klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
'ne Sekunde Sommer 2016-09-28

22 September 2016
Witam marynarskim Ahoj!, wraz z ostatnimi promykami usteckiego słońca (dobrze słyszycie, USTECKIEGO!). I niestety moim malejącym entuzjazmem po ujrzeniu tego, do czego wróciłam...
Ale po kolei
















01.09-12.09.2016r.
Zacznijmy więc od praktyk. Udało mi się odbyć je w bardzo przyjaznej atmosferze, w biurze ulokowanym na Ochocie. Swoją drogą, urokliwa okolica. Z dojazdem nieco gorzej, ale nie ma to przy tym wszystkim znaczenia. Jak moje ogólne wrażenia z praktyk? Pozytywne.
Wiadomo, pierwszego dnia byłam zestresowana. Nie chciałam się spóźnić, „a tu jeszcze ten cholerny domofon nie działa!” Zdezorientowana stałam pod kamienicą, czekając na zbawienie. Potem poszłam za jakąkolwiek osobą, która tam wchodziła i tak poznałam dziewczyny, które pracują tam. W skład ekipy wchodziły: szefowa, dwie praktykantki, dwie pracownice, pracownik i pies :) Pracowało mi się tam dość przyjemnie. Nie czułam presji, żaden obóz pracy. Każde z nas miało przydzielone zadanie do wykonania. Tłumaczyliśmy różne rodzaje dokumentów: od dokumentacji przetargowej (z nią męczyliśmy się (sic!) pięć dni), akty urodzenia, upoważnienia po wyciągi z rejestru przedsiębiorców. Chłonęłam z dnia na dzień coraz to nowe słownictwo, a mój entuzjazm rósł z jednego powodu: To są autentyczne dokumenty i słownictwo, jakiego się używa w codziennym życiu!
Także minusów tych praktyk było naprawdę niewiele: bezpłatne 63h pracy (przeżyję), 40 minutowy dojazd i sekretarka, która zdawała się mnie nie lubić. Chociaż ona chyba wszystkich nie lubiła. Hmmm.
A tu fragment zaświadczenia:
„W trakcie trwania praktyk studentka zapoznała się z następującymi zagadnieniami:
tłumaczenia ang/pl; pl/ang, korekta językowa, weryfikacja, formatowanie, praca z programem CAT (matecat)- tłumaczenie i weryfikacja, opisy przysięgłe dokumentów tłumaczeniowych”
Czułam się tam naprawdę dobrze. Lecz czy na swoim miejscu, tego jeszcze nie mogę stwierdzić na pewno. Jednak zdecydowanie lepiej i byłam poważniej traktowana, aniżeli w sklepie.
 
I przechodząc zgrabnie do tematu sklepu odetchnęłam z ulgą. Od wczoraj, gdy właśnie odebrałam zaświadczenie o odbyciu praktyk. Jechałam tam czując, że być może wydarzy się coś dobrego tego dnia i chciałam podświadomie, by Pani I pozwoliła mi ze sobą jakkolwiek współpracować w przyszłości. Tak też się stało. Opowiedziałam jej, jak bardzo nie chcę wracać do tego sklepu, że chcę robić konkretne rzeczy. Zapytałam, czy nie potrzebuje pomocy do końca tego miesiąca. I właśnie potrzebowała do jakiejś pracy biurowej. Spadł mi kamień z serca i co więcej, skoro mam wolne piątki, zgodziłam się pomagać przy tłumaczeniu większych zleceń. Zawsze będzie to coś związanego z moimi studiami. I w końcu jakaś moja w tym wszystkim aktywność.
 
I co się aktywności tyczy... zgłosiłam się jako wolontariuszka do tłumaczenia list dialogowych do filmu o historii Żydów! Cieszę się, a jednocześnie obawiam, czy nie wzięłam na siebie zbyt wielkiej odpowiedzialności. Choć.. jeżeli nawet, ktoś powinien po mnie sprawdzać te teksty. Najwyżej po pierwszym mnie odeślą z kwitkiem. Przynajmniej próbuję,a to chyba krok do przodu, prawda?
 
Ale tu nie kończy się jeszcze moja historia z tym sklepem. Z kilku powodów:
a) klienci. Nie, nie tęsknię za nimi. Wręcz przeciwnie. Choć i na zaprzeczenie tego mam pojedyncze przykłady. Jednym z nich jest pan Edward. Pan E jest.. kim właściwie jest? Ma tak złożoną osobowość, że nie potrafię nawet mu przykleić jednej łatki. Emerytem to za mało! Dwudziestolatkiem w skórze siedemdziesięciolatka? Zapalonym i szalonym (niestety byłym) podróżnikiem? Na pewno wybitnym człowiekiem, którego jeszcze mało mi znana historia życiowa udowadnia, że można osiągnąć wiele zaczynając od zera i pnąc się stopniowo ku górze. Ciepłym, wesołym i szarmanckim starszym mężczyzną, który manierami pobija większość „chłopczyków” na głowę. Nie pamiętam bym spotkała osobę w tym wieku, o tak pozytywnym usposobieniu, szczerej sympatii w stosunku do młodzieży, który nawet nie tyle, co potrafi mnie wysłuchać. On rozumie! Zapamiętał mnie, gdy pracowałam tam rok temu i w tym również. Aż pewnego dnia, gdy nie wpadliśmy na siebie poza sklepem. I tamtego dnia spędziliśmy 4 godziny (o, zgrozo: przy kebapie i tureckiej herbacie), przy czym ja zdążyłam chyba wyszczególnić najsmętniejsze chwile swojego marnego żywota i przedstawiłam się, jako najnieszczęśliwsza 21latka na świecie. Ale z drugiej strony, czemu mam kłamać? Niestety, historia Pana E również nie obfitowała w same superlatywy. Jego sukces w pracy przełożył się na zaniedbanie innych sfer i spowodował dwukrotny rozwód oraz inne tragiczne sytuacje. I co więcej, zadziwia mnie, jak mimo wszystko on jest taki pogodny? A ja tu cała w czeluściach rozpaczy wobec sytuacji, które niejednym wydają się być błahe... :/ Może dostałam tylko i aż tyle, bo tyle jestem w stanie SAMA udźwignąć?
  SAMA... pewnie już nikt nie pamięta.. tego słowa z wielkich liter pisanego użyłam w pierwszej notce 28 sierpnia 2013r. By the way! Równo miesiąc temu klasycznej gorzkiej stuknęły trzecie urodziny! Trzecia świeczka na torcie!! Nie, no nie mówcie, że mam trzyletnie dziecko i o tym nie wiem?! Never ever!
Tak więc użyłam tego słowa w sumie w takiej błahej sytuacji, byłam zła na T, kiedy chciałam go odwiedzić w mieście B i nie umiałam sobie niczego załatwić ani zabookować.. po prostu niczego. Byłam od razu po liceum, nie miałam pieniędzy, planu, dojazdu. Zero pomocy. Do samej wizyty dojrzałam znacznie później. Wtedy się jakoś pokłóciliśmy i padło słowo SAMA, w kontekście załatwienia sobie samemu rzeczy. No, błahostka. Wiem. Jednak to słowo utkwiło mi wtedy w pamięci. SAMA. Bo jednak ja zawsze bywałam i nadal bywam pozostawiona SAMA sobie w różnych sytuacjach. Jednak podczas pobytu w Ustce uświadomiłam sobie jedno. Ja chyba już nie wstydzę się nie tylko to słowo pisać, ale też używać go UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION! ATTENTIONE w dyskursie (wiem, takie och i ach naukowe słowo od badaczy języka :P ) Nie wstydzę się już go wypowiadać na głos! Znaczy się, w ten sposób oswajam się ze swoją samotnością. Choć ciężko powiedzieć, czy to źle czy dobrze...

Jacek Głębski, „Kuracja”


Jestem sam. Całkiem sam. Od dawien dawna. Pustka. Jesień. Myśli mało. Co robić, jak nic zrobić nie można, bo po co? Patrzę w sufit. Tak bardzo nie chcę mi się nic robić, że patrzeć też nie mam ochoty. Zamykam oczy i tak leżę, i leżę, i nic. Słońce zgasło na wieki wieków. Amen. Boga nie ma. Czas się zatrzymał. Wszystko się skończyło.

Stolpmuende, czyli Ustka. Malutkie, nadbałtyckie miasteczko. Sielskie i anielskie dzieciństwo M. A wyjazd tam był ostatnim, wyczekiwanym punktem mijających wakacji. I mimo braku motywacji, nastroju próbowałam samą siebie przekonać, mówiąc o wyjeździe wszystkim dookoła. Bo w istocie samej cholernie potrzebowałam odpoczynku i tylko odliczałam dni do opuszczenia tej wielkomiejskiej dżungli. Sześć godzin w pociągu i pół godziny w samochodzie ciągnęło się w nieskończoność, a ja miałam wrażenie, że jestem na końcu świata. Prawie trafiłam. Bo na koniec Polski :P I choć ujrzałam miasto po raz pierwszy na oczy nocą, od razy się w nim zakochałam. A w szczególności w domkach rzemieślniczych ( Werkhaeuser). Pojechałam tam głównie dla Moni. Chciałam sprawić, by poczuła się lepiej. I wymyślałam nam różne zajęcia: jazda na rolkach, wrotkach, spacery, bunkry, plażowanie itp. Tak naprawdę poprawiało jej to nastrój tylko na chwilę. Cały czas była senna, zmęczona i apatyczna, co niestety momentami mnie irytowało. Ale potem przywoływałam się do porządku mówiąc, że to nie jest specjalnie, że ona jest w bardzo złym stanie i trzeba ją zrozumieć. A ja, że małym dzieckiem nie jestem, a Ustka sama w sobie nie jest wielka, mogę zająć się sobą sama i pozwiedzać to i owo. Przez jej rodzinę zostałam przyjęta bardzo ciepło z wyjątkiem ojca. Mam nadzieję, że to nieprawda, ale mam dobry słuch i nie zawsze słyszę to, co powinnam. Kiedy drugiego dnia pobytu siedziałam w ich salonie, usłyszałam z kuchni, kiedy mówił szeptem, że nie życzy sobie bym siedziała sama w salonie. Nie wiem, on się boi, że skoro nie mam pieniędzy, a oni są bogatsi, że ich okradnę??! Obym się tylko przesłyszała. Reszta rodziny nie miała nic przeciwko mojej obecności, co więcej zabierali mnie ze sobą na dłuższe wyjazdy do Rowów. Ogólnie rzecz biorąc i nie rozdrabniając, co robiłam poszczególnego,dnia jedno jest pewne: Wypoczęłam. I jakbym na tydzień zapomniała o swojej depresji! Wręcz sama się dziwiłam Monice, jak można w takim ładnym miejscu źle się czuć.. tylko zapomniałam o jednym.. to był mój urlop. Byłam między ludźmi, nie musiałam się martwić. Zwiedzałam, relaksowałam się. I właśnie chyba to czego nie lubię: zmiana miejsc i przebywanie między ludźmi, jest czymś, co daje mi energię.



Jakkolwiek Ustka nie byłaby malowniczym miejscem, tak również jest małym miasteczkiem, gdzie nic nie zostanie puszczone mimo uszu. Tutaj każdy każdego zna i wie również niepochlebne szczegóły z życia innych osób.



Ustka to dla mnie też postać K, która nie przepada za tym miejscem.  I co jest dla mnie kolejnym powodem do niezrozumienia to to, że bardzo zazdrości mi i M, że mieszkamy w Warszawie. Ale to głównie dlatego, że w Wawie nikt nie rozpowiadałby o jej stylu prowadzenia się, który mnie szczerze szokuje. Sposób w jaki Kinga mówi o seksie sprawia(o zgrozo) przez mały ułamek wątpię.. bo przecież teraz jestem bardzo młoda, więc może tak powinnam z tego korzystać. Ale potem przypominam sobie, że K, choć pozwalała się brać niejednemu, tak naprawdę nie jest szczęśliwym człowiekiem. Ten jej cały 40letni kochanek przychodzi, kiedy chce od niej jednego. Inny przyjaciel czy adorator bierze ją niczym biedronkowego śledzika na raz. Bo oprócz obrzydzenia, tak w głębi serca i mi jej chyba żal. Kiedy K myśli, że wie, jak okręcić sobie facetów wokół palca, mi wydaje się, że tak naprawdę nie zna żadnych innych wyższych czy głębszych uczuć. Z resztą..to naprawdę nie moja sprawa. Tylko jedna rzecz mnie wpienia: Że może mieć zły wpływ na Monikę, to tyle.



Odkąd przyjechałam do Ustki każdego.. dosłownie każdego dnia miałam jakiś sen. Najgorszym było jednak to, że te sny były determinowane rozmowami i ludźmi z jakimi je przeprowadzałam tego dnia. Zazwyczaj były to rzeczy, które zalegają mi w głowie. Jakieś ciągnące się, niewyjaśnione sprawy. Kule u nogi.



Raz był to maraton z ludźmi z Alma. Gnojki, które mi robiły na złość, albo kolega od „a chui Ci do tego”, gdzieś w międzyczasie T.



Innego razu pod wpływem oglądanego u K filmu o operacjach plastycznych, śniło mi się, że zrobiono mi odsysanie tłuszczu i potem mogłam jeść ile chciałam, i byłam soooo skinny!



Ale jeden był zdecydowanie najgorszy ze wszystkich i zrodził się pod wpływem spotkania z Panem Edwardem, gdy rozmawialiśmy o T.



Wstyd się przyznać, ale ten sen był jednocześnie tak piękny i tak tragiczny, że obudziłam się po nim trzęsąc się ze strachu, oddychając krótko i gwałtownie.. a potem przytuliłam się do misia i spałam dalej.



Do rzeczy: Śniło mi się, że miałam wziąć ślub z T!!!!!!! Ale nie mogłam tego zrobić! Powiedziałam mu, że tak nie można, że to jest jedno wielkie kłamstwo i nie może się udać po czym uciekłam... położyłam się w jakimś parku, przykryłam kocem, a jego rodzina mnie szukała. Wiecie co jest najgorsze? Że nawet w śnie podświadomość działa bez zarzutów. I poza tym: Czemu ja tam miałam sukienkę z gorsetem? Hmm



A teraz coś z serii: Znajomi czują usilną potrzebę skontaktowania się z Twoją osobą, gdy czegoś potrzebują:


Mam do cb zapytanie, a właściwie prośbę
Bo ty teraz siedzisz w tłumaczeniach
A mi koleżanka z pracy przyniosła list do jakiejś koleżanki
Z Niemiec
I niby ja mam to przetłumaczyć tzn powiedzieć o co kaman
A ja nawet nie mam kiedy usiąść
Jakbyś mogła rzucić okiem chociaż, jesli możesz oczywiście. Wiem ze to robota za free, ale może masz ochotę na uczynek miłosierdzia, bo ja jak myślę że mam noce zarywać i siedzieć z tym to mi słabo heh
A ty jesteś w temacie :)
Bo ja już tylko schule i familie....”

W ten sposób moja korepetytorka z liceum dała mi do zrozumienia, że skoro nie mam rodziny i stałej pracy (czyli nikogo ani nie zajmuję się niczym konkretnym w życiu) i jeszcze siedzę w tłumaczeniach, to mogłabym w sumie za darmo podczas urlopu przetłumaczyć stryjecznemu wujowi szwagra jej drugiego męża dokument z urzędu w sprawie ubezpieczenia emerytalnego. Taaaa. Zaginam kiecę i lecę.


Zamykając tę notkę jeszcze o jednej rzeczy, o której zapomniałam na czas urlopu. Otóż o hipokampie i szarych komórkach. Od dłuższego czasu nie jestem w stanie wydobyć z siebie, wykrzesać żadnych uczuć. Przez większość momentów nie czuję niczego. Nie jestem ani zła ani szczęśliwa. Jest nijak. I gdy wydawało mi się, że znam tego powód, nie zdawałam sobie sprawy, rozwiązanie tkwi na płaszczyźnie naukowej. Czy więc jest już wspomniany hipokamp? Posłużę się tutaj Internetem: „element układu limbicznego odpowiedzialny głównie za pamięć; nieduża struktura umieszczona w płacie skroniowym kory mózgowej kresomózgowia” Dużo mówi się na temat, że hipokamp pod wpływem silnego stresu może ulec uszkodzeniu. A stres niszczy neurony ludzkiego mózgu, co potwierdza doświadczenie naukowców z Uniwersytetu Rosalind Franklin przeprowadzone na szczurach. Umieszczono młode szczury w klatce ze starymi, co wywołało u pierwszych silny stres. Zdjęcia mózgów młodych szczurów pokazały, że pod wpływem napięcia obumierają komórki odpowiedzialne za pamięć, uczenie się i uczucia. A więc to mogło wywołać u mnie depresję. Przez kilka lat swojego życia ciągle żyłam w nerwach i stresie, z roku na rok coraz większym, aż do pewnego momentu, gdy przeżyłam silne załamanie (tak, właśnie to była siła napędowa dla założenia bloga). Wtedy modliłam się tylko o jedno: By nie czuć niczego, gdy przytłaczał mnie ogrom, a tych wszystkich uczuć było za dużo naraz. A teraz jest dokładnie na odwrót: Potem robiłam mniej lub bardziej głupie rzeczy, by dostarczyć sobie wrażeń czy bodźców do działania. W tej chwili nie jestem w stanie skupić uwagi na dłuższą chwilę, a nawet nie słyszę nazw przystanków, ludzi, którzy czegoś w danym momencie ode mnie chcą. Nie jest to zwykłe wyłączenie się na chwilę... wszystko na chwilę mi spowalnia, słowa rozmywają się gdzieś w gwarze i hałasie w trybie slow motion, a ja ze spowolnioną reakcją rozeznaję się w sytuacji.


Wednesday, 3rd October, 2016 23:34


Z chwili obecnej:



  1. Współpraca z biurem tłumaczeń.

Gdy dowiedziałam się, że szefowa pozwoli mi pracować w jej biurze tłumaczeń, byłam wniebowzięta. Mój entuzjazm zmalał po trzecim dniu wyszukiwaniu poprzez ogłoszenia mieszkań, lodówek, telewizorów, nauczycieli angielskiego i umawianiu wizyt lekarskich. Patrzyłam ukradkiem na praktykantki tłumaczące jakieś dokumenty. Przykro w chui. Oczywiście, dostaję pieniądze za, w porównaniu z pracą w sklepie, drobne robótki. Nie po to jednak tam przyszłam, co mnie wpieniało. W trakcie ostatnich trzech dni miesiąca wpadły mi dwa zlecenia ang>niem, niem>pol :)))) Pozytywną wiadomością jest to, że będę tam pracować od października w każdy piątek i jak dobrze pójdzie, dam radę opłacić akademik bez niczyjej łaski.

  1. Akademik.


110 w starym składzie. Podziękowałam za mieszkanie D. Razem, zgodnie stwierdziłyśmy, że lepiej dla nas obu będzie, gdy zamieszkamy osobno. No cóż, niezgodność charakterów. Dobrze się jednak stało.



Akademik znów wypełnił się znajomym gwarem, dymem tytoniowym i zapachem alkoholu wyczuwalnego z końca korytarza. Sezon za picie za 'hajs matki' uważam za rozpoczęty. Bynajmniej nie u mnie.



 




  1. Wydział... i tu zaczynają się schody. Siarczysty policzek dla każdej kolejnej osoby, która zapyta: „Jaki temat pracy?” „Jak idzie pisanie pracy?” No właśnie SRAK.




Obecny stan psychiczny i fizyczny na tyle utrudnia mi sprawę, że nie jestem w stanie na jakikolwiek temat racjonalnie myśleć, a co mowa podjarać się jakąkolwiek lingwistyczną kwestią, by poświęcić jej 30 stron tekstu. Jako koło ratunkowe daję sobie deadline na obronę do września. Jeżeli nie powiedzie się, biorę dziekankę, w jej trakcie piszę pracę, obronię się i sajonara UW. Bo tak naprawdę niewiele mnie rzeczy tu zainteresowało. Może rzeczywiście potraktowałam swoje studia, jak 3-letni kurs języka obcego? Jak przedłużenie dzieciństwa, na nieco poważniejszych zasadach, ale nadal pod kloszem uniwersytetu? Prawdziwe życie czeka tuż za rogiem.. tylko ja nie umiem i nie chcę już sama brać się z nim za bary..



Ze spraw pilnych: mam ok.2 tyg na zainteresowanie się na GWAŁT czymkolwiek, co się języków tyczy.



 



Bloga zawieszam do odwołania. W tej chwili nie jestem w stanie go prowadzić. Nie chodzi tu o brak czasu,tylko niewypowiedzianą rozpacz i pustkę. Po prostu nie jestem w stanie. Chciałabym mieć wyrozumiałość do samej siebie, skoro innym jej już brakuje.  Może jeszcze tu powrócę, o ile:


a) nie skoczę z trzeciego piętra akademika


b) nie skoczę z Mostu Poniatowskiego


c) Nie najem się cisu


d) nie powieszę na wieszaku, sznurze, krawacie itp


e) nie zapiję/zaćpię na śmierć


 Biorę pod uwagę wszystkie wymienione opcje. Amen.


 


 


 


 


 





 



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]