klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
"Pewnego dnia wyjdę z domu o świcie, tak cicho, że nawet się nie zbudzicie." 2017-01-23

Sunday, 22nd February 2017. 02:22

A szlag strzelił te internetowe znajomości! Postanowiłam raz na zawsze usunąć interpalsa i nie mścić się na własnym zdrowiu za głupotę i nietakt innych. 5 lat temu zakładałam go z zamiarem poznania wielu osób zza granicy, ćwiczenia języka. Nic więcej. Nigdy nie traktowałam go jako portalu randkowego. Ale chyba całej reszcie świata i społeczności na stronce wydaje się trochę inaczej.
Tu też nawiązuję do moich ostatnich „zdobyczy”. I nie jest to tak, że się nagle zaskoczyłam, że jestem rozczarowana, albo nie wiedziałam, jak to działa. Wiedziałam, tyle że z teorii. Czyli jak większość rzeczy w swoim krótkim dotychczasowym żywocie. Bardziej chciałam zaobserwować, co wyniknie z tego dalej.

Mów, jeśli trzeba Ci znów kolejnych słów
Tak łatwo wychodzą Ci z ust
Ja daję swoje, że wbijają się w mózg, jak w serce nóż
I cóż, że boli, Ty je wypluwasz jak kurz „




Te słowa,których tak nagle zaczęłam łaknąć. Słowa co wyrwały na chwilę mnie z amoku. Ale na dłuższą metę złapałam się na tym,że wpuszczałam je jedynym uchem, by drugim zaraz wypuścić. Niby to były słowa, a raczej graficzne reprezentacje konstruktów w mózgach tych ludzi. Okraszone buźkami. Moimi uśmiechniętymi pokrytymi wypiekami, kogoś innego z językiem, jakby dać mi do zrozumienia celowość tejże znajomości. Mój kursor i chwila zastanowienia. Kropki. X is typing right now. I to tyle mi po postaci fizykalnej tych że wypowiedzi. Po prostu ich nie czułam. Dostarczały mi emocji na parę sekund, przez chwilę było miło, ale ja nie miałam emocjonalnej więzi z tymi ludźmi. Nie czułam siły sprawczej tych słów. Tak można robić komuś bez końca, zwodzić. Ale nie mogłam za nic pozwolić, by ktoś nie daj Boże się do mnie przyzwyczaił... zwłaszcza, że tych osób nie chcę spotkać w świecie realnym. Dlatego nie mogę długo zwodzić przy propozycjach spotkania. Zwłaszcza, że pojawiające teksty, a raczej elementy grafiki w postaci zdjęć stały się coraz bardziej sugestywne. Jest to dla mnie ostrzegawczą lampką,że należy uciekać.
Wiecie czemu się w to wkopałam, a nie musiałam? Ani odpisywać, ani przyjmować do znajomych. Choć raz na jakiś czas musiałam zrobić coś wbrew sobie. Bez przekraczania pewnych granic. Oczywiście bez łamania moich świętych zasad. Coś jakby w ramach eksperymentu społecznego, doświadczenia.

Nie wspomniałam wcześniej, ale oprócz naszego dorywczego tłumacza w historii pojawi się jeszcze jeden użytkownik interpalsa. Opiszę ich jednak zbiorczo.Jakkolwiek można sobą kogoś zainteresować flirtując, tak również cała otoczka wytworzona wokół własnej osoby może szybko pęknąć jak mydlana bańka. I tak w krótkim czasie zauważyłam, że nasi obaj internetowi amanci są w rzeczywistości nudnymi, pierdzącymi w fotel nerdami szukającymi łatwego seksu.


Mój niemalże brat-ojciec jest od 4 lat na bezrobociu, utrzymywany przez rodziców. Na jego wieczory składa się oglądanie serialów, jedzenie i spędzanie czasu z kotem. Na początku „znajomości” na każdym kroku, w każdej jebanej linijce musi mi zwrócić uwagę na pojawiające się błędy gramatyczne. Ustaje dopiero po moim godzinnym tłumaczeniu,że to wcale nie zachęca innych do nauki. Znam gościa od paru godzin, a już zdążyłam się dowiedzieć, kiedy ostatni raz uprawiał seks (jakby to mi do szczęścia i pomyślności było potrzebne), no i o swoim dużym popędzie opowiada. Fascynujące... piszemy więc, ale im dłużej się ciągnie ta konwersacja, tym bardziej się przekonuję, że to nie jest „mój świat i  moje kredki” i jeszcze po drodze dowiaduję się o jego one night stand'ie w Krakowie rok temu. Czarę goryczy (ku mojemu oburzeniu, zmieszaniu) przelewa bardzo sugestywne (dzięki Bogu) niewyraźne zdjęcie delikwenta leżącego w gaciach... SAY WHAT?!!!


Wstydziłam się za niego. Że jest tak naiwny. Że jest w stanie wysłać takie zdjęcia znając mnie kilka dni. Przecież za monitorem nie musiała siedzieć 21latka, tylko fapający do zdjecia 45 latek?


Drugi amant był bardziej zachowawczy jeśli chodzi o zawartość wiadomości. Bo był młodszy. Podryw na sierotkę Marysię pt: „Bo ja nigdy nie miałem dziewczyny...” I co w związku z tym? Do terapeuty mam Cię wysłać? Książkę o Tobie napisać? Pojawiają się konkretne propozycje spotkania w Warszawie, które tym razem odwlekłam w czasie, jako że lubię sobie pojajcować z ludzi.


Po paru dniach dowiedziałam się, że koleś nienawidzi Cyganów i wszystkich najchętniej by spalił. No kurwa powtórkę z historii będziemy mieli!!

Najogólniej mówiąc im bardziej ich poznawałam tym bardziej mnie od nich odrzucało. Poza tym zdarza mi się też na realnym gruncie. Faceci mnie po prostu albo nudzą albo zdegustują. Wiem, że to krzywdząca opinia i paradoksalnie jestem przeciwniczką oceniania innych, ale z drugiej strony jakoś muszę dokonywać selekcji. Nudzą mnie więc, bo żaden nie jest na tyle charyzmatyczny. Brakuje mi silnie zarysowanego charakteru, zarazem barwnego co by się przebijał przez te tłumy. Może trochę wariata? A najbardziej groteskowe w tej historii (z czego nawet teraz mi się śmiać chce) jest to, że moi „internetowi amanci” naprawdę są przekonani, że po paru dniach pisania (sic!!!) się w nich zakocham, polecę do ich krajów i rozpalona rozłożę przed każdym nogi. Żałosne. Najśmieszniejsze jeszcze było, że schemat ich postępowania był prosty, a dążył do tego samego celu. I jak nie twierdzić, że oni są prości? Gdy starszemu napaleńcowi klarownie wyjaśniłam swoje podejście do sprawy,strzelił kolokwialnie mówiąc focha i zabrał swoje zabawki. Czyli jak to zawsze bywa. Albo coś albo nic.


 


Wracając do sedna ta mało może przyjemna sytuacja dała mi do zrozumienia, że znajomości nawiązywane przez internet są mało owocne. Przekonałam się o tym po wielu wielu osobach z interpalsa, a najdotkliwiej po tym, jak zerwałam kontakt z Shasithą. Urywałam go i odnawiałam,by dać szansę na zmianę, która nie następowała. A pewnego dnia miarka się po prostu przebiera. Tempus fugit et nos fugimus in illus.
5 lat temu pisałam z kimś, z nim , kto mi opowiadał o swojej religii i świętach. I w sumie wtedy, kiedy średnio zależało mi na utrzymaniu tej znajomości, była najbardziej poprawna. Nie zależało mi, bo była jedną z wielu. Czas dopiero później zweryfikował, które z nich się utrzymały. Tyle, że potem miałam dosyć oskarżania, awantur, nietolerancji i małomiasteczkowego myślenia. Rozmów o niczym. Mojego tylko mówienia, opowiadania. Zachęcania do rozmów. Braku inicjatywy. Od wieku tygodniu przeplatanych kłótniami i powrotami wiedziałam, że to nie ma sensu.
Palę za sobą mosty. Muszę zrobić miejsce dla nowych osób. Tak bardzo pragnęłabym wyzbyć się wszelakich uprzedzeń i schematów myślowych, które uniemożliwiają mi nawiązywanie nowych kontaktów

Osobiście więcej takich nawiązywać nie chcę i muszę rozejrzeć się wokół siebie. W akademiku jest tyle osób. Spośród nich mam sporo znajomych, a często o tym zadecydowała jedna rozmowa w kuchni. Może powinnam choć raz pójść na jakąś imprezę? W życiu codziennym przy błahostkach przekonuję się, że często to, czego szukam jest na wyciągnięcie ręki. Tylko jakoś nie chcę tego zauważyć. Jak to dostrzec? Zobaczyć świat inaczej i nie do końca z mojej zamkniętej perspektywy?


„I do not know what the wound is, I do know that it is old. I do know that it is a hole in my being. I do know it is tender. I do believe that it is unknowable, or at least unable to be articulable. I do believe you have a wound too. I do believe it is both specific to you and common to everyone. I do believe it is the thing about you that must be hidden and protected, it is the thing that must be tap danced over five shows a day, it is the thing that won’t be interesting to other people if revealed. It is the thing that makes you weak and pathetic. It is the thing that truly, truly, truly makes loving you impossible. It is your secret, even from yourself. But it is the thing that wants to live” by Charlie Kaufmann


xxxs by KlarEm



 



„Wszystko byłoby inne gdybyś tu była, ja wiem. Nie tak trudne i dziwne gdybyś tu była, ja wiem... „ 2017-01-14

Saturday, 14 January 2017 3:45 am
Witam wszystkich zanurzonych na dobre w Nowym Roku. Witam po dłuższej nieobecności, która zaowocuje nowym wpisem, bardziej pozytywną energią (co niektórym śledzącym wpisy może wydać się sprawą wątpliwą) i na co mam nadzieję interesującą treścią.

Powroty czy też wyjazdy zawsze wiązały się dla mnie z jakimś nieokreślonym niepokojem. W końcu nie wiedziałam co na mnie czeka... a raczej zbyt dobrze wiedziałam, że nic ani nikt nie czeka. A może tak naprawdę nigdy nie lubiłam się przemieszać i sama myśl o zmianie tymczasowego miejsca zamieszkania zawsze mnie paraliżowała? Chyba właśnie tak jest.Ale słowo się rzekło, zarezerwowało bilety powrotne do miasta P i nie mogłam się wycofać. 5 dni 'w domu' okazało się dla mnie zdecydowanie za długo. Najbardziej stresowałam się chyba samą Wigilią. Była sztuczna. Począwszy od kupionych w sklepie pierogów i uszek, i barszczu do atmosfery. Tym razem obyło się bez krępujących pytań, ale i tak czułam, że wszyscy traktowali mnie albo jak powietrze albo jak kosmitę. Bardzo możliwe, że wcześniej zdążyli mnie obsmarować.Jest coś takiego, że kiedy w grupie oblewa się pomyjami jakąś osobę, po czym ta dołącza do grona, robi się jakoś niezręcznie. Życzenia były wymuszone, a wśród nich zaproszenie do domu T. Taaaaaa. Bardzo źle się tam czułam, padło o dziwo jedno pytanie co mi jest. Odpowiedziałam, że muszę psychicznie odpocząć, po czym już się zaczął żalić jeden z braci, jak to on ma ciężko itd. Na to brak mi słów. Żeby się przypadkiem nie zrobiło zbyt rodzinnie po godzinie, dwóch nie było już gości. To też mnie za specjalnie nie zdziwiło. Sama miałam ochotę uciec.


Kolejne dni nie były lepsze. Spłynęły na jedzeniu, spaniu. Drugiego dnia udało mi się niefortunnie upić 3 (sic!!!) piwami. Skutek tego był taki, że chcieli wzywać a to księdza, a to pogotowie, a rano dostałam niby reprymendę, że powinnam być mądrzejsza. A wymiotując nie czułam, że to jest kara za nierozważne picie, tylko raczej chęć pozbycia się balastu, tej całej atmosfery, słuchania moich kochanych domowników i zakończenia tej całej szopki o nazwie Boże Narodzenie.
Hmm no cóż... mi się po prostu lepiej przy tym zasranym świątecznym stole rozmawiało pijąc.
To tyle.
I dla dopełnienia tego świątecznego, pełnego miłości i zrozumienia czasu dowiedziałam się od poniektórych osób, że zostałam opętana przez szatana. Podobno z nim kolaboruję, odwróciłam się od kościoła - wszystko przez T. Ach i jeszcze Bóg mi nie dopomaga! Polecam każdemu, naprawdę niesamowite przeżycie słuchania takich niewyobrażalnych bzdet na swój temat. Zwłaszcza od ludzi, którzy nie mają właściwie od zawsze pojęcia, co się dzieje w twoim życiu, głowie, sercu. Paradoksalnie zawsze uważają, że mają na ten temat najwięcej do powiedzenia. Ciekawa żależność :/
I jako, że co za dużo, to niezdrowo czas było zakończyć mój jakże cieplutki i rodzinny pobyt w T.W. Oczywiście nie obyło się od sztucznego wzbudzania we mnie wyższych uczuć przy samym pożegnaniu, których nienawidzę.


Dopiero po tym miała się zacząć przygoda życia.


Słowem wstępu powiedzieć muszę, że to był najpiękniejszy Sylwester w moim życiu. Po pierwsze w niesamowitym miejscu, po drugie wcale nie płakałam na nim ze zgryzoty i nie przytulałam śnieżnobiałej, smukłej i zimnej jak moje serce muszli klozetowej. Spędziłam cały tydzień w innej rzeczywistości. Może nie do końca dopisywał szampański nastrój, bo dochodziło do małych kryzysów, ale mimo to dobrze przeżyty tydzień. Pierwszy raz od niepamiętnego momentu nie miałam poczucia straconego czasu.


Spędzony tydzień w nowej rzeczywistości pozwolił mi odpocząć psychicznie i choć trochę nabrać sił na następne kilka tygodni. Dostarczył też wielu od dawna zapomnianych emocji.


Leciałam po raz pierwszy w życiu. Miesiące przed wyobrażałam sobie tę chwilę, że będę płakać ze szczęścia, tak ckliwie jednak nie było. Niemniej jednak byłam przeszczęśliwa. wschód i zachód Słońca, chmury i jako niemiły akcent ból uszu, co też z drugiej strony było nowym doświadczeniem. Wszystko było nowe, piękne i po raz pierwszy. Niesamowite widoki! I mimo iż nie byłam w stanie doświadczać tego tak w pełni przez to załamanie nerwowe, byłam odprężona i pełna wdzięczności. I przede wszystkim cieszyłam się, że w tym wszystkim będzie mi towarzyszyć T. Ale zarazem smutno, bo w większości przy nim dzieją się bardziej ekscytujące rzeczy w moim życiu. Ale my nie o tym, brnijmy dalej w tę opowieść.


 


"Jeśli choć raz wzbiłeś się w powietrze, to już zawsze będziesz kroczył po ziemi z oczami skierowanymi w niebo, z myślami krążącymi w górze i pragnieniem powrotu w przestworza."

— Leonardo da Vinci

Zgadzam się w pełni, niezależnie od tego, czy rzeczywiście da Vinci to powiedział, czy nie. Lekko się stresowałam pierwszym lotem, a teraz stwierdzam, że chcę więcej! I zaczęłam w maleńkim stopniu rozumieć T, bo już nawet nie samo latanie, ale to poznawanie i przenikanie innych miejsc i kultur jest uzależniające. I za to też byłam mu wdzięczna. Bo w tamtym momencie oprócz przekraczania granicy krajów, przekroczyłam jedną ze swoich osobistych. I kiedy przekroczyłam ją w tym wieku, a nie wcześniej, odczuwałam to bardziej świadomie. I na pewno pozostanie to żywsze w pamięci. Ale jak miałam T wytłumaczyć, że ja nie chciałabym nigdzie jeździć sama? Częściowo oczywiście, o bezpieczeństwo się tu rozchodzi. Ale głównie... przecież sami wiecie...



Wprawdzie pogoda nie była taka, jakiej wszyscy oczekują słysząc GRECJA, ale nadal powietrze było rześkie, ostrzejsze i w większości świeciło Słońce. Ku mojemu zdziwieniu ludzie byli bardzo mili, nastawieniu na zabawę, co też w mojej małomiasteczkowej świadomości doprowadziło do małej rewolucji. I jak to z T bywa nie obyło się bez salwy śmiechów i dwuznaczności, komicznych splotów akcji. A wiedzieć musicie, że takie chwile bardzo odwracają uwagę od załamania nerwowego. Wszystko jest nowe i dzieje się w trybie now, więc trzeba tego doświadczyć, bo za kilka dni tego nie będzie. W takich momentach naprawdę nie masz czasu na depresję, bo odnalezienie się na nowo w innej rzeczywistości pochłania więcej uwagi niż smutki. Nie byłam w stanie wyrazić ogromu wdzięczności dla całego jego starania, by wszystko dobrze wypadło. I znów, choć już o wiele mniej złapała mnie za serce taka myśl, że tak bardzo żałuję, że to nie dzieje się na co dzień. Znów przez chwilę wiedziałam, jak to jest dzielić z kimś takie codzienne czynności jak jedzenie śniadania. Czekać po pracy i zapytać styranego T jak przetrwał ten dzień. Miewałam tam przez małe chwile takie ukłucia w sercu. Ale wiecie, zaczynam sobie to wszystko tłumaczyć w inny sposób. To nie jest kara. To mógł być możliwie najlepszy scenariusz dla tej całej sytuacji. Być może przy innych, sprzyjających okolicznościach wcale nie byłoby tak bajecznie, jak sobie to teraz wyobrażam. Być może bym go zdradzała na prawo i lewo, a ten osiadłby w kanapie przy puszce piwa sądząc, że w sumie nie musi się o nic starać. Tak, a nawet i gorzej mógłby potoczyć się tenże scenariusz i przy uzmysłowieniu sobie tego nie jestem już tak wściekła na los. A momentami poczułam, że w ten sposób los daje mi jakieś pieprzone nagrody pocieszenia, rekompensaty bym i ja na chwilę zaznała szczęścia, lub mówiąc kolokwialnie udławiła. I to rzeczywiście jest jakiś sposób myślenia i nawet jest zawarta w tym cząstka prawdy, ale... ale czy takie myślenie coś wnosi? Nie, tylko hamuje mnie przed cieszeniem się właśnie tymi wspaniałymi rzeczami. A tak nie można, bo się tylko zadręczę na śmierć.



Tydzień na początku wydawał się być bardzo długi, upłynął jednak tak bardzo szybko, że dwa ostatnie ranki przed wyjazdem przepłakałam. Przepłakałam, bo zdałam sobie sprawę, że nie mam do kogo i czego wrócić. Nie zostawiłam swojego sensu życia w Warszawie. Nie było go nigdzie i przy niczyim boku. I to stanowi problem wobec moich dalszych poczynań po studiach. W Warszawie nie trzyma mnie nikt ani nic. Zarówno jak i w żadnym innym miejscu.



To jak klasycznagorzka, poszprechałaś choć trochę, czy popłakałaś się i uciekłaś jak ostatnia pizda?


A nawet i przyznam, choć nie było to nie wiadomo jakich wysokich lotów, że udało mi się kilka razy załatwić jakieś drobne rzeczy używając moich języków. I szło to nawet lepiej i sprawniej, gdy T był przy tym nieobecny. Uruchamia się we mnie wtedy jakiś instynkt i samozachowawczy i przetrwania, więc niezależnie od tego, co powiem, w jaki sposób i jakiej użyję konstrukcji gramatycznej- muszę sobie poradzić. Paradoksalnie radziłam sobie lepiej nie mając na plecach oddechu T. Przy nim zawsze się błaźnię :(((( Nie obyło się bez pewnych poślizgnięć typu przesłyszałam się przy podawaniu liczebników. Jednak liczebniki niemieckie w fast speech wywołują mętlik w głowie, zahamowanie i spowolnienie reakcji. Spotkałam się natomiast z bardzo miłym przyjęciem przez panią w muzeum. Gdzieś ktoś mnie zagadał na ulicy, że potem śmiałam się w duchu przez dobre pół godziny. Niby takie małe coś, a bardzo cieszy i umila dzień. Szkoda, że w moim smutnym jak pizda pozbawionym polotu i finezji mieście (plusik dla tego, kto załapie xD ) ludzie zdają się nie znać tej zasady. Także tym sposobem udało mi się i pospikingować i poszprechać o tyle o ile. Jednak z jednej rzecz nie zdawałam sobie sprawy. Otóż T zauważył, że jestem bardzo oschła i zimna, gdy mówię po angielsku. Tylko jak ja mu mam wytłumaczyć, że:



    a) Nie będę udawała brytyjskiego (który swoją drogą ubóstwiam) akcentu, nie mam ochoty brzmieć, jakbym zaraz miała niemalże orgazmu dostać.


    b) Nie jestem w stanie na co dzień odczuwać, wykrzesać z siebie emocji, więc i tu się to nie udzieli.



Nie sądziłam jednak, że to objawi się również w moich obcych językach. Ciekawe spostrzeżenie.



I tak odczuwszy minimalnie inną mentalność, bardzo szybko zaserwowano mi siarczysty policzek nad ranem o 4:30 w Syberii.. A nie, czekajcie.. to było tylko Metro Młociny, a mnie zaskoczyła zima. I się zaczęło: „ Na co Pani czeka?! Co Pani walizek nie wyjmuje?! Ja nie mam czasu czekać!!!”. Polskich akcentów nie brakowało też w mieście B. „Kurwa, przesuń się pizdo pierdolona!” w metrze po czym leci na mnie facet z walizami. Czujecie to?



Z kolejnym polskim akcentem spotkałam się w samej poczekalni na Młocinach. Nie wiem, czy macie takie odczucie, ale boję się ludzi napotykanych na mieście od godziny 1-6. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale nie widziałam tam tak wielu szarych, spieszących się do pracy jeszcze z zaspanym wzrokiem ludzi. Tamci są podejrzani, popijają trzymane za pazuchą piwo i rozglądają się podejrzliwie. Są popuchnięci na twarzy, zmarnowani alkoholem. Klasycznagorzka nieświadomie znalazła się w ich gronie. Rozwinęła się wówczas rozmowa, podczas której: jedna kobieta darła się na faceta by jej nie dotykał i on dobrze wie o co chodzi. Ten sam popijał piwo. I trzeci do zespołu ich troje próbował się przede mną popisać znajomością historii i udowodnić, że alkohol nie zniszczył mu jeszcze śladowych ilości szarych komórek. I padło na TYCH SZWABÓW, bo klasycznagorzka miała na policzkach wymalowane, rozmazane już flagi Niemiec.



To śmieszne, bo w mieście B nikt nie patrzył nawet na mnie, nie zwracał uwagi, a tutaj musiały posypać się komentarze. Lekko struchlała odliczałam ten czas do otwarcia metra. Czas wstać, pożegnać zacne towarzystwo i zakończyć te prymitywne rozmowy. Tamci idą za mną, jeden oferuje poniesienie torby, co nie ukrywam było przydatne. Dochodzimy do metra, chcę kupić bilet i mówię jednemu by położył tu moją torbę, że dam sobie radę. Na co ten przybliża się do mnie, obdarza spojrzeniem szaleńca i pyta, czy dam mu na piwo. Mówię mu, że sama nie mam złotówek i nie mogę. Mijają sekundy, nie wiem, jak się dla mnie ta konfrontacja zakończy. Rzuci się na mnie?, Wyrwie torbę? Czy okradnie, gdy będę kupować bilet? Goettchen, mnie nie ma nawet kto obronić! Przeklinam wszystkie bóstwa i jednocześnie błagam o wybawienie. Obrzuca mnie nienawistnym wzrokiem i odchodzi. Ja w te pędy łapię torby i zamiast do automatu z biletami zmierzam do wyjścia. Ten przez chwilę jeszcze czekał przed bramkami do metra. Nie mogłam tam wrócić. Gdy znalazłam się na zewnątrz, poczułam na skórze przeszywający mróz, musiałam szybko zdecydować, co zrobić jeśli wyjdzie za mną. Zauważyłam jakiegoś faceta w średnim wieku i postanowiłam niewiele myśląc poprosić go, by udawał, że mnie zna. W razie gdyby tamten wrócił, ten by mi pomógł. Dlaczego ja nie znam podstaw samoobrony? Małe i słabe kobiety mają ciężkie życie...


Postałam z nim chwilę, do momentu, aż ni stąd ni zowąd nadjechał tramwaj o bardzo dobrze znanym mi numerze. Jak to się stało, nie wiem, ale jego stacja końcowa była praktycznie moim przystankiem, o czym do tej pory nie miałam pojęcia. Jakby opatrzność podsunęła mi praktycznie pod nos ten tramwaj!! Pożegnałam szybko mojego wybawcę, wrzuciłam milion toreb do tramwaju, zapakowałam samą siebie do środka. I tak od 5:30 podziwiałam budzącą się ze snu Warszawę. I takie właśnie słowa towarzyszyły mi podczas drogi powrotnej, gdy nie do końca jeszcze pojmowałam, w jakiej się znajduję rzeczywistości:


W moich snach wciąż Warszawa
pełna ulic, placów, drzew.
Rzadko słyszysz tu brawa -
częściej to drwiący śmiech.
Twarze w metrze są obce,
bo i po co się znać...
To kosztuje zbyt drogo,
lepiej jechać i spać.”


W tej piosence jednak zawsze moje serce na nowo podbija ta zwrotka:


Jeśli miłość coś znaczy
to musi dać znak.
Kiedyś też to zobaczysz,
powiesz mi tak:
zniknie Warszawa
tak jawa, jak sen.
Życie to nie zabawa -
dobrze to wiem!”


Kończąc opowieść o niezapomnianym wyjeździe stwierdzam, że wypoczęłam i mam teraz więcej siły na kolejne tygodnie. I ciut dystansu, choć nadal za mało. A kolejne nie wydają się mnie rozpieszczać,jeśli chodzi o ilość zaliczeń...



Fuck my mind with words porn



Ciało mamy zwierzęce, lecz aspiracje boskie. (...) Hormony nasze produkują enzymy głodów nie do zaspokojenia, marzeń nie do zrealizowania, tęsknot nie do zagłuszenia. I ja w samym gąszczu, z wielką pustą głową, ze wzdętym sercem bez krwi, z rozrzedzoną duszą antymaterii. Zmęczony sobą i swoim czasem. Zmęczony ograniczeniem, niemocą, niepojmowaniem.” — Tadeusz Konwicki - Mała apokalipsa



Śmieszna historia mi się przydarzyła i gdy w tej chwili ją wspominam, uśmiecham się lekko skonfundowana, lekko zawstydzona.                              Posiadam konto na interpalsie. W miejscu tym można poznać obcokrajowców, znaleźć przyjaźń i nie tylko. Kwestia . Ja pewnego dnia w drugiej liceum stwierdziłam, że chcę mieć znajomych nie tylko z Polszy. Chcę zatem pisać po angielsku i niemiecku. Nic więcej i oświadczam tam to wszem i wobec, ale mało komu chce się to nawet czytać. Ignorancja przez którą muszę czasem sobie napsuć krwi. Od dłuższego czasu nie dzieje się tam nic, a nawet jeśli, jestem podrywana przez lesbijki i notorycznych zboczeńców. Aż po jednym z nich nie wytrzymałam i napisałam pod swoim profilem, że nie wysyłam nikomu żadnych śmierdzących skarpet i majtek ani niczego innego. Żeby takie osoby trzymały się ode mnie z daleka zanim stracę cierpliwość. I wtedy napisał nasz bohater historyki. 37 letni koleś z pewnego europejskiego kraju. Jak się potem dowiedziałam dorywczo tłumacz. Zaczynamy rozmawiać, akurat przeczytał mój zaktualizowany opis na profilu.Nie sądziłam, że moja frustracja wywoła takie reakcje, ale w porządku. Pierwsze co przykuwa moją uwagę to wiek, ale też dojrzałość, której nie znajduję u rówieśników. A wiedzieć Wam trzeba, że moi bracia są w niemalże tym samym wieku, dlatego postanawiam traktować to jak rozmowę z takim ot bratem. Rozmawiamy więc o mało ważnych rzeczach. Kurtuazyjnie. Jak to bywa na początku. Minął dzień pierwszy. Dnia drugiego przenieśliśmy się na messengera. Raz mniej, raz bardziej poważnie, jednak nie wiem jakim cudem od słowa do słowa klasycznagorzka szybko przekonuje się, że potrafi być lwicą salonową,nawet nie wiedząc kiedy. Właściwie w internecie nie jestem do końca poważna i często w konsekwencji tego sprowadzam na siebie kłopoty. Dla mnie są to zwykłe żarty, jajcowanie jak to zwykłam nazywać, a inni niestety myślą, że czegoś od nich oczekuję. I wtedy jedyne co, to brać nogi za pas. Nienawidzę tłumaczyć potem dorosłym ludziom, że niczego od nich nie chcę.                  I ku swojemu zdumieniu odkrywam, że potrafię flirtować, oraz że to potrafi być całkiem odprężające...niezobowiązujące i nie na serio. A o tym, że wszyscy potrzebują miłych, czasem pikantnych słów przekonałam się czytając te wiadomości z wypiekami na twarzy. To były tylko słowa, ale takie, których nikt w stosunku do mnie nie używał, i nie było to „Kobieto podaj piwo” ani „klękaj do miecza” ani „ruchałbym jak Reksio szynkę”, „będę brał Cię w aucie eheh”. Lecz takie, które można usłyszeć od ojca, brata, kolegi, a czasem i chłopaka. I choć od samego towarzysza rozmowy niczego nie chcę, zrozumiałam, że sam intelekt i poczucie humoru mnie ujmuje. Nawet nie jego. Ogólnie. W tamtym momencie przyszło mi na myśl, że ludzie tak cholernie pragną miłości i próbują za wszelką cenę dostarczyć sobie chociaż namiastki tych uczuć. Chociażby w internecie. To jest dla mnie przerażające. Czy to nie upośledza ludzi, że nawet w tej kwestii uciekają się do technologii? I wiecie co było najgorsze? Że czułam, że mogę się uzależnić od tych słów, że mogłabym ich słuchać bez końca,chociaż nie znałam tego człowieka. Zabrzmi to bardzo krzywdząco i choć bronię się rękoma i nogami przed takim ocenianiem, to muszę powiedzieć,że fizycznie absolutnie mnie nie pociąga, a wiekowo to jakbym podrywała swoich braci (za co miałam wyrzuty sumienia), toteż nie zamierzam w ogóle przenosić tej dwudniowej znajomości na grunt rzeczywisty.Ale to na chwilę sprawiło, że nie myślałam o sobie jak o dziecku, które zawsze pyta się o dowód osobisty przy zakupie piwa. Tylko jako o kimś więcej.


 

Wszystko, co w mojej wrażliwości trudne i rozproszone, bierze się z braku ciepła i z jałowej tęsknoty za pocałunkami, których nie pamiętam.”



Fernando Pessoa



I potem, gdy rozmowa zrobiła się zbyt poważna (jestem najbardziej niepoważnym człowiekiem na świecie) uciekłam. Uciekam zawsze, gdy się boję, gdy sprawy nabierają poważniejszego obrotu. Uciekam, bo boję się dać komuś chociaż cień nadziei. Nie można nikomu dawać nadziei ani przyzwyczajać do swojej obecności, jednym słowem- uzależnić od siebie. To jest czyste skurwysyństwo. O tym przekonałam się już sama w swojej karierze. I momentami, gdy żarty stawały się bardziej pikantne, bałam się, że popełniam właśnie takie skurwysyństwo. Uciekłam, bo po 2 dniach facet się nakręcił, zaczęły się zaproszenia, oferty spotkania itd. A szczerze powiedziawszy, nie spodziewam się zbyt wiele po internetowych znajomościach, a tym bardziej nie przewiduję żadnych spotkań. I dodać należy tę różnicę wieku, która dla mnie jest bądź co bądź istotna. Zablokowałam go na fb i interpalsie. I wiedziałam, że niby zrobiłam dobrze. Ale z drugiej strony... to wręcz groteskowe, ale czułam się przez kilka małych chwil jak na głodzie. I wcale nie było to tak, że się zakochałam, bo z wyżej wspomnianych powodów to nawet nie wchodzi w grę to raz, a dwa, że nawet nie pamiętam jak to było się zakochać. W sensie nie pamiętam, jak to następowało, po co i dlaczego. Zatraciłam kilka lat temu tę zdolność. I nigdy nie będę leczyła klina klinem na pocieszenie. To jest pewne i oczywiste. Mnie albo sieknie raz a konkretnie, albo w ogóle. Tymczasem ja sama chyba zbyt bardzo potrzebowałam tych wszystkich słów. Po całym dniu myślenia na ten temat odblokowałam go. A samą sytuację będę miała na oku, a rękę na pulsie,gdyby miało się coś złego wydarzyć. Przecież na dobrą sprawę samą rozmową nie robię nikomu krzywdy. Dobrze się jednak było przekonać, że mam jeszcze gdzieś głęboko skrywane wielkie pokłady uczuć. „Pamiętaj, kiedy znów zdziczeję, odrzyj mnie z wichrów i ugłaskaj.” by Cynicznyromantyzm


dd


 



 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 



 


 



 



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]