klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
Welcome to my world where life is a maze and love is a riddle 2017-02-10

Friday, 10th February, 2017 00: 36


Tak oto dręczył siebie i jątrzył tymi pytaniami, nawet z pewną lubością. Zresztą nie były to pytania nowe ani nagłe, lecz owszem, dawne, dobrze znane, bolesne. Już dawno zaczęły go nękać i stargały mu serce na nic. Od niepamiętnych czasów zrodziła się w nim ta cała obecna udręka, narastała, wzbierała, a ostatnio dojrzała i skupiła się, przybierając kształty okropnego, dziwnego i urojonego pytania, które zamęczyło mu serce i umysł, natrętnie żądając rozwiązania.- Fiodor Dostojewski


  Cześć! Melduję się z dobrym samopoczuciem, zaliczyłam tylko dziś mały spadek formy po pierwszych korektach promotora. Z tego i jeszcze innego, nie dającego mi spokoju powodu postanowiłam napisać.
Moment po zerwaniu tamtych zdjęć zaowocował jakąś dziwną, nową siłą. Znajomi z akademika nie mogli mnie poznać. Chodziłam zrelaksowana, roześmiana. Czułam, że rzeczywiście mam jakąkolwiek kontrolę nad swoim życiem. Albo chociażby złudne poczucie bezpieczeństwa. I rzeczywiście jest mi z nim dobrze. Kolejne dni i noce upłynęły mi na pisaniu pierwszego rozdziału licencjatu, który wyszedł tak sobie. Popłynęło z tej okazji kilka łez i czuję, że boli mnie przez to brzuch. Niby nie denerwuję się tak, jak to zwykłam robić, jednak szkoda mi tych poświęconych na pisanie godzin. Muszę poprawić pewne fragmenty. Chciał czy nie chciał zrobię to!


   Druga sprawa nie daje mi spokoju od wczorajszego wieczoru. Zbierałam się kilka dni z niby to pretekstem zapytania o numer telefonu. Wszystkie straciłam. Albo może właśnie pozbyłam się tych niepotrzebnych. Napisałam do naszego gramatycznego nazisty. Zawsze, absolutnie zawsze mam obawy pisząc do tej osoby. Zawsze zaczyna mnie boleć brzuch.


Numer otrzymałam. Dodaj nowy kontakt. Zapisano.Krótko, szybko i na temat. Bez wyrazu, bezboleśnie, bezbarwnie, bez uczuć.Pytam go, jak życie leci, jak uczelnia. Ciężko mi się o tym pisze, ale to, co usłyszałam nie było dla mnie łatwe. Ktoś, komu wyrządziłam straszną krzywdę ma w tej chwili takie same problemy jak ja. Ciągnie się to za mną, jak kula u nogi: wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za cudze uczucia wobec mojej osoby. A co jeśli to ja doprowadziłam go do takiego stanu? Bo sama borykałam się do niemalże tej chwili z własnymi bolączkami z T, a tej sprawy nie wyjaśniłam? Próbowałam być niby zabawna, żartować i dawać mu dobre rady w tymże temacie #klasycznagorzka#ekspertlevelhardataknaprawdetonie#, choć widziałam, że i on przybierał dobrą minę do złej gry. Tak, krajało mi się serce, bo w tych kilku linijkach jego tekstu zawierały się moje lęki i pragnienia. I chciałam kilku rzeczy: Pomóc mu, skoro samej sobie przy swoim położeniu nie do końca nadal mogę; zaprzyjaźnić się i przeprosić i wyjaśnić.


   Wydawało mi się, że to jest z mojej strony naprawdę dużo. Że w ten sposób wykonam swoją osobistą pokutę i uciszę wyrzuty sumienia. Ale może nie trzeba. Swoją postawą pokazuje, jakby tego wcale nie potrzebował. W ogóle jakby nie posiadał uczuć i nic go w życiu nie ekscytowało.


A jednocześnie widzę, że nie jest zadowolony z obecnej sytuacji. Na koniec konwersacji dodałam, że może napisać, jeśli czuje potrzebę rozmowy. Ale chyba takowej nie będzie, choć ucieszyło mnie, że musiał posiadać jakiekolwiek zaufanie do mojej osoby pisząc już tyle. Myślałam, że pojawi się do tej wypowiedzi jakiś komentarz, jednak skończyło się na wyświetleniu. A ja w nocy układałam sobie w głowie ciąg dalszy wiadomości. Żeby naprawdę nie pamiętał mi tego, co kiedyś dawno powiedziałam. Że to był tylko mechanizm obronny, że byłam tak bardzo niedojrzała emocjonalnie. Że kiedyś to wszystko wyjaśnię. Ale nie tu, nie w internecie. Przy dwóch butelkach wina i będziemy kwita.Przy każdej rozmowie z tą osobą robi mi się pierdolnik w głowie. Ale to może kolejna do odhaczenia na mojej liście rzecz, z którą muszę sobie poradzić sama. Kolejna, która będzie efektem nadejścia tego nowego powiewu siły. Pozwolić odejść kolejnym demonom.

"Dlaczego czasami tak trudno jest rozmawiać? Zamiast prośby o wyjaśnienia serwujemy chłodne spojrzenia. Zamiast żartu - milczenie. Potrzebujemy rozmowy jak dobrego jedzenia, a dobrowolnie wybieramy emocjonalna anoreksję. W środku wszystko krzyczy: mów do mnie! obejmij mnie! kochaj mnie! a jedyne co wychodzi z naszych ust, to słowa nie mające żadnego znaczenia." ~ Jarosław Borszewicz 


xxxxxx


Dobra. Starczy, bo się Królowa Śniegu drugi już raz w ciągu tego dnia popłacze.



„In einem schwarzen Fotoalbum mit nem silbernen Knopf, bewahr ich alle diese Bilder im Kopf” 2017-02-04

Saturday, February 4th 11:15 pm


 


   Coś się odmieniło. Napływ nowej siły. Stało się to właściwie podczas rozmowy telefonicznej z T. Rozmawiając spojrzałam mętnym wzrokiem na wprost, moją uwagę przykuły zdjęcia. Z nim, z innymi ludźmi, których kiedyś znałam. Somebody that I used to know. Wisiały na ścianie trochę z sentymentu. Stanowiły w końcu pewną dekorację dla naszego  typowego dla szpitali psychiatrycznych pokoju. Ale w pewnym momencie uderzyło mnie, że na tych zdjęciach osoba, na którą bez przerwy patrzę, przy czym każdorazowo załamuję się jej kiepskim wyczuciem stylu, nie przypomina już obecnej mnie. Nie jestem już tą samą osobą. Nie jestem tak samo zahukaną, bojącą się własnego cienia dziewczynką. Niestety również nie szaleńczo zakochaną. I już nie pierwszą, szczenięcą i czystą miłością.
   Osiemnastka I. Wigilia internacka. Jakiś wiosenny dzień przed maturą. Inne ujęcie, gdy miałam zaropiałe oko. Zatarte w moim umyśle momenty, o których z trudem sobie przypominam. Obrazują je właśnie te zdjęcia. Ludzie na nich są mi w większości obcy. Znałam ich takich, jakimi byli na tamtych etapach życia. Nie wiem, czy miałabym o czym z nimi rozmawiać, gdybyśmy siedli przy stole. Bo w tej chwili niczego o nich nie wiem. 5 lat temu. Inne otoczenie, cele i stan uczuć. Odmienny od obecnego.

 


    Nie jest to niczym nowym. Żyłam przeszłością. Nadal w jakimś stopniu balansuję między tym,co jest teraz i tym, co było. Mniej jednak. Świadomiej sama odtwarzam poukładane w mojej głowie wspomnienia. One nie mają prawa mieć nade mną kontroli. Myśl ta tak mocno mnie uderzyła, że poczułam przypływ siły, takiej jakiej wyjaśnić nie umiem. I w końcu zerwałam te cholerne zdjęcia. W samą czynność wczułam się, jakby była swego rodzaju religijnym obrzędem. Delikatnie odrywałam z ściany taśmę, odczuwając ulgę przy każdym kolejnym zdjęciu. Myśli stawały się jaśniejsze, a serce czystsze. Do mojej duszy próbowała wkraść się radość. Zerwałam symbol utraconej przeszłości/miłości. Powoli pozwalałam oddalić się przeszłości. Było to piękne i wszechogarniające uczucie, kiedy zdałam sobie sprawę, że mam prawo, a nawet muszę zrzucić te kajdany. Ostatecznie nadszedł punkt kulminacyjny, w którym ogarnął mnie płacz. Wraz z łzami szczęścia Katharsis. Powiedziałam sobie, że jeśli stanę się silna, ten demon mnie kiedyś opuści. Muszę tego cholernie chcieć. Dla samej siebie.


     Czuję, że małe zmiany mogą zaowocować kolejnymi, dlatego też wywołam nowe zdjęcia. Otoczona ludźmi, którzy kształtowali moją nową osobowość. Na których jestem odrobinę szczęśliwsza. Bardziej świadoma samej siebie.


    Żyłam złudzeniami. Niezmiennie od 5 lat. Potrzebowałam ich jak ryba wody. Nawet, jeśli znałam prawdę, nabierałam wody w usta i ignorowałam faktyczny stan rzeczy. Spędziłam 5 mrocznych lat w swojej osobistej platońskiej jaskini. Odwrócona plecami do reszty świata nie wiedziałam, czy to co obserwuję w jaskini,czy to co jest poza nią jest prawdziwe. Łudziłam się rzeczami i ludźmi nieświadoma tego, że się w tamtym momencie łudzę. Przyglądałam się moim cieniom, porównywałam je i budowałam na ich podstawie swoją wiedzę o świecie. Byłam bardzo młodziutka i łaknęłam uczuć. Wszystkimi zmysłami. Dlatego tak silnie, na tak długo udawało się tym złudzeniom mnie omamić. Dałam tym złudzeniom władzę i przyzwolenie na to, by mnie wciąż raniły. Byłam słaba. W miarę tego jak dojrzewałam, zaczęłam rozumieć więcej rzeczy. Stopniowo rzeczy, które pojmowałam na nowo kształtowały mój osąd o świecie. Racjonalizm powoli przejmował kontrolę. Ale do tego przypałętał się również cynizm i pesymizm. Czyli raczej źli doradcy.

    Następne dni były słoneczne i pozwoliły mi zdeterminować się do pisania licencjatu. Wspomniany już dzień był przełomowy. Obfitował w tyle emocji w jednej chwili. A pomyśleć, że ten nowy tok rozumowania zapoczątkowała zmiana fryzury, kolor paznokci i rozmowa telefoniczna...
Przełomowy, bo właśnie wtedy napływają myśli czy koncepty, które na pierwszy rzut oka mogą być niezauważalne, aż do momentu, gdy przekraczają mój osobisty poziom percepcji. I nadchodzi efekt wow. Dzień zakończyłam spłakana, przepełniona od dawna nieznanym uczuciem szczęścia i ulgi. Spełniona. Wolna. Wdzięczna za to, że przeżyłam taki dzień.
O jeden poziom wyżej w drodze do poznania samej siebie.
    Coraz bardziej czuję, że trzeci rok jest dla mnie szczególnie ważny. Ważny, ponieważ piszę pierwszą „pracę naukową”, kończę pewien etap w życiu. Ważny również dlatego, że nabieram większego niż kiedykolwiek dystansu do ludzi i rzeczy. Równie szybko dojrzewam.
Wiecie co jest jednak najśmieszniejsze? Udało mi się dostać na drugi uniwersytet w kraju; przebyć drogę/walkę sama ze sobą od struchlałej nastolatki do bardziej świadomej kobiety; pojąć enigmatyczną teorię antropocentryczną,do której modli się pół mojego wydziału; nauczyć wielu najróżniejszych- mniej lub bardziej przydatnych pojęć, a tak bardzo nadal nie mam pojęcia o jeszcze jednej bardzo ważnej rzeczy.


Świat bez miłości jest martwym światem i zawsze przychodzi godzina, kiedy człowiek zmęczony błaga o twarz jakiejś istoty i o serce olśnione miłością.” - Albert Camus


ss by Zdzisław Beksiński


 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]