klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
"Bolą mnie te niedziele, gdy idę sama przez odświętny tłum, Idę i szukam kogoś - kto w barwnym tłumie jest tak samo sam." — Agnieszka Osiecka 2016-11-07

 Sunday, November 6, 2016 15:32

Cześć. Witam ponownie :) Nie było mnie czas jakiś, ale miło widzieć, że ktokolwiek tu zaglądał podczas mojej nieobecności, co też pokazują statystyki. Być może byliście ciekawi, jak się trzymam, a może szukaliście jakiś głębokich przemyśleń i się rozczarowaliście. Nie wiem, choć czasem ciekawi mnie, co siedzi w głowach ludzi, którzy to czytają.
Tak, czy inaczej dobrze, że wpadacie
  Wiele od ponad półtorej miesiąca się nie zmieniło. Brak tu niestety niespodziewanych zwrotów akcji i nagłych porywów serc, na co narzekam bez przerwy i tendencja ta nasila się bliżej zimy.
 „Z jedynych uniesień pozostało mi unoszenie brwiami, a wzruszeń- wzruszanie ramionami”.
 A niewiele wskazuje na to, by sytuacja ta miała się zmienić.
Do rzeczy!
Od kilku tygodni studiuję i pracuję jednocześnie. Nie jest to obecnie jakieś wielkie osiągnięcie, a momentami wręcz obowiązek lub przymus, w zależności od sytuacji finansowej. Tak więc w ten sposób jestem studentę od poniedziałku do czwartku, a w piątki tłumaczę. Cieszę się bardzo z tego powodu, bo ostatnimi czasy nie mogę liczyć na pieniądze z domu, a poza tym mam powód dla którego warto odkładać. O tym jednak później.
Okres w pracy, w którym zajmowałam się pierdołami wydaje się przeminąć. Tłumaczę razem z resztą pracowników różne dokumenty. Mi samej idzie raz lepiej a raz gorzej, jednak wydaje mi się, że z każdym żółtodziobem tak jest na początku.

Po paru tygodniach czar tego biura prysnął. Pamiętam, byłam wielce oczarowana. Jednak potem pojawiły się pierwsze refleksje i bilanse zysków i start.
„Będziesz musiała dopominać się miesiącami o swoją wypłatę” ostrzeżono mnie na wydziale, gdy tylko zdążyłam wypowiedzieć nazwę biura. W tym jest ziarnko prawdy. Swoją wrześniową wypłatę otrzymałam w końcu października, jednak nie wydało mi się to czymś strasznym. Dla mnie ważne, by ona w ogóle wpłynęła i tego będę pilnować. Z tego co słyszałam, potrafi to trwać wiele dłużej.
Następnie mój niesmak budzi (nie)porządek w naszym pokoju. Na tyle, że ostatnio zabrałam się do zamiatania psiej sierści z podłogi, która leży tam, odkąd przyszłam na praktyki, czyli dwa miesiące. Moje miejsce pracy powinno być uporządkowane, choć to też nie jest zasada, patrząc w tej chwili na moje biurko na którym są brudne naczynia, karteluszki, kalendarz i pamiętna butelka po ClubMate, a w niej sześć róż. Oczywiście, tylko jedna jest moja, gdyby ktoś pytał.
I jeszcze inna sprawa. Pogłoski na temat zatargów mojej szefowej z prawem. Nie chcę jednak mieszać jej życia prywatnego, z tym co się dzieje tutaj. Choć przyznać muszę, pewne fakty z jej życia są przestrogą dla mnie samej, jeśli chodzi o przyszłe wybory i sposób życia.

   Więcej jest natomiast plusów wynikających z mojej pracy w tym miejscu. Czy wyobrażacie sobie, kto przyjąłby studentkę lingwistyki po drugim studiów do pracy? Niejedno biuro nie wyrażało zgody na przyjęcie mnie nawet na DARMOWE PRAKTYKI a co mowa o pracy! To jest naprawdę idealne rozwiązanie dla mnie i wpis do CV, który jest na wagę złota.
Nie mogę narzekać na atmosferę pracy. Nikt nie stoi nade mną z biczem^^, nie patrzy mi na ręce. Chociaż oczywiście, jeżeli jest deadline należy się sprężyć.
Wpis do CV wpisem, jednak cały czas mam do czynienia z autentycznymi dokumentami: umowami spółek firm, dokumentacją przetargową, aktami zgonów, urodzenia, wyrokami sądu. Prawdziwa kopalnia słownictwa! Nie nadążam nawet zapisywać sobie tych wszystkich wyrażeń.
I na sam koniec. Nikt nie liczy mojego czasu przerwy z zegarkiem na ręku, ani nie rozlicza z wypijanej tam kawy i herbaty ;))) Czuję się tam dobrze i mam dobry kontakt z pozostałymi pracownikami. Z tej pracy jestem zadowolona pomimo tych drobnych niedogodności. Ale przecież nigdy nie jest idealnie.. no i nie lubię musieć wstawać wcześniej niż 8.00-9.00.
Ale z drugiej strony: Kto rano wstaje, temu... no właśnie! :))))
Jako, że moje życie prywatne przypomina pustynię.. Gobi w dodatku, postanowiłam rzucić się w wir wolontariatów. Na początek zaczęłam z listami dialogowymi, potem opisami zwierzątek z schroniska i wypadającymi pochwami i zwyrodnieniami nowotworowymi. Dziś wysłałam wzbogacone już CV na dwa kolejne wolontariaty. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Czas mnie nagli. Promotor nagli i popędza. Jest zniecierpliwiony i myśli, że nie traktuję sprawy poważnie Przyjaciele i znajomi stawiają w krzyżowym ogniu pytań: JAKI TEMAT? JAK CI IDZIE PISANIE? JUŻ LICENCJAT NAPISANY?
Pytanie to stawiają zazwyczaj osoby z tematem niezwiązane, które jeszcze nie doświadczyły tego na własnej skórze. Za to osoby już doświadczone uspokajają, że to jest do zrobienia i zdania.
Materiał, który bym chciała opisać już mam. Pozostaje jednak kwestia tego, co chciałabym badać.
Zmartwiła mnie jeszcze jedna rzecz. Promotor twierdzi, że nie sprawdzi mi błędów w pracy po niemiecku!! Tylko kwestie merytoryczne... mam nadzieję, że sprawa ta wcale tak nie będzie wyglądać, a ja nie będę musiała wybierać między opłaceniem akademika, a zapłatą tłumaczowi czy nativ'owi za korektę pracy.
Nie chciałabym mieć z promotorem zatargów na początku współpracy, bo jeszcze przez najbliższe miesiące będę bardzo potrzebować pomocy.
Miałam jednak i takie chwile, gdy chciałam mu wykrzyczeć prosto w twarz, że jestem w tak strasznym stanie psychicznym, że nie mam siły myśleć o jakimś problemie badawczym, metodologii badań glottodydaktycznych. Wykrzyczeć tak głośno, że omal bym nie wypluła płuc z tej złości i bezsilności. Wykrzyczeć, że koło tyłka mi latają ich tytuły naukowe, sława i chwała po wieki, badania nad językiem, Chomsky i teoria antropocentryczna. Wykrzyczeć, że jedyne, czego potrzebuję to poczuć się dobrze. Że chcę po prostu poczuć się wolna od tego wszystkiego. Że chcę odczuwać emocje, a nie powolnie egzystować. Marnie i powolnie.
Mam ochotę to zrobić, ale mi nie wolno. Mam się zebrać w sobie, spiąć pośladki i zacząć działać. Mam to zrobić, bo na coś czekam.

W tym roku spędzę najlepszego sylwestra w swoim życiu. Więcej szczegółów po Nowych Roku. Powiedzieć mogę jedynie, że będą emocje, łzy szczęścia, pierwszy lot, nowe miejsca i to samo doborowe towarzystwo. I to jest jedyna rzecz, która każe mi wstawać każdego dnia, iść na uczelnię, do pracy. Bo każdy dzień mnie zbliża do tej chwili.
 I mam nadzieję przywieźć z tego wyjazdu jakieś nowe refleksje, a kto wie zacząć patrzeć na rzeczy inaczej. I może nie swoją miarą. Być może z innej perspektywy.
„Nie oceniaj” jedyne zdanie jakie pamiętam z mszy, na którą poszłam 3 tygodnie temu. Nie, nie stałam się nagle zagorzałą (za gorzałą, he he xd) katoliczką.. poszłam tam powiedzmy jednorazowo dla mojej Moniki. A po części by przekonać się, czy mają mi tam cokolwiek ciekawego do powiedzenia, co mogłabym odnieść do swojego życia i postępowania.
I mam właśnie nie oceniać. Choć przychodzi mi to z trudem. Bo nie wydaje mi się,że moi znajomi biorąc w tym wieku śluby, zakładając, o zgrozo rodziny, robią właściwie. Świat oferuje zbyt wiele, by dwudziestoletnia dziewczyna pozwoliła się zamknąć w domu z dzieckiem, po ukończonym technikum, ślubie ku uciesze rodziny. A jej jedyna rozrywka to możliwość kupienia sobie nowego ubrania, ugotowania obiadu, poplotkowania z koleżaneczką z bloku obok (pewnie przy piaskownicy, w parku). Jest zbyt wiele miejsc do zobaczenia, jedzenia do spróbowania... i nie potrafiłabym z tego zrezygnować, choć tak naprawdę i jak nie korzystam z tego w pełni. Ze strachu.
Ktoś może powiedzieć, że to jest właśnie definicja szczęścia dla tych ludzi, ale ja im współczuję.

A niestety wśród moich znajomych wybuchła prawdziwa epidemia ślubów, chrzcin i zaręczyn. I w pewnej chwili miałam na tyle dosyć oglądania na fb tego wszystkiego, że odobserwowałam osoby, które wstawiają posty tej treści. Tego było dla mnie zbyt wiele, bo przekonywałam się, że osoby, które nie powiedziałabym, że sobie kogoś znajdą, znajdywały z powodzeniem (tak, w tej chwili właśnie je oceniłam) i doprowadzało do frustracji. Od razu poczułam się lepiej w chwili ich odobserwowania.
Niedługo potem przekonałam się, że to facebook po części jest winny temu, że się źle czuję. Ja przez tych wszystkich postujących ludzi czułam, że muszę żyć dokładnie tak, jak oni. Wciąż musiałam oglądać zdjęcia szczęśliwych, uśmiechniętych i beztroskich ludzi. A raczej na takich się kreujących, co jest całkowitą ściemą. Facebook ukazuje tylko jakieś momenty z ich życia, jednorazowe zdarzenia, momenty szczęścia, które ktoś uchwycił na fotografii. Przecież nikt nie upamiętania momentu, w którym dowiadujesz się, że jesteś nieuleczalnie chory, nie masz gdzie mieszkać albo jesteś zmuszony pójść do banku po pożyczkę. Na facebook'u, a najogólniej w internecie wszystko jest w formie instant. Przyjaciele, których poznajesz na jednej imprezie, których prawdopodobnie nigdy więcej nie spotkasz.Ludzie, którzy prowadzą zdrowy tryb życia, jedzą fit śniadanka, biegają rano, na dowód czego zaśmiecają Ci tablicę screenami z endomondo. Spotykają się z gwiazdami, podróżują i uśmiechają się, jakby mieli ten uśmiech doklejony na stałe do twarzy.
Rzeczywistość wcale nie jest tak kolorowa.

  A niektóre osoby usunęłam nawet ze znajomych, o czym kiedyś napisałam. Kolega od „A chuj Ci do tego” zaszczycił mnie sms'em po jakiś 3 miesiącach, by mi powiedzieć, że ktoś na korytarzu rozmawiał o repetytorium z niemieckiego, z którego się uczyliśmy na maturę. Fascynujące. Nie po to, żeby mnie przeprosić za szczeniackie odzywki. Myślałam, że może chce porozmawiać i szuka zaczepki. Zapytałam czyj to numer, choć przeczuwałam, do kogo może należeć po kropkach stawianych na końcu zdania. Nikt z moich znajomych nie zawraca sobie tym głowy w sms'ach. Moja prognoza się potwierdziła. Odpisałam „ok” i na tyle się ta emocjonująca rozmowa zakończyła. Przyznaję, wywróciło mi to nastrój na dobry dzień, nie wiedzieć czemu.
Ale dobra. Podejście drugie. Wytłumaczyłam się (sic!!!!!!!), że olałam tego sms'a przez zły nastrój itp. Odpowiedź znów zlewcza. Wczoraj wysłałam taki głupi link. Odpowiedź o mniej więcej tej samej treści. No po prostu idiota. Najwidoczniej badacze i puryści językowi nie muszą być do końca empatyczni, ani okazywać jakichkolwiek ludzkich uczuć. Ale przecież urażona męska duma jest ważniejsza. Minęło kilka lat od sytuacji za którą go przeprosiłam, a on wciąż wydaje się na mnie odgrywać. To chyba ten typ faceta, że albo coś będzie, albo adios frajeros i nie ma o czym więcej rozmawiać.
Trudno, ja ubolewać tutaj nie będę. Bo i nie ma nad czym.

Miałam kaca moralnego. Nie, nie dlatego, że zrobiłam coś, co kłóci się z moimi zasadami moralnymi. Tylko... uzewnętrzniłam się zbyt bardzo przed dawnym znajomym.
Znamy się od drugiej liceum jakby, ale bardziej opierało się to na rzadko przeprowadzanych rozmowach na fb i głównie na temat szkoły i studiów. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych, w tym jego byłą.
Miałam bardzo zły dzień, przysięgam, rozpłakałabym się, leżąc skulona w kłębek na podłodze, gdybym jeszcze mogła się rozpłakać. Potrzebowałam porozmawiać. On chyba też.
I się zaczęły gorzkie żale. On nie sądził, że jestem w tak złym stanie i ja też po nim się tego nie spodziewałam. A wszystko oczywiście przez miłość.
Zaczęłam przewijać nasze stare wiadomości, by dowiedzieć się, co tak naprawdę pisałam te trzy czy dwa lata temu. Trzy lata temu wyobraźcie sobie chciałam mieć dwójkę dzieci?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Unglaublich! I cały czas mówiłam o nauce, pracach domowych. Dlatego też K powiedział mi kilka dni temu, że zawsze podziwiał mój upór i ślepe dążenie do celu. Nie musiałam mu nawet mówić, a wiedział, że po drodze umknęły mi w życiu inne rzeczy. Sam też stracił sens tego, co robi.
Rozmowa mnie rozkleiła bardzo, bo nie przeprowadzam jednak zbyt wiele takich szczerych.
I jak potem sama doszłam do wniosku... bo czasem sama miłość nie wystarczy. A ja myślałam, że trzeba tylko i aż tyle. I co najgorsza niektórzy zaprzepaszczają takie szanse głupimi wybrykami.  
Na własne życzenie...

 Po trzygodzinnej rozmowie położyłam się roztrzęsiona spać z bolącą głową. Czasem lepiej nie wiedzieć zbyt wiele. Sekrety są jak tykające bomby. Uaktywniają wszelakie negatywne uczucia i sieją spustoszenie w życiu każdej związanej z nią osoby.

xx 
"Samotność to bycie samemu w sercu i w głowie. Samotność jest wtedy, kiedy nie masz komu opowiedzieć o swoim dniu. Kiedy niedziela nie jest jeszcze jednym wolnym dniem, który można fantastycznie wykorzystać, tylko twoim przekleństwem. (…) Samotność jest wtedy, kiedy nie masz do kogo zadzwonić w środku nocy i powiedzieć ‘jest mi źle."


Medicus cura te ipsum.
Saturday, November 19, 2016 10:26 pm
Zrobiłam to.
Poszłam do psychologa.
Akademicki Ośrodek Pomocy Psychologicznej.
Owszem, trzęsły mi się ręce wybierając jej numer. Zaraz po zarezerwowaniu terminu włączyły się typowe reakcje obronne pt:” Tak naprawdę wcale tego nie potrzebujesz, nie masz żadnego problemu” Ale w głębi wiedziałam, że to tylko moje wewnętrzne demony.
Poszłam. Nie wiem, czego się spodziewałam. Nie układałam sobie zbytnio scenariusza tej rozmowy.
To był facet. Nie ukrywam, w moim przypadku to znacznie utrudnia sprawę, gdyż sytuacja oprócz nerwowej, staje się też krępująca, mimo iż przyszłam tylko na 'luźną' pogawędkę. Automatycznie bardziej mu nie ufam.
A więc opowiadam. Ten mi przerywa, bym mówiła o sobie, nie rodzinie.
Coś zapisuje, pytań pomocniczych brak. To ja mam mówić i zaczyna mi to ciążyć.
W gardle jakby sucho, w głowie pustka i brak konkretnego celu rozmowy.
Opowiadam więc w bardzo okrojonej w szczegóły wersji o T. O studiach. O braku celu, motywacji i w końcu wypaleniu.
Nie ufam mu. A słowa, które najbardziej ciążą nie przechodzą przez gardło.
Nie ufam mu, bo nie traktuje mnie poważnie. Mieli dosłownie moje słowa i powtarza to, co sama przed chwilą powiedziałam. Mówi to, co mówią moi najbliżsi.
Z minuty na minutę chęć ucieczki rośnie, a ten mówi coraz głupsze banały.
I tak zamiast o dołku emocjonalnym, gadamy o wymianie Erasmus!
Ponadto czuję, że nie traktuje mnie poważnie. Wydawało mu się, że przyszła do niego trzynastkolatka i przeżywa, że Maciek z 6a jej nie powiedział 'cześć'. Coś w ten deseń.
A i moje słowa nie oddają w pełni tego, jak się źle czuję. Bo nie umiem często o tym rozmawiać, bo jest on obcym człowiekiem. I chyba musiałabym się rzucić na podłogę, szlochać w jakiś konwulsyjnych ruchach, wykrzykiwać imię ukochanego, a potem tylko leżeć w letargu i bezmyślnie patrzeć w sufit. No może tak trzeba było.
Wychodzę więc i śmieję się płacząc, płaczę śmiejąc przez dobre pół godziny.
Z własnej i jego bezradności.
Ta wizyta nie wniosła niczego nowego, choć też nie zaszkodziła.
Ale z drugiej strony.. czego ja się spodziewałam, kiedy to było za darmo?
A poza tym psychologowie nie są w stanie niekiedy pomóc, bo oni sami są osobami, które tej pomocy potrzebują.. zatem: medicus cura te ipsum!
A czy powtórzę swoją przygodę, tyle że z innym psychologiem?
Nie sądzę. Wystarczy mi tego obnażania i odzierania z prywatności na długi czas. Coś, jakby mi kazano przejść się ulicą nago... A przecież moje życie nie jest sprawą wszystkich ludzi.



Nie jest i właśnie dlatego pouusuwałam większość swoich zdjęć z fb.
Ponadto usunęłam również ze ze znajomych ok 500 osób. Nie czułam potrzeby dowiadywania się stąd o życiu osób, z którymi nie rozmawiam od lat, albo kojarzę tylko z wyglądu. Bo w rzeczywistości niczego o nich nie wiem. Nawet nie wiem, jakie mają plany na przyszłość, jakie zasady wyznają, jaką lubią zupę czy film.
Mam nadzieję poczuć się po tym odrobinę lepiej.
Biorę głęboki oddech i wypijam ostatni łyk ciepłego mleka.
Lepiej.

"Ludzie dochodzą do siebie miesiącami, tysiące razy tracąc wiarę i nadzieję, i zamęczając najbliższych(...) Niektórzy upadają tak boleśnie, że potem muszą od nowa uczyć się chodzić. I czasami już zawsze kuśtykają." Jarosław Grzędowicz, Księga jesiennych demonów






d by Shawn Coss



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]