczęło! Relacje międzyludzkie to jakaś paranoja!

Jestem w swojej marnej egzystencji naprawdę ślepa na to co się dzieje wokół. I zaczynam w tym całym szaleństwie myśleć, ze los daje mi jakieś znaki. Bo jak inaczej wytłumaczycie mi to, że po raz n-ty raz śni mi się ciąża i wszystko z nią związane? Czasem jestem w śnie sama ciężarna, czasem obserwuję inne kobiety, czasem pojawia się w nim poród itp. To się zaczęło w liceum. W większości przypadków budziłam się zdyszana, sparaliżowana próbując zyskać rozeznanie w miejscu, w którym się w danej chwili znajdowałam. Na chwilę traciłam panowanie w kończynach. Tylko na chwilę. Już dobrze, klasycznagorzka. Dobrze. Możesz powrócić do krainy snu. Śpij już słodko. Oddech nabiera normalnego tempa, przytulam się do poduszki i pozwalam sobie odpłynąć w nieznaną otchłań. Nie wiem o niej zbyt wiele, jedynie tyle, że będzie mi w niej dobrze i nie będę się o nic martwić. Jest wielka, nie ma określonego kształtu. Przybiera taki, jak w danej chwili mi się podoba. Może być wielką łąką usłaną morzem kwiatów. Może być tak, że los próbuje mi zwiastować jakąś zmianę. Niech robi to do cholery w bardziej wyraźny sposób! Ja naprawdę jestem ślepa na tego typu przesłanki. Jedyne znaki, jakie zauważam na swojej drodze to zazwyczaj zakazy parkowania i przejście dla pieszych...


Śmieszne, bo śmieszne... otóż oświeciło mnie. Lepiej późno niż wcale, ale zawsze jestem o kroczek do przodu. Wiecie... niezmiennie od kilku lat byłam święcie przekonana, że pewien motyw, sytuacja prześladuje mnie, że ktoś specjalnie mi zsyła wszystko, co z tematem związane. I wiecie? Nieprawda. Nieprawda. Nieprawda. Po prostu jest temat coraz częściej poruszany w mediach. Jako, że ma trafić do szerokiego grona odbiorców, obija się również o moje uszy, co powoduje lekkie ukłucie w sercu. Bądź co bądź nie jest to skierowane w moją osobę. Nie jest.
A co bardziej mnie raduje, nawet jeśli wymagało ode mnie kilku lat psychicznej męki: Jestem w stanie rozmawiać z innymi ludźmi, tutaj w Warszawie o tej całej sytuacji. Gdy zrobiłam to ostatnio odczułam niesamowitą ulgę. Byłam wolna. Tylko prawda może wyzwolić.
Mówiłam o tym, jak o każdej innej rzeczy, która się może w życiu zdarzyć. Mądrzejsza, dojrzalsza ja. Do tego właśnie muszę dążyć nawet małymi kroczkami. Dzięki temu zdarzeniu być może będę kiedyś tym, kim chciałam. Silną psychicznie, twardo stąpającą i decyzywną kobietą. Mal sehen, was die Zukunft bringt.

A z uczelni też wyniosłam ostatnio jedną lekcję dla życia. Moja grupa wie, że sobie ostatnio słabiej radzę. Sama im powiedziałam, by dziewczyny wiedziały, z czego wynika moje milionowe zapytanie o pracę domową. I tym samym wysunęłam się na ostrze noża pokazując swoją słabość. Po dwóch drobnych, aczkolwiek mało przyjemnych sytuacjach zobaczyłam, że oczekuję od ludzi zbyt wiele. A przecież to była tylko prośba z mojej strony o zrozumienie. Najwidoczniej jest tak, że jeśli ktoś przez chwilę nie straci kontroli nad własnym życiem, nie znajdzie się na dnie- nie zrozumie. Może rzeczywiście powinnam przy wszystkich dostać jakiegoś ataku czy na wózku wjechać do sali, żeby spojrzano na mnie łagodniejszym wzrokiem?


Wypoczęta po weekendzie, bo zostawiłam za sobą na 2 dni wielkomiejskie życie na rzecz wielkiego, jednorodzinnego domu wyposażonego w zabytkowe meble, z ogrodem, dwoma kotami. Do pewnego momentu w życiu bardzo rozczulały mnie takie ckliwe obrazki niedzielnych obiadów, typowego rodzinnego bałaganu w domu, który wskazywał na to, że tu się mieszka i to całkiem szczęśliwie; zadbanego ogrodu z huśtawkami, piaskownicą, żywopłotem i tujami. Teraz było jednak inaczej. To wszystko nadal sprawiało na mnie wrażenie, jednak teraz nie czułam niczego. Nie czułam jak niegdyś błogiego szczęścia patrząc w niebo pełne gwiazd przy świetle ogniska w dobrym towarzystwie. Ja nawet tamtego wieczoru nie potrafiłam się upić! Nie czułam alkoholu nic a nic! Oczywiście, byłam zadowolona ze zmiany otoczenia, nawet jeśli to trwało dwa dni, jednak nie potrafiłam wykrzesać z siebie szczerej radości, no może z wyjątkiem momentu kiedy graliśmy w siatkówkę. Bardzo potrzebuję biegać, ćwiczyć, cokolwiek. I martwi mnie ten stan 'nicnieczucia'. Jak długo to może trwać? Co musiałoby sprawić, że ta skorupa pęknie? Czy to się kwalifikuje do leczenia?


Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił. a miłości bym nie miał, byłbym niczym. „ 1 List do Koryntian 13- Hymn o miłości


Doniesienia z dni ostatnich:

  1. W przeciągu 3 dni muszę napisać szybko list motywacyjny na wolontariat.


  1. Majówka na Mazuraaaaaaaach! Pewna informacja! Domki zarezerwowane. Wycieczka z ludźmi z akademika! Cieszę się bardzo. Mam w końcu na co czekać, motywację do pisania tego licencjatu.

 

Sunday, 9th of April 2017


   Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. I właśnie musiałam się wpakować do niej po raz drugi, żeby odczuć prawdziwość tego powiedzenia. Czy jestem rozczarowana? Nie bardzo. Tylko się upewniłam, ile racji w tych słowach jest zawartej.
Mogę w tej chwili powiedzieć, że MIAŁAM znajomego oraz że zrywałam znajomość, by do niej potem powracać. Bardziej z sentymentu. Nigdy nie myślałam o niej w przyszłej perspektywie, nie inwestowałam w nią większych uczuć. Była to jedna z najdłuższych znajomości jaką zawarłam przez internet. Na interpalsie. Na początku no pisanie, jak pisanie. Szczerze mówiąc nie wiem, jak to się stało, że nasz kontakt utrzymał się przez 3 lata. To nawet nie przywiązanie tylko chęć popisania z kimkolwiek po angielsku. Wiem, jestem wyrachowana. I wiecie co? Żadna z moich internetowych znajomości nie była owocna. Z żadną z osób z interpalsa nie chciałam się nawet spotkać. Nie przeżywałam tych osób, bo nigdy nie miałam ich nawet zobaczyć. W przeciwieństwie do tych zawieranych w świecie realnym, nie odczuwałam straty.

Mam być szczera? Nie wyciągnęłam dla siebie żadnych wartości ani niczego dobrego płynącego z relacji. A zazwyczaj, gdy brnę coraz bardziej w relacje z innymi ludźmi, ktoś zaprasza mnie do swojego świata, uczę się czegoś dla siebie. Tutaj tego nie było. Praktycznie od listopada kłóciliśmy się tygodniami. Ja w ten sposób dowiedziałam się, że jestem zakłamana, a mój kolega nie ma żadnych benefitów z tej znajomości. Jakich benefitów KURWA? Denerwowało mnie to, że nasze rozmowy nie mają najmniejszego sensu, lecz był to jakiś szum taki jak w popsutym odbiorniku telewizora. Paplanie o niczym życiowym. Irytowało mnie inicjowanie rozmów oraz moderowanie ich. Były prowadzone w większości przeze mnie i o mnie.


Do kurwicy doprowadzało mnie naleganie, bym opowiedziała o swojej historii z T. Zablokowałam mu kontakt do mnie w każdy możliwy sposób na wiele tygodni. Naglił, wypisywał do naszej wspólnej znajomej. Głupia klasycznagorzka, która wiele do stracenia nie miała uległa. Po prostu chciałam wiedzieć, co ma mi do powiedzenia po tylu tygodniach. Głupia ja oczekiwałam całego eseju, jak to bardzo mnie potrzebuje. Marzycielska Ja. Albo raczej próżna i łasa na słowa.
Na początku niby sobie wyjaśniliśmy wszystko, co zostało zrobione i powiedziane źle. Sytuacja była poprawna przez jakiś miesiąc. Później zaczęło się mijanie, unikanie rozmów. Bo albo któreś zmęczone, czasu nie ma itd. Kiedy już był czas i pytałam o czym porozmawiamy było NOTHING. Kiedy pisałam sama długie wiadomości odbijały się one echem, bo nie chciało mu się ich czytać. Nie tego się spodziewałam. Myślałam, że kiedy się psuje obie strony dążą do tego, by to naprawić. Ten najwidoczniej uznał, że sytuacja jest stabilna i nie musi się nawet specjalnie starać. To mnie tylko upewniało, że na siłę nie można niczego sprawić. Kiedy zwróciłam mu uwagę na to, jak wyglądają nasze ostatnie rozmowy odpowiedział OKIE.
Czemu się nie udało?
Może nie dla mnie są ludzie i kultura takiego kraju.
Ja w sumie nie wiązałam żadnych planów co do tej znajomości.
Bo miałam do czynienia z zakutym na różne kwestie łbem, któremu po angielsku było za ciężko zrozumieć pewne rzeczy.
Miałam dosyć roztrzęsionego, spizganego 24 letniego chłopczyka, który mi się żali, że nie miał dziewczyny,a waginy sobie musi w internecie oglądać (tych informacji można było mi oszczędzić tak przy okazji). Który w swoim życiu przejawiał we wszystkim bierną postawę. Wiecznie rozedrgany, a jednocześnie głuchy na słowa innych.Nie mam siły potrząsać tym człowiekiem. Przepraszam, robię się strasznie nerwowa, jak nie agresywna w stosunku do takich chłopczyków. Żyję w dobie kryzysu ekonomicznego, wartości i męskości. I czekam na mój osobisty cud, który zmieni moje zdanie w tej ostatniej kwestii. A ten póki co nie nadchodzi.


Co byś zrobiła gdybyś mogła manipulować przeszłością?


Obejrzałam ostatnio „Efekt motyla”. Zrobił na mnie duże wrażenie.
Owszem zdarza się nam od czasu do czasu myśleć o alternatywnych wersjach naszego życia. Jednak przechodzimy z obecnym stanem do porządku dziennego. W końcu jak można myśleć tak wiele o czymś, co się nigdy nie wydarzy?
Nie zdawałam sobie sprawy, jak duże znaczenie dla biegu wydarzeń mają pojedyncze słowa i czyny. Że mogą wywrócić życie ludzi do góry nogami.
W takim razie na ile położenie w którym się obecnie znajduję jest zdeterminowane przez moje świadome decyzje, a na ile przez czysty przypadek? Jedyny wniosek jaki mi się nasunął był taki, że i tak się tego nie dowiem. Muszę po prostu wszystko przyjąć takie, jakim jest.
Jednak wydaje mi się, że jest parę rzeczy, które powiedziałabym samej sobie sprzed kilku lat.


  1. Niestety nie miałabym wpływu na najboleśniejszą dla mnie sytuację. Jednakże zrobiłabym wszystko, by pozbierać samą siebie o wiele szybciej. Tak, bym nie stała się uczuciowym wrakiem, jakim jestem teraz. Pozwoliła sobie na prawdziwe zainteresowanie drugim człowiekiem i przeżycie uczucia, którego łaknęła przez całe życie.




  2. Nie potraktowałabym jednej osoby na tyle hardo, by potem móc przekuć znajomość w przyjaźń. Może nawet pomogła się ogarnąć psychicznie. W tej chwili osoba ta chyba ode mnie nie potrzebuje ani dobrych słów ani pomocy ani niczego.




 Może lepiej sobie tłumaczyć, że każda z tych rzeczy miała jakiś sens? I rzeczywiście zapobiegłabym kłótniom, gorzkim wymianom zdań, przeprowadziłabym potrzebne rozmowy, ale nadal nie wybrałabym innej szkoły średniej. Znów zamieszkałabym w internacie, potem akademiku. Nie jestem jednak pewna, czy wybrałabym UW raz jeszcze. Czy zamieszkałabym w Warszawie? Poznała tam kogoś? Albo chociażby gdybym wiedziała o istnieniu drugiego wydziału lingwistyki?  Czas pokaże daleko idące skutki moich wyborów wkrótce. Najbliższe będą widoczne po obronie i ogłoszeniu wyników na wolontariat. Jutro mam deadline na wysłanie zgłoszenia.


 


 





 



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]