klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
" Me serce bije i tak na przekór dniom" 2017-03-24

Friday 24 March 2017 12: 46 am


Spóźniona o całe życie.
Pierwszy tego dnia łyk kawy dotyka mojej duszy, co oznacza, że mogę pisać. Za około dwadzieścia minut kofeina powinna zacząć działać, toteż im dalej, tym lepsza będzie stawała się dzisiejsza notka. Jej ciepło rozlewa się po moim ciele, umysł staje się jaśniejszy i powoli zapominam o bolącym brzuchu. W tym towarzyszy mi również przepyszna, aczkolwiek poszerzająca moje już pokaźne biodra czekolada Milka Oreo . Także wróciłam, bo mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia i opisania.

Co się uczelni tyczy jestem na etapie trzeciego rozdziału, tj. części teoretycznej i jak do tej pory szło opornie, teraz będzie nie lepiej. Nie nastawiam się na obronę w pierwszym terminie. Chcę rozłożyć siły i obronić się nawet w najpóźniejszym terminie w lipcu. Potrzebuję komfortu psychicznego. Wolałabym nie robić tego we wrześniu, gdyż co do września i wykorzystania miesięcy późniejszych pojawia się pewna szansa. Wprawdzie nikła, ale chyba powinnam spróbować. Inaczej znów będę żałowała, jak wszystkich innych rzeczy w swoim marnym żywocie. Co do samej obrony marzy mi się jedna rzecz: Chciałabym, żebym po jej zakończeniu czekał na mnie ktoś, na kim mi zależy i vice versa. Z pięknym bukietem róż. I ja rzuciłabym się mu na szyję wykrzykując, że zdałam! Zdałam na czwórkę i zrozumiałam pytania Austriaka i wcale się nie zacięłam, i dałam radę! Chciałabym przynajmniej. Oczyma wyobraźni jestem w stanie ujrzeć ten ujmujący obrazek. Nawet poczuć zapach kwiatów i ich kolce. Jednak wyobraźnia płata figle, a my istoty słabe łatwo ulegamy marzeniom, snom i innym złudzeniom.


Ostatnio przebąkiwałam o Erasmusie. Bo rzeczywiście o nim myślałam. Przez małą chwilę. Stwierdziłam, że i tak nie mam planów na następny rok akademicki, a ta cała moja nauka niemieckiego póki co jakaś owocna nie jest. Przeraziły mnie kwestie finansowe. Wypisywałam w tamtym czasie do wielu osób mających styczność z takim wyjazdem i słyszałam, że ledwo dawały sobie radę, musiały prosić rodziców o pomoc, a ci niekiedy się zapożyczać. Celowałam w DE. Ale strach okazał się silniejszy. Zrozumiałam, jak bardzo w każdej decyzji jestem sama. Oczywiście mogłam wyłożyć na to przedsięwzięcie całe swoje oszczędności, tyle, że ja jestem zdana sama na siebie i nie mogłabym nawet prosić o jakiekolwiek pieniądze moich pięknych po powrocie. Byłam jak sparaliżowana. W jednym momencie skłonna postawić wszystko na jedną kartę, by potem analizować każde ryzyko i godzić się płacząc z bólem serca z porażką. Nie jest to mój pierwszy raz, kiedy tak bardzo czegoś pragnęłam, a tak cholernie się bałam. I najbardziej w tym wszystkim zabrakło mi silnego wsparcia i siły napędowej. Kogoś, kto mnie nigdy nie zostawi, a przy wątpliwościach sam zarekrutowałby mnie na tego Erasmusa za moimi plecami, wiedząc ile to znaczy. Zabrakło tego. I dopóki ktoś taki się nie pojawi będę wiecznie tchórzyć i tym sposobem spędzę swoje życie w pieprzonej poczekalni życia, a lepsza przyszłość, na którą czekam będzie tylko krótsza.


„Próbuję w różnych miejscach, od różnych ludzi zbierać po trochu związane z nią okruchy. Ale oczywiście są to jedynie okruchy. Choćbym zebrał nie wiem ile, pozostaną okruchami. Jądro jej istoty zawsze mi się wymyka, jest jak fatamorgana „ Haruki Murakami „Mężczyźni bez kobiet”


Jest taki klej co by je jeszcze posklejał? Co to? Jak istnieje? Gdzie szukać?


 


Ostatnie tygodnie, jakkolwiek były wypełnione smutkiem i żalem, przyniosły mi odpowiedź. Myśl, która nie docierała do mnie przez lata. Teraz to już wiem.
T. Najukochańszy T. Jeden z najdłuższych staży, jeśli chodzi o moich najbliższych przyjaciół. Jest to dowód na to, że potrafię wchodzić w jakieś interakcje z ludźmi i takowe przedsięwzięcie”przeradza się w coś naprawdę owocnego. Wierzcie lub i nie, ale jeszcze ok. 7 lat temu nie byłam zdolna do takich rzeczy. Tak więc potrafię pielęgnować przyjaźnie, pokazywać ludziom, że są cały czas dla mnie ważni. Ale to oni najpierw musieli mnie oswoić.
Tak więc na pierwszy plan zawsze będzie wysuwał się T. Postać, który od pierwszego momentu wywołał u mnie mieszane uczucia i nigdy potem nie potrafiłam przejść obok niego obojętnie. Nie będę się tutaj rozwodzić nad koleją losów naszej dwójki, gdyż nie jest to tematem dzisiejszej notki. Ponadto nie mam na celu rozdrapywania ran, jednak kto bardziej rozgarnięty cofnie się zwyczajnie do początków moich perypetii. Ale wiecie... skoro jesteśmy przyjaciółmi powinnyśmy być w stanie rozmawiać o wszystkim. Ale ja nie jestem mając w pamięci przeszłe wydarzenia. Zawsze czułam jakąś dziwną barierę i po prostu udawałam, że pewne tematy nie istnieją. Nie wiedziałam, jednak z czego do końca się to bierze i jakie uczucia temu towarzyszą, jak się nazywają. A teraz wiem. Urażona duma. Żal. Niepogodzenie z porażką. I fakt, że wciąż nie wybaczyłam, działały na mnie jak płachta na byka, co też objawiało się moją wewnętrzną agresją i wyparciem w stosunku do jego osoby, gdy musiałam słuchać o kolejnych cudownych wycieczkach, świetlanych planach na przyszłość. Planach, w których nigdy mnie nie miało być.

Z tych samej przyczyny nie mam ochoty z nim rozmawiać od tygodnia. Następują u mnie krytyczne, jak zeszłego weekendu momenty, gdy przesypiam całe dnie, jestem senna i płaczę,nie wychodzę z akademika,unikam kontaktu. Bo wiem, co mnie doprowadziło do tego stanu. W takie dni jestem ledwo zdolna do wykonania podstawowych czynności typu wzięcie kąpieli czy zrobienie kanapek. Z uporem maniaka sprawdzam skrzynkę i messengera. Kończę zrezygnowana oglądając głupie filmy. Chodzące zombie, bo wrakiem bym siebie nie nazwała. Już nawet bez wyrzutów sumienia, że niczego nie zrobiłam na uczelnię. Nie muszę Wam tłumaczyć, że tradycyjnie żadne ze znajomych nie ma czasu na spotkanie. Wszyscy zapamiętani w swoim szaleńczym biegu po karierę potykają się o mnie, patrzą mi w oczy, po czym biegną dalej. Świat się nie zatrzyma, żeby ze mną zapłakać...


Na dziś byłoby to tyle. Muszę powrócić do pisania mojej wątpliwej, aczkolwiek pierwszej pracy naukowej. Jutro zaczyna się weekend... Dopowiecie sobie już sami, co to będzie dla mnie oznaczać...


 „Jestem sam. Całkiem sam. Od dawien dawna. Pustka. Jesień. Myśli mało. Co robić, jak nic zrobić nie można, bo po co? Patrzę w sufit. Tak bardzo nie chcę mi się nic robić, że patrzeć też nie mam ochoty. Zamykam oczy i tak leżę, i leżę, i nic. Słońce zgasło na wieki wieków. Amen. Boga nie ma. Czas się zatrzymał. Wszystko się skończyło.” „Jacek Głębski, „Kuracja”


ssss by Cyniczny Romantyzm



Loneliness. The tax I pay every day for the complexity of my mind. 2017-03-17

Saturday, 17 March 2017 7:46 pm


Witaj, Nieznajomy.
Jeśliby uporządkować chronologicznie przebieg wydarzeń od ostatniego wpisu musiałabym cofnąć się do momentu zerwania starych zdjęć ze ściany, a potem imprezy Walentynkowej.

Nazwanie tego imprezą to może za dużo ze względu na liczebność 'ekipy' (sztuk 4), ale cieszę się, że nie musiałam tego dnia spędzać sama. Odwaliłam się tego dnia jak szczur na otwarcie kanału, zakupiłam elegancko 3 butelki wina. Jeśli mam być szczera średnio się bawiłam, ale lepszy rydz niż nic. Głównie chyba chodziło o to, że osoby, które się u mnie spotkały były jakby z różnych środowisk. Tym sposobem jedna dziewczyna praktycznie była nieobecna ciałem, bo biegała do pokoju chłopaków, w którym mieszka niby jeden, którego ona nie reflektuje. Coś chyba na zasadzie psa ogrodnika „sama nie chcesz, komuś nie dasz”.
Moja Kate zaś za bardzo zaangażowała się w przygotowaniu jedzenia i starałam się jej dotrzymywać kroku, jako 'gospodyni'. Trzecia koleżanka też jakby nie wykazywała inicjatywy do pomocy. Czułam, że popełniłam organizacyjną klapę.
I jeszcze tej samej nocy po całej „imprezie”, gdy większość populacji Warszawy oddawała się miłosnym uniesieniom, tłumaczyłam menu jakiejś restauracji, którego de facto moja szefowa nawet nie wysłała do zleceniodawcy. O jej zachowaniach, na które ostatnio brak mi słów opowiem później. I tym właśnie sposobem minęły mi kolejne chujowe Walentynki.

Dzień później zrozumiałam kolejny powód dla którego nie bawiłam się dobrze na tej imprezie. Przy rozmowie z Kate okazało się, że za mniej odpowiedzialną pracę zarabia 3x więcej pieniędzy ode mnie. Lubię ją, a tymczasem byłam na nią cholernie zła. To jest ta Kate, której zawsze wszystko się udaje i wszędzie się wkręci. Tak być nie powinno. Przyjaźnię się z nią, a sama się nakręcam, że muszę z nią konkurować.
To działo się w środku wyjątkowo długich ferii zimowych, kiedy to pisałam pracę licencjacką oraz walczyłam z nowym problemem. W trakcie tej całej swojej depresji zaniedbałam zdrowie, co mnie doprowadziło skruszoną do gabinetu Doktorka J. Tak, również się zdziwiłam patrząc na jego plakietkę. A jeszcze bardziej nie mogłam oderwać od niego samego wzroku. Ja chyba podświadomie wybieram ten sam typ urody. To urasta momentami do rangi psychozy.
„Niech ich wszystkich szlag trafi”- pomyślałam. A wiedzieć musicie, że mam niesamowitego pecha do osobników o tym imieniu.
Jak mi sam Doktorek po zdjęciu RTG powiedział trzeba powtórzyć leczenie kanałowe i założyć plomby na 3 inne zęby.
Tamten dzień generalnie był feralny. Tramwaj nr 20 zrobił mnie ewidentnie w chuja- TRASA SKRÓCONA. Później spłakana pytałam przechodniów o najkrótszą drogę do przychodni WATu, znalazłam jakiś przystanek autobusowy, za chwilę kończyła się ważność mojego biletu, a autobus jak na złość się nie pojawiał. Nie zaznajomiłam się wcześniej z drogą, toteż chciałam mieć więcej czasu w zapasie, a tymczasem przyjechałam ze sporym opóźnieniem. Ten dzień był o tyle ciężki, że kilka dni wstecz miałam dylemat co do wyjazdu na Erasmusa. Nie, nie zdecydowałam się. Odchorowywałam tę decyzję przez następne dni, później pojawiła się sprawa tego bolącego jak cholera zęba. Spóźniony autobus i na domiar wszystkiego padał deszcz. Zaczęłam z bezradności płakać i ja. Nie zważałam na to, że ludzie na mnie patrzyli. Na marną imitację człowieka, na brudną od mizernie zrobionego makijażu twarz. Na tę uczuciową amebę.

 


Wpadłam do tej przychodni mocno spóźniona (30min). Tam dowiedziałam się o wcześniej wspomnianym leczeniu kanałowym i o tym, że 6 lat temu mi pani dentystka z mojej pięknej miejscowości je ewidentnie zepsuła. Usłyszawszy cenę takiego leczenia pokonałam drogę powrotną płacząc. Wpół obejmując siedzenie i mając w poważaniu, że jestem na widoku. Tamten dzień zakończyłam z poczuciem przegranej popijając jeszcze pozostałe z walentynkowej imprezy wino przy głupawej, francuskiej komedii.
Chcąc czy nie chcąc powtórzyłam to leczenie. Równo od pierwszego do dziewiątego marca odbyłam prawie siedem wizyt (część u Doktorka, część prywatnie). Wprawdzie nieodczuwanie bólu przyniosło ogromną ulgę, ale nadal utrzymuję, że ból fizyczny jest lepszy od psychicznego. Z każdą kolejną wizytą coraz mniej odczuwałam ten ból. Nic dziwnego skoro psychicznie się źle czułam.

 


Za samo kanałowe zapłaciłam słono, a ponadto nie mogę się doprosić swoich pieniędzy od szefowej, która miga się od 5 miesięcy od zapłaty. Męczy mnie już dzwonienie co tydzień i pytanie jak płacą zleceniodawcy, a najbardziej słuchania tych samych śpiewek o tym, że wystawiła te faktury i klienci naprawdę już za parę dni zapłacą... Od miesiąca a nawet i więcej nie biorę żadnych zleceń, by kwota ta nie urosła. Chcę jedynie, aby sprawdziła moje referencje i wypłaciła ostatnie kilkaset złotych. Potem zakończymy współpracę.
Z innych bieżących rzeczy przygotowuję napisy do kolejnego filmu na wolontariat. 2 rozdziały licencjatu i morze tłumaczeń na zajęcia. Tonę w tym po pachy. Mam mało czasu i jeszcze źle nim gospodaruję i co najgorsza nikt go nie ma dla mnie.
Wpis uzupełnię. Wściekam tylko się sama na siebie, w końcu coś miałam naskrobać. Póki co mam przyblokowany umysł i „pisarsko” też jakaś bezpłodna się czuję.






"Ale kiedy myślę o okresie, gdy miałem dwadzieścia lat, pamiętam tylko, jak bardzo byłem samotny i sam. Nie miałem dziewczyny, żeby ogrzała moje ciało i serce, nie miałem też przyjaciela, z którym mógłbym szczerze porozmawiać. Codziennie nie wiedziałem, co począć, nie miałem żadnej wizji przyszłości. Przez większość czasu byłem głęboko zamknięty w sobie. Zdarzało się, że przez tydzień z nikim nie rozmawiałem. Wiodłem takie życie przez jakiś rok. To był długi rok. Nie jestem pewien, czy ten okres był srogą zimą, która pozostawiła we mnie cenne słoje" 
Haruki Murakami "Mężczyźni bez kobiet"


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]