klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
„Noc szeleści podstępnie, ból drży i nie wiadomo już, czy warto...” - Agnieszka Osiecka „Noc” 2016-12-12

Monday, December 12, 2016 0:24


 


Naskrobię coś jeszcze przed świętami. Naskrobię, choć wiem, że zemści się to na mnie na dwóch jutrzejszych kolokwiach, a promotor nazwie mnie niepoważną i nie będzie chciał o niczym rozmawiać.
Dobrze, skoro trzymamy się porządku chronologicznego, opowiem o kilku rzeczach, które w ciągu tych szaroburych tygodni miały większe lub mniejsze znaczenie.

Wspomniane jakiś czas temu napisy do filmu.


Pierwsze takie poważne zlecenie. Non-profit oczywiście,jednak dla mnie nie stanowiło to wielkiego problemu. Działałam na zasadzie „wpiszesz sobie w CV”. Co najgorsze miałam 10 dni na przetłumaczenie 100 stron dialogów. Jak nietrudno się domyślić, jeśli chcesz dostać coś za darmo i koniecznie w trybie ekspresowym, nie wymagaj jakości pierwszych lotów. Brak czasu, złe samopoczucie i deadline były zgubne w skutkach, ale o tym miałam dowiedzieć się 3 tygodnie po odesłaniu list dialogowych. Film miał być wyświetlany podczas Festiwalu Filmów o tematyce Żydowskiej. A skoro to był Festiwal Filmów myślałam, że organizatorzy podejdą do wydarzenia poważnie i listy zostaną sprawdzone i poprawione po wolontariuszach. I zostały, ale tylko w wskazanych przeze mnie miejscach. Tak więc możecie się domyślić, że najadłam się niemałego wstydu widząc pod słowem 'SATURDAY' tłumaczenie 'PIĄTEK' Taaaak, jeżeli tam byliście i to widzieliście, wiedzcie,że to byłam ja! Czułam jakbym oszukała wszystkich tam obecnych ludzi. Wprawdzie sam film jako fabuła mnie nie interesował, ale przewijałam go milion razy i starałam się 'wygładzać' niejasności i błędy w końcówkach osobowych. Tylko... tylko nikt z tam obecnych osób, albo co gorsza tych, które dowiedzą się od osób trzecich o fatalnym tłumaczeniu nie będą wiedziały czym to zostało spowodowane. Każdy za to pomyśli, że jestem partaczem... a jeszcze gorzej poczułam się widząc swoje referencje (abstrahując czuję, że każdy dostał takie same, tylko zmieniono dane osobowe i tytuł tłumaczonego filmu), na których chwalono moją terminowość i dokładność oraz polecano mnie do współpracy na przyszłość... Wychodząc z Muzeum najpierw śmiałam się jak wariatka, ale potem byłam wściekła. Starałam się ustalić czyja wina była tu większa. Ja miałam na wykonanie napisów 10 dni, w międzyczasie pracowałam, chodziłam na uczelnię itp. A oni jako organizatorzy powinni dopiąć wszystko 'na ostatni guzik'. A mimo to ktoś bardzo po macoszemu potraktował sprawdzenie list. A obawiam się, że może to wpłynąć źle na opinię samego Muzeum. I w końcu z tego co widziałam było wiele organizacji wspierających to wydarzenie. I jeszcze taka drobna rzecz, śmieszna ale przykra: bałam się początkowo, że może o tym dowiedzieć się 'achuicidotego'.. a ten pewnie postawiłby krzyżyk na moim językowym rozwoju. Z resztą zawsze miał mnie za idiotkę.


I gładko przechodząc do samego 'achuicidotego' mieliśmy w czwórkę pójść na piwo. Powstała nawet grupowa konwersacja, że niby są jakieś chęci. Zaczynamy negocjować dzień i godzinę. Oczywiście nie mogło się obyć przeintelektualizowanych tekstów 'achuicidotego' i drugiego kolegi prawnika. Ja rozumiem, na uczelni, na potrzeby zajęć... ale ja nie chcę by poza nią ktoś do mnie mówił naukowym bełkotem, serio. Czuję, jakby ktoś mnie w ten sposób próbował poniżyć. Koniec końców nie doszliśmy do konsensusu, bo każde po kolei zaczęło podawać powody dlaczego nie może wtedy a wtedy się spotkać. A ja, jako nerwus niesamowity, nie mogę ścierpieć pierdolenia o dupie Maryny i pytam o konkrety. A że tych nie uzyskałam, ulotniłam się z tej konwersacji, która większego znaczenia nie miała. Szkoda, bo w sumie chciałam się dowiedzieć co nowego u gramatycznego nazisty. Trudno.


 


A jak mijają moje dni?
Każdy kolejny dzień rozpoczyna się dla mnie dźwiękiem alarmu. Kilka razy w tygodniu o 9.30, raz przed ósmą, dwa razy po 10. W zależności od dnia tygodnia. Dźwięk alarmu jest ostry i zwiastuje bolesny powrót z krainy snów do szarej rzeczywistości.
Odchylam kołdrę, odkładam na bok Jacka (sic!)- (pluszowego: dla ciekawskich: żywego się nie dorobiłam!)- i rozespanym wzrokiem ogarniam rzeczywistość. Zazwyczaj już wtedy moja współlokatorka jest w drodze na wydział. A ja zaczynam się zastanawiać,czy jest jakiś powód dla którego powinnam wstać.. coś, cokolwiek, bo nawet już nie mówi się tutaj o kimś. Przeszywa mnie chłod i toczę ze sobą dwuminutową walkę. Wstaję. Rozpoczyna się poszukiwanie czystej bielizny i sensu życia.

Dni mijają mi na rzeczach, które nie przynoszą już żadnej radości, ale robię je, bo muszę, a poza tym jestem coraz bliżej Sylwestra. Robię rzeczy z przymusu. Czytam ukradkiem książki na wykładach, rozmawiam z Go, robię notatki na co bardziej przydatne przedmioty. Snuję się jak cień po wydziale i wypatruję takich frajerów jak ja, którzy jeszcze 'odsiadują swój wyrok' na tym wydziale. Reszta baluje na Erasmusie.
Ale wiecie... co do Erasmusa nie wszystko jest takie kolorowe.
Z relacji osób z mojej grupy wynika, że uczą się tam jeszcze mniej niemieckiego co tutaj. Niemieccy wykładowcy zaliczają im przedmioty bezproblemowo, one mają po 1 zajęcia w ciągu dnia, a za to imprezują i podróżują. Największym dla mnie szokiem było to, że wcale nie porozumiewają się tam po niemiecku! Wszystko załatwiają po angielsku... i tym samym nie zazdroszczę im aż tak bardzo. Jakoś inaczej sobie wyobrażałam ideę tego programu. Ale to pewnie zależy od indywidualnego podejścia poszczególnych osób.


Co do samego samopoczucia weekendy są chyba najgorsze: śpię czasem do 12, nie chcę mi się kąpać ani dbać o siebie. Żyję od jakiegoś czasu na czarnej kawie, kanapkach i koktajlach. Włóczę się sama po parkach, by potem znikać na kilka godzin w poszukiwaniu przygód. A wiedzieć trzeba, że mam pewną dziwną tendencję do spotykania dziwnych ludzi w często nietypowych miejscach. I tak się stało w piątek. Po godzinie spaceru znalazłam się w okolicy pewnej Galerii handlowej i chciałam bardzo zobaczyć z bliska ustawioną przed nią choinkę. Gdy szłam w jej kierunku minęłam pewnego dziadka,który z trudem powłóczył nogą, ciągnął wózek z zakupami i podpierał się laską. Zatrzymałam się, a potem zawróciłam, by mu pomóc. Popatrzył na mnie nieco zdezorientowany,ale zgodził się. Rozmawialiśmy chwilę o jakiejś ulicy i poczłapaliśmy powoli, bardzo powoli do jego bloku. I przyznać muszę, że miałam chwile zawahania, czy dobrze zrobiłam, gdy zaczął mi wypominać, że nie mogę rzucać studiów, że zmarnuję sobie 3 lata z życia. Tak bardzo mnie irytował fakt, że ktoś może nie rozumieć tego, że ludzie sobie mogę zwyczajnie nie dawać psychicznie rady. Ale myślę sobie, że skoro się zaoferowałam, doprowadzę go pod same drzwi mieszkania, pożegnam się i powędruję spokojnie do akademika. Na tym jednak sytuacja się nie kończy, bo dziadeczek zaprasza mnie do środka. Niepewna swojego posunięcia przekraczam próg mieszkania i czuję, jak przykleja mi się but do klejącej i brudnej podłogi. 'Hmm dawno tu nikt nie sprzątał'-myślę sobie.


-'Proszę tu umyć ręce i wejść do kuchni'- mówi mój dziadeczek.


Nie byłam pewna swojej decyzji, choć wiedziałam, że nie miał wystarczająco siły by zrobić mi coś złego. A więc wchodzę i 'podziwiam' cały majątek dziadeczka w postaci pobojowiska i wiem, że tu nikt nie przychodzi. Rozmawiamy, jemy tę kolację, a dziadeczek w pewnym momencie wręcz wmusza we mnie kieliszek koniaku. Rozmawiamy, opowiadam mu o sobie bez wnikania w szczegóły, adresy. Staram się tego nie robić przy nowo poznanych osobach. To chyba widzi każdy, kto mnie choć trochę zna: odznaczam się silnym instynktem samozachowawczym, a niskim poczuciem bezpieczeństwa. Dlatego też nadal czuję się nieswojo że 'dałam się zaprosić' na tę specyficzną kolację. Bardziej chodziło mi o to, by odprowadzić dziadeczka pod drzwi i się ulotnić. Nie potrzebuję, by kolejne, nowe osoby się zbytnio do mnie przywiązywały. Oderwałam się po 22 od stołu. Muszę iść. Dziadeczek pyta, kiedy się znów zobaczymy (szkoda, że nikt mnie nie zapytał, czy w ogóle chcę) odpowiadam dyplomatycznie, że nie wiem. Po tym każde sobie napisać numer telefonu i imię. Źle się czułam zrobiwszy to, ale na dobrą sprawę nie muszę tych telefonów odbierać.


A co gorsza stał jeszcze w drzwiach i ocierał prawdopodobnie łzę, gdy odchodziłam.
Takiego końca dnia stanowczo się nie spodziewałam. Ale wiem, że postąpiłam dobrze i miałam potem dobry nastrój do końca dnia.

 


Innego dnia umawiam się z Panem Edwardem. Pan Edward wita mnie jak zawsze bardzo serdecznie. Tym razem przygotował dla nas obiad. Nie muszę mu wiele tłumaczyć, bo on wie wszystko. Wie, że jestem w dołku. Nie więc najmniejszego sensu dłużej się żalić. Pan Edward pokazuje mi swoją pokaźną kolekcję filmów Cejrowskiego.Tak samo, jak swoje schludne i przytulne mieszkanie. Widać jednak brak kobiecej ręki, co nie znaczy, że jest zaniedbany. Wręcz przeciwnie! Brakuje tu tylko duszy...
Niedzielny obiad z piwem i seansem filmowym. Pan Edward zasypia, a ja oglądam film o Grecji. Jest dziwnie spokojnie.
Na odchodne dostaję na szczęście żabkę z groszem i słonika z trąbą skierowaną ku górze. Noszę je ze sobą codziennie. W takich chwilach żałuję, że nie mam czasu by częściej spotykać się z ludźmi i pielęgnować znajomości Mam cholerne wyrzuty sumienia myśląc o tych, którzy czekają na moje wiadomości po kilka tygodni.


W drodze powrotnej mijam DPN i 'Sokrates'. Zawsze będzie mi już przypominać o Juliane, jak i wszystkich innych ludziach, z którymi mnie kiedyś cokolwiek łączyło. Napisałam jej wiadomość na początku roku akademickiego. Dostałam odpowiedź zwrotną i to całkiem szybko. O tym, żebym nie oczekiwała zbyt wieku wiadomości, bo jest obładowana pracą.


Rozumiem. Każdy jest. Jednak bardziej zastanawiające jest dla mnie to, że Juliane jakimś cudem znajduje czas na wstawianie zdjęć parków, jedzenia i selfie. No cóż.. czego się spodziewałam po Amerykance? Jakkolwiek potrafiła w przyjaźni być serdeczna, spontaniczna i oddana, tak bardzo nie jest w stanie utrzymywać długodystansowych znajomości. Trudno. Zbyt wiele sobie po niej obiecywałam. Jednego nie mogę jej zarzucić: Dzięki naszym spotkaniom American Culture Club podeszłam go końcowego egzaminu ustnego z języka angielskiego pewniej niż dotychczas. I zdałam go dobrze. Z drugiej strony widziałam, że Juliane jest bardzo pozytywną osobą, a ja mogłam się okazać dla niej zbyt depresyjna. Przecież nikt nie chce zadawać się z kimś, kto ciągnie w dół. A moje zrzędzenie potrafi być męczące. Tak czy inaczej przykro mi, że nie potrafię przy sobie zatrzymywać osób.


A ślady obecności Juliane na swoim wydziale widzę do dziś. Jeszcze do niedawna przed jednym z pokoi wdziałam jej grafik dyżurów, a gdzie indziej mignęła mi przed oczyma kartka z zaproszeniem na spotkania Klubu Kultury Amerykańskiej. Było, minęło. Dla niej Polska była jakimś przystankiem w jej podróży. A ja sama chciałabym żyć w przekonaniu, że nic nie trwa wiecznie. A tak nie czuję wartości zdarzeń i osób stawianych mi na drodze.


 


Z innej beczki. Praca. Obecnie nasze biuro tłumaczeń mieści się gdzieś w przestrzeni kosmicznej, bliżej nieokreślonym miejscu. Pokrótce: sytuacja awaryjna, szefowa musiała opuścić lokal w ciągu kilku godzin. A o tym dowiedziałam się jako ostatnia pocałowawszy klamkę biura. Gdy myślę o tamtym dniu pewna jestem jednego: dawno nie miałam tak intensywnego dnia. Spóźniona, z milionami telefonów od szefowej pojechałam do biura. Po ustaleniu, że ono jakby nie istnieje, musiałam odebrać z jednego miejsca dokumenty. Potem do mieszkania szefowej. Następnie okazało się, że mam pojechać z jej znajomą z Turcji do lekarza i tłumaczyć wizytę lekarską. Jak dla mnie bomba! Na szczęście wytłumaczyły mi obie, na które leki jest uczulona, które zażywała itp. Wiecie, ciężko tłumaczy się ad hoc nie znając choćby nazw chorób czy objawów. I dlatego może choć moje tłumaczenie nie było 'wysokich lotów', to przynajmniej udało nam się ustalić najważniejsze fakty w historii choroby D. Sytuacja była bardzo poważna, więc pierwszym punktem była wizyta lekarska, potem szpital i na końcu jakaś przychodnia. A dzień był męczący z kilku powodów:
Poprzedniego dnia aż do samego rana kłóciłam się ze znajomym ze Sri Lanki, spóźniłam się do pracy, nie zjadłam śniadania, musiałam jeździć do kilku miejsc, a i tak najwięcej czasu zabierało czekanie do lekarzy i w szpitalu. Ja nie mogłam wiele zrobić, a D cierpiała. W szpitalu wkurwił mnie w dodatku niesamowicie jeden chłopak, który wyśmiał mnie,kiedy zaoferowałam swoją pomoc z angielskim. Rozejrzał się po zebranych osobach, na co odprychnął z pogardliwym uśmiechem, że angielski to teraz wszyscy znają... Taaaa, tak właśnie mówią osoby nie związane z językami na co dzień. Nie ważne jak, byle mówić. Popsuł mi nerwy. Uspokajać musiałam się dobrą godzinę i zdążyłam poprzeklinać wszystkich facetów chodzącej po ziemi. Niedospanie, głód, nerwy i zniecierpliwienie sprawiło, że śmiałam się, jakbym wypiła co najmniej jedno piwo. I po 9 godzinach w końcu uratowała mnie szefowa. Gdy wdrapałam się na trzecie piętro naszego akademika nie wiedziałam, czego chciałam bardziej: spać, jeść czy siku...
To był naprawdę intensywny dzień, przez co doszłam do wniosku, że to bardzo niesprawiedliwe, gdy przez większość moich dni nie dzieje się nic, że najchętniej pocięłabym się plastikowym nożykiem z rozpaczy, a jeśli już dzieje- to odczuwam zbyt wiele emocji naraz. Nielogiczne. Chyba brakuje tu jakiejś stabilizacji.

 


I jeszcze słów kilka o najważniejszej, jak nie kluczowej w tej chwili sprawie.
Nie, nie pytajcie jak 'się pisze' moja praca licencjacka, bo nadal jestem na etapie uściślania tematu pracy. Promotor musi mnie nienawidzić. Głupie może, ale przeprosiłam go za to. Przecież nie mam siły mu tłumaczyć, że się źle czuję psychicznie. Mało kto to rozumie. Powiedziałam, że mam nadzieję, że nie straci do mnie cierpliwości. Odparł, że w porządku, jest od tego, żeby mi pomóc.
Tego w tym momencie potrzebowałam. Pomocy. Zaczęliśmy ustalać i wprowadzać mój temat na nowe tory, modyfikować go na podstawie nowych źródeł. I na końcu bierze moją kartkę i mówi: ”Nie może być tak, że Pani przyszła i wychodzi z niczym” i pisze na niej spis treści. Bo tak naprawdę nie chodziło mi nawet, żeby ktokolwiek to za mnie robił, choć wiadomo, że dla kogoś kto siedzi latami uprawiając naukę, po tylu publikacjach i wypromowanych pracach dużo łatwiej jest ustalić konspekt takiej pracy. Ja za to mam nadal mgliste pojęcie na temat tworzenia takich rzeczy.
Czy to studenci są coraz bardziej otępiali czy to moje złe samopoczucie? Ciężko powiedzieć.
Ale przyznać muszę, że to, co zrobił mnie rozczuliło. Siedząc tam z nim czułam, jakbym siedziała trochę z ojcem (nieee, nie swoim, tak ogólnie). Prawda jest jedna: pierwszy rozdział trzeba oddać do końca stycznia (6-7stron). A czas mnie goni. Ale nie to jest w tym najgorsze, bo jak mi się 'noga podwinie' obronię się we wrześniu. Bardziej irytuje mnie, że przez te zbędne zajęcia nie mam czasu pisać tej pracy ani jeździć po bibliotekach, zrobić prania, zakupów, posprzątać... I wszystko to po dodaniu pracy i wolontariatu odbiera mi jakąkolwiek siłę i wolę walki. Jak myślicie: zmotywuję się trochę po tym Sylwestrze? Będzie mi się chciało choć trochę bardziej żyć? Znajdę sens życia? Nie będzie chciało mi się aż tak bardzo poddać? Przeżyję święta i krzyżowy ogień pytań? Powiem swobodnie choć jedno zdanie po niemiecku do nativ'ów?
Na te i inne kłębiące się w mojej głowie pytania mam nadzieję znać odpowiedź po Nowym Roku.


"Zawsze wierzyłem, że na tym świecie jest na pewno choć jedna osoba, która mnie zrozumie bez słów. Trzeba tylko być cierpliwym i czekać, by na siebie wpaść. A że po drodze mogę się ubrudzić i upodlić, wyrzygać siebie tysiąc razy i mogę paść, nie wpadłszy na tego kogoś, to nic, świat jest wielki, ale liczy się wiara i nadzieja, liczy się cel, który zawsze jest przyczajony i czujny jak dzikie zwierzę gotowe do skoku."
— Mariusz Maślanka - Na imię mam Jestem

  MONOLOGI GROZY CZ.1

"Cześć xxxxxx,

Tak przez przypadek zajrzałem na Twój profil i widząc taką uroczą i piękną kobietę postanowiłem napisać. Do tego wydajesz się bardzo symaptyczną osobą, dlatego może byśmy mogli jakoś porozmawiać albo zgadać się na kawę? 😉 Jak to się mówi kto nie ryzykuje ten nie pije szampana 😉

Pozdrawiam Serdecznie,
Piotrek"


PS. ODWOŁUJĘ PRZEDOSTATNI CYTAT I BIORĘ NOGI ZA PAS!  A poza tym: jeden ortograficzny i drugi stylistyczny i trzeci interpunkcyjny. Boooyah! :D
Chociaż... przynajmniej forma grzecznościowa zachowana :/
+ Nie ta kategoria wiekowa (do 30 l) . Co za ulga! To co ja o tych facetach mówiłam...?


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]