klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
'Tam, gdzie Boga nie ma już, miasto bez miłości stoi' 2016-08-21

Sunday, 21st August 22:40 pm
Tak więc siadam. Odpalam. Openoffice writer-> nowy dokument tekstowy. Po kolei:
Załatwiłam praktyki. Do tego czasu zdążyłam napisać do około ośmiu biur tłumaczeń. Jedno z nich odpisało natychmiast, nie wymagało żadnych próbek. Jedynie chęci do pracy. Z początkiem nowego miesiąca zamierzam zacząć. W międzyczasie napisały jakieś inne. Tak, po kilku tygodniach od momentu wysłania maila. Nie obyło się bez miliona próbek do zrobienia, po których oni ewentualnie by zdecydowali, czy mnie przyjąć czy nie. Żałosne. Nie sądziłam, że załatwienie praktyk za frajera, czyt. za darmo przysparza tylko kłopotów. A jednak. Welcome to Poland! Jedna jednak współpraca mnie zainteresowała. Tłumaczenie strony internetowej dla Fundacji "Przytul psa". Zaczynają dopiero od października, więc jest trochę czasu.


Urodziny. Pierwszą połowę dnia spędziłam sama błąkając się po jeziorze Czerniakowskim. Myślałam o tym, że mija kolejny rok, a ja niewiele w swoim życiu zrobiłam. Odwiedziłam działkę dziadka Janka i zbierałam polne kwiaty. Nie obyło się bez dziwnych spojrzeń ludzi. Hmmm. Potem wyrwał mnie telefon E, bym przyjeżdżała do akademika, bo ona tam jest. Gadka, szmatka. Prezenty. Piwo. Było lepiej, niż zawsze, ale próbowałam sobie wmówić, że dobrze się bawię. W końcu jedna rzecz powtarzana wiele razy może stać się rzeczywistoscią.So why not?  Odwiozłam ją potem pod lotnisko. Czasem coś mnie tak bierze, by tam pojechać i pooglądać te samoloty. Tylko samej jakoś dziwnie. Tam jest chyba świat, do którego nie będę miała nigdy dostępu. Poza tym napisała Li, zadzwoniła I. Z domu, choć bardziej z obowiązku, niż szczerej chęci, by potem M mogła mi mówić „widzisz, Twoi bracia nie pamiętali, to chociaż ja..” No po prostu musiała się dowartościować. Nic więcej.W duchu życzyłam sama sobie by następne były lepsze. A ja może odrobinę szczęśliwsza. Jedne życzenia były wyjątkowo piękne. Nagrała je koleżanka z akademika w pięknych szkockich okolicznościach przyrody. Zawierały dokładnie wszystko czego bym chciała. Czekałam jeszcze do końca dnia na życzenia T i I. Przed wybiciem dziesiątej poszłam spać. Zrezygnowana i spłakana. Następnego dnia wśród wiadomości były też życzenia, a z I porozmawiałyśmy na Skypie.

Wizyta T. Czekałam. Była to jedna z niewielu rzeczy, jaka trzymała mnie przy nadziei. Tylko dlatego wytrzymywałam w pracy, której nienawidzę. Tylko dzięki temu chciało mi się odpalić kompa i poszukać fajnych rzeczy, jakie można wspólnie porobić. Bo w depresji trzeba planować i ja się cieszyłam strasznie na te właśnie rzeczy. Tak więc odebrałam go w tamten piątek. Zmęczona po pięciu dniach pracy (z czego jeden dziesięciogodzinny) Chciałam mieć mu coś do powiedzenia. I obiecałam sobie, że będę mówić mniej depresyjnych rzeczy. Z Dworca Centralnego. Szłam w jego kierunku z mieszanymi uczuciami. Było dosyć zimno i ciemno. Ludzie rozchodzili się z Patelni w różnych kierunkach. Patelni samej w sobie nie lubię. Są tam ludzie zbierający pieniądze, grający na instrumentach, próbujący coś sprzedać czy namawiający Cię do podpisania czegoś, o czym nie masz zielonego pojęcia. W gwarze rozmów i muzyki usiłują się przedrzeć przez megafon głosy ludzi broniących życia ludzkiego, gdzie zaraz obok inni z transparentem wyboru i decydowania o własnym ciele. Ilekroć tam jestem, czuję, jakby ktoś próbował mi tam robić wodę z mózgu. Mijam ich wszystkich. Staram się nie nawiązywać dłuższego kontaktu wzrokowego. Przed siebie. Mam na sobie moją ulubioną jeansówkę, co dodaje odwagi. Czuję się dziwnie. Ja.. tak właśnie ja, idę na Dworzec kogoś odebrać. To chyba musi być dziwne uczucie. Albo właśnie bardzo przyjemne. Nie wiem. Z resztą z każdym mijającym pół roku staję się w tej kwestii coraz dziwniejsza. Przyspieszam kroku „byle tylko spóźnił się tak z 5 min, wtedy na bank zdążę”- mówię w myślach. Jak szwajcarski zegarek. Na czas. Pociąg nadjeżdża. Wysiadają wszyscy, rozglądam się nerwowo. Może wyszłam za daleko peronu i nie może mnie znaleźć. Widzę, jak wszyscy pasażerowie wpadają w objęcia swoich bliskich. Tylko .. nie ma... chwila, rozglądam się w lewo, potem prawo... jest! Jest mój kochany, zmęczony. 'Miło Cię widzieć'- powiadam, choć nie chciałam, by brzmiało to nachalnie. Ale to prawda. Po tylu miesiącach. Prawda po stokroć. Jedziemy do mojego akademika.


W odwiedzinach T jedno jest najgorsze. Że przez małe ułamki chwil czuję, że żyję. Czuję radość, łzy.. dosłownie wszystko. Że jego obecność daje mi okruchy normalności. Nawet, jeżeli ogranicza się do wspólnych śniadań, rozmów i spacerów. Normalności, stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa.Poświęcania czasu i uwagi.  I ja, choć to trwa tylko dwa pierdolone dni, zaczynam się przyzwyczajać, jakby miało to trwać wieczność.      A przecież weekend się kończy i the time is up. I w końcu nie wiem, czy bardziej cieszę się z jego wizyty czy cierpię, wiedząc, jaka jest rzeczywistość.  Moje serce wariuje. Pojawia się panika, a potem rozpacz i ciężkie, gorzkie łzy. Wraz ze swoim wyjazdem T zabrał dobrą pogodę i nastrój. Miałam być twarda, a już po odjeździe szynobusu, nie wytrzymałam. Wróciłam do akademika, zostawiłam plecak, poszłam następnie na spacer wzdłuż ulubionej dolinki. Głęboki żal rozrywał moje serce. Wyzywałam i jednocześnie pytałam Boga dlaczego na to pozwolił. - Dlaczego mamy być nieszczęśliwi z tego samego powodu i nie możemy sobie nijak pomóc. DLACZEGO DO CHOLERY?!!!! Żadne z nas na to nie zasłużyło, rozumiesz? W tej sytuacji to już nawet lepiej byłoby dla Twojej reputacji, gdybyś nie istniał " .  Nie umiałam powstrzymać płaczu. I znów jak małe dziecko płakałam do momentu, aż się tymi łzami nie zakrztuszę. Pierwsze krople deszczu padały na moją twarz i wraz ze łzami rozmazywały misternie wykonany makijaż. Nie czułam zimna, co potem poskutkowało przeziębieniem. Krzyczałam w myślach, że naprawdę próbowałam zmusić się, by pokochać kogoś innego. Tylko wcale tego nie chciałam. Z moich ust wydobył się tylko bezgłośny jęk. Nienawidziłam tego stanu. Oczy mnie bolały, a serce nie czuło niczego. Jedyne, czego w takich momentach potrzebuję, to uścisk silnych ramion. Bezsilna napisałam wiadomość do Ilony. Jej też potrzebowałam.


Bo w głowie mi się nie mieści, jak to może być, że osoba, którą kochasz od lat, siedzi z Tobą na ławce. Przy świetle latarni. Popija piwo i mówi smutno, że miłość w tych czasach nie istnieje. I jak się czujesz z tym, frajerko? I mam ochotę rzucić w cholerę tego desperadosa, przytulić go i powiedzieć „Nieprawda. I ja wiem o tym najlepiej.” Ale nie mogę, siedzę więc jak ten dziad i słucham tego zachowując resztki godności, choć w głowie i sercu toczy się prawdziwa burza. Co zrobisz? Nic nie zrobisz? I nawet głupie Dum spiro, spero wypada tutaj jakoś blado.


Wbrew temu wszystkiemu są też piękne momenty. I wybieramy się w miejsca, do których sama nie pojadę, choć wiem, o ich istnieniu. Po raz pierwszy płyniemy łódką po jeziorze. Ostatnie letnie promyki słońca składają całusy na naszych policzkach. T kieruje i wiem, że nic złego się nie stanie. Niedługo potem mocniejsze słońce pali nasze ciała na leżakach po drugiej stronie Wisły. Nie zdawałam sobie sprawy, jak pięknie wygląda po jej stronie miasto. Wciąż się przekonuję, że jest tutaj coś nowego do zobaczenia.


Ein Moment kann alles verändern
ich bin weg für
ne' Sekunde Sommer
 
Dzień wcześniej ogrody w Wilanowie. Jak to zwykle w towarzystwie T salwa śmiechu i dwuznaczności, na które pozwalam sobie tylko w bliskim kręgu. Żarty, w których wiele prawdy. Mimo to psychicznie odpoczywam. Ogrody są piękne, a wino mocne. Niech ta chwila twa wiecznie.
-Do kina byśmy poszli, ale nic ciekawego. A na komedie romantyczne, ja Cię zabierać nie będę!”- powiedziała klasycznagorzka. Finalnie trafiliśmy na „Przepis na miłość”.  Jakieś  francuskie badziewie. Nie powiem, krępowałam się oglądając go przy nim. Ale jakoś to poszło. Przysięgam, wszyscy oglądający z nami ten film musieli mieć dosyć mojego ciągłego komentowania. Tak więc jeżeli nie lubicie, gdy osoba obok zamiast oglądać ciągle krytykuje i zrzędzi nie zapraszajcie mnie nigdy do kina! Z resztą.. po co miałby ktokolwiek to robić, ja się pytam? No właśnie...

Bo widzicie.. co jest w tym czekaniu najlepszego? Oczywiście to, że ma się na co i kogo czekać. Bo ja nie lubię robić rzeczy sama, więc ląduję w łóżku i pierdzę w pościel. Na tym mijają podobno najpiękniejsze dni mojego życia. I samo to planowanie, wyszukiwanie wydarzeń sprawia radość. I zastanawianie się, jaka będzie pogoda. To przez chwilę dodaje emocji i sprawia, że żyję. I jestem za to wszystko wdzięczna. Jak już napisałam mu w urodzinowych życzeniach: „ I na sam koniec. Dziękuję. Nie umiem nawet wyrazić ogromu wdzięczności za wszystko. Za to, że trwasz tak i wytrzymujesz te moje jęki i stęki^^ i uskarżanie i użalanie. A ze mną to jak z dzieckiem, tylko czasu i cierpliwości trzeba. Dziękuję. To na pewno jedna z najtrudniejszych relacji, jakie kiedykolwiek miałam (Płaczesz już, czy jeszcze nie? :P :P :P ? dobra, przynajmniej ja :/ ) ze wszystkimi uczuciami, jakie tylko istnieją od złości i nienawiści, po płacz, śmiech i łzy. „ 
I tym sposobem nasza wakacyjna przygoda dobiegła końca. Jej ciąg dalszy w końcu grudnia.

I tak. Wraz ze swoim wyjazdem zabrał nie tylko emocje i pogodę. Zostawił mnie w tej zimnej pościeli w coraz to chłodniejsze poranki. I ja wiem, że czegoś tu brakuje...

    Jedno jest pewne. Idzie jesień...



"W każdym otwiera się tunel potrzeb, wysyłanie serii żarliwych próśb, aby w twoim życiu stało się coś, co naprawdę zapamiętasz, i aby było to rzeczywiste, dotykowe, z całą gamą zmysłów.
Żebyś naprawdę kochał, przeżywał, upijał się [...] i gubił dokumenty.
I to nie chodzi o nabicie serii punktów doświadczenia, o kolekcjonowanie przeżyć. Tu chodzi o jedno prawdziwe tąpnięcie."



— J. Żulczyk


 



Once I was seven years old 2016-08-05

Saturday, 6th August, 2:12 am Berzdej ediszyn.


Historii kilka. Dlaczego każdego dnia dzieją mi się złe rzeczy?
Ostatnie dni są splotem niewyjaśnionych,  nieszczęśliwych wypadków i tylko myśl o wizycie T jakkolwiek pomaga. Każdy dzień przynosi mi nowe rozczarowania i smutki. Od niedzieli jestem zakotwiczona w jakimś dniu świra i co najgorsze nie potrafię zatrzymać tej pędzącej maszyny. To się po prostu dzieje. Tak, jakby to był jeden,niekończący się piątek trzynastego. Niezależnie ode mnie. Siedzę w tej pędzącej karuzeli zdarzeń i nie mogę z niej wysiąść.
    Kiedy najmniej się spodziewam zaczepiają mnie obcy ludzie i swoimi komentarzami i historiami zwiększają mój balast. Tak więc od początku: Na przystanku, w oczekiwaniu na autobus zagaduje mnie starsza kobieta. Jej wygląd i sposób mówienia mnie przeraża. Chce bym jej wysprzątała mieszkanie. Jest zachrypnięta, zaniedbana i pewnie samotna i opuszczona przez wszystkich. Wiem, to nie o jej wygląd nawet idzie. Ale ona nie odrywa ode mnie wzroku od jakiś 20 minut, wręcz przeszywa mnie maniakalnym spojrzeniem. Przeszywa na wskroś. Ratuje nadjeżdżający autobus. Ulga. 
   W pracy jak się dowiaduje od jednej z kasjerek, jestem podglądana na kamerze przez jednego z ochroniarzy. Zamiast monitorować poszczególne działy na sklepie ten obserwuje sobie akurat mnie. W międzyczasie chodzi koło mojej kasy to w tę, to we wtę. Niby pilnuje porządku, ale rzuca spojrzenia w moim kierunku. Czuję się osaczona. Doprowadza mnie to powoli do szału i mam największą ochotę stamtąd uciec.
    Wcześniej jeden z klientów raczy mnie swoją złotą maksymą, że taka ładna dziewczyna powinna mieć lepszą pracę. Ba, powinna zarabiać jakieś 4-5 tysięcy. Tak naprawdę nie interesowało go, co potrafię i co studiuję. Ocenił po wyglądzie. Z resztą jak większość przychodzących tam dziadków. A ja słucham wciąż tej samej powtarzanej jak mantra śpiewki. Wszyscy gdyby byli młodsi, nagle staraliby się o moje względy. Uśmiecham się głupkowato i potakuję. Liczę im te pierdolone zakupy myśląc, że dobrze że nie są młodsi. A gdyby byli nie uraczyliby mnie nawet spojrzeniem czy milszym słowem. Znam moich rówieśników zbyt dobrze. I wnet zrozumiałam ich schemat rozumowania: Dla starszych osób każdy młody człowiek jest piękny. Zazdroszczą nam naszej świeżości, urody i miliona wciąż niewykorzystanych szans. Spontaniczności. A Ci faceci we mnie widzą miłą, niewinną dziewczynę, która mogłaby być ich wnuczką, albo kochanką, która by im na chwilę odjęła lat i sprawiła, że poczuliby się znów mężczyznami. Jestem tego świadoma i na samą myśl o tym jest mi co najmniej niedobrze. Wzdrygam się. Włos się na głowie jeży.
I na domiar złego poznałam jednego kolesia na bazarku warzywnym, koło mojego sklepu. Klasycznagorzka, jak to ja, potrafię rozmawiać z ludźmi na bardzo powierzchowne tematy. By zapełniać sobie czas żartuję z klientami. Zamieniam się w lwicę salonową, czaruję żartami, uśmiecham się. Podobno potrafię być przy tym urocza. Może? I właśnie kilka razy zdarzyło mi się tak powierzchownie porozmawiać z tym chłopakiem. Kilkakrotnie przywitałam go przechodząc koło jego bazarku. Nic wielkiego. Zatrzymam się czasem, pogadam i pójdę. Właściwie w tym samym momencie zapominam o czym rozmawiałam. Najwidoczniej nie było to nic zajmującego uwagę. I ostatnio też tak było. Nie jest to zły chłopak, jednak dla mnie reprezentuje sobą mentalność, od której uciekałam z T.W.
Słucha disco polo. Ma bardzo dziwne żarty. Jest prosty, by nie powiedzieć prostacki. Rozmowę z nim traktuję jako sposób na zabijanie czasu. Równie dobrze mogłabym poczytać o nowym facecie Beaty Kozidrak albo przescrollować kwejka dla wypełniania sobie czasu. Coś na zasadzie: niczego nowego się nie dowiesz, ale czymkolwiek zajmiesz głowę. Z tych rozmów nic nie wynika. I teraz coś, za co mnie znienawidzicie: Uczył się w technikum, którego nie ukończył. Nie zdał egzaminu zawodowego. Uczył się trzech języków, z czego nie zna ani jednego dobrze. I każda kolejna rzecz, jakiej się o nim dowiadywałam utwierdzała mnie w fakcie, że nie mogę godzić się w swoim życiu na byle jakość. Przecież ja nie mogłabym spotykać się z kimś, kto podczas praktyk kradł pieniądze, pali marihuanę i pije! Poza tym nie wypada by na samym wejściu pytać o mój adres zamieszkania. Numeru telefonu również mu nie dałam. I robi sobie głupie żarty, na moją uwagę, że nie lubię, gdy mnie dotykają obcy ludzie. Co znaczy, że nie liczy się z moim zdaniem. Nie uniżam go, bo pracuje na bazarku, ani za to, że nie ma pomysłu na życie. Sama go nie mam póki co. Jednak po jego postawie widać, że nie będzie chciał niczego zmieniać w swoim życiu. Jest zadowolony z tego, co robi. Nie wykazuje wyższych ambicji. Nie chce od życia niczego więcej. Do pełni szczęścia potrzebuje zapalić i napić się piwa. Kilka przelotnych rozmów, a już go rozgryzłam. I z każdą kolejną utwierdzałam się w fakcie, że ja zasługuję na więcej. I chociażby z tego powodu potrzebuję być wybredna. Ale właśnie dlatego muszę poznawać różnych ludzi. By w jednych znajdować bratnie dusze, a innych z różnych względów trzymać na dystans czy odrzucić. Jak to ujmuje mój ulubiony mentor: facet traci przy poznaniu, a kobieta zyskuje. Coś w tym jest. Nawet, jeżeli nie potrafię tego wyjaśnić, jakkolwiek czuję, że to ma ręce i nogi. Ale w porządku, nie jestem zdesperowana. Czasem jednak czuję, że muszę wytknąć swój za długi nos (sic!) spoza strefy komfortu, by w ogóle poznać ludzi. By czegoś się dowiedzieć. O nich i samej sobie.
Kiedy wydaje mi się, że widziałam i słyszałam wiele, chwilę po tym przekonuję się, że wcale tak nie jest. Ranek. Za piętnaście ósma. Wychodzę z autobusu. W jednej dłoni trzymam książkę, w drugiej telefon. Przyspieszam kroku, by się nie spóźnić i doczytuję przy tym końcówkę rozdziału. Czuję na plecach czyjś wzrok, odwracam głowę i widzę, że idzie za mną kobieta. Przygląda mi się. Być może patrzy na moją książkę, w końcu jest po niemiecku. Jednak to nie to. Ona.. ona patrzy na moje NOGI!


  • Pani źle stawia nogi... pani krzywo chodzi.. Ja wiem, uczyłam kiedyś moje dziecko, bo ono też krzywo chodziło..


Konsternacja. Zacietrzewienie. W końcu odpowiadam:


  • Bardzo mi przykro, mnie mama nie nauczyła w takim razie poprawnie chodzić.




  • Ale nie proszę Pani. Ja tylko chciałam powiedzieć, że wyglądała by pani bardziej kobieco..


Nie odpowiadam jej niczego. Właściwie nie wiem, co jej powiedzieć. Nie wiem, co dziwi mnie bardziej: To, że obcej osobie przychodzi do głowy o taki wczesnej porze prawić morały na temat sztuki cyklicznego poruszania kończynami tylnymi. Czy to, że w ogóle nie wyglądam kobieco czy tego, że właściwie to niczego mnie rodzicielka nie nauczyła. Ale tak: rzecz w tym, że gdy chodzę, zawijam do środka prawą nogę. Tylko czy to rzeczywiście tak nieestetycznie wygląda, że stanowi powód do zwracania mi uwagi? A może ta kobieta odczuwała silną potrzebę pouczania kogokolwiek, że wręcz nie mogła się powstrzymać by podłechtać własne ego? Może jest ortopedą, a tak przejawia swoje zboczenie zawodowe?  A może  niech przejdzie obok mnie, pierdoli mój chód i pozwoli mi być sobą? Rzeczywiście to tak trudne? Co jeżeli byłabym naprawdę sparaliżowana na jedną stronę i musiała przez całe życie tak się poruszać? Czy myślenie u niektórych ludzi przychodzi tak trudno? Ale tak, w domu już słyszałam uszczypliwe komentarze pt: Chodzisz jak kaczka” Ale jak ja mam chodzić, kiedy inaczej nie potrafię? Tak samo, jak nie potrafię jeździć na wrotkach, rolkach, pływać, tańczyć czy jeździć na desce? Bo nikt mnie nie nauczył? Dlaczego wszyscy ludzie w jednej chwili uparli się, by swoimi komentarzami tylko pogłębiać mój smutek? Wiem, to wszystko brzmi tutaj trywialnie, jednak każda kolejna taka sytuacja piętnowała rozpacz. Jakbym spadała w jakąś otchłań , a jej końca nie było widać.
   Gdy układałam towar na półkach minęłam jednego z klientów. Młody skejt, o sympatycznym wyrazie twarzy. Nie znam jego imienia, jednak kojarzę z widzenia. Pyta czasem o samopoczucie, atmosferę w pracy. Zwykłe, powierzchowne rozmowy. W natłoku tych wszystkich wydarzeń musiałam wyglądać jak kupka nieszczęścia z wypisanym na twarzy: NIE ZBLIŻAĆ SIĘ! I tak właśnie wywiązała nam się rozmowa. Musiał kopnąć leżącego. Nieświadomie.


  • I jak tam w pracy? Powiedz mi: Jak Wy tutaj zarabiacie, że dajecie radę opłacić mieszkanie, rachunki i życie? Ja.. ja nie pracuję, zarobiłem jakąś kwotę pieniędzy i na razie jest dobrze. Ja tutaj, w Polsce nie idę do pracy poniżej 6 tys...




  • No wiesz.. jakoś dajemy radę.


Mógł sobie to naprawdę darować.
Mijałam go potem jeszcze między półkami i powiedziałam mu to samo. Na co ten  że przecież mam jakieś ambicje. Moja odpowiedź brzmiała MIAŁAM.
Na dobitkę jeden chłopak oszukał mnie na 5zł, z czego 3zł muszę oddać ze swoich pieniędzy . Mam nadzieję, że karma Cię dosięgnie, chłopcze!
I by całkowicie pogrążyć nagabywał mnie jeden z klientów sklepu. Przywitałam się z nim, chwilę porozmawiałam. Rozeszłam na przystanku. Ale nie!! Ten podchodzi, do kina zaprasza. Staje się to męczące. Tłumaczę coś o chorobliwie zazdrosnym chłopaku bokserze. Nie skutkuje. Ludzie na przystanku nie reagują, ja już nie mam siły niczego tłumaczyć. Podnosi się jedna z kobiet i prawie na niego krzyczy, że jest starym dziadem i czego on chce od młodej kobiety. W autobusie ta sama widząc moją zmizerniałą osobę, łagodnym tonem z matczyną troską zaleca mi zakup gazu pieprzowego i zawiązanie sznurówki. Z  wymuszonym,  zmęczonym uśmiechem dziękuję jej za wszelką pomoc. Wysiadam z autobusu. Wpół przytomna pokonuję całą drogę powrotną na pieszo. Żar z nieba odurza mnie jeszcze bardziej. Es reicht. Zmęczona padam w końcu na łóżko.

 rozbierz mnie


słowo w słowo
a zobaczysz ile noszę
milczenia


— Mateusz Brucki - Erotyk z palcem na ustach



I na sam koniec: Zum Geburtstag viel Glueck, klasycznagorzka! Nie wiem, jaki będzie dzisiejszy dzień, ale mam nadzieję, że lepszy niż wszystkie inne dotychczas.
d

 


 







Updated: CV wysłałam do sześciu biur tłumaczeń. Odbioru brak. Do dwunastego zostało sześć dni! :D W dodatku zaczęło padać. Albo to niebo płacze nad moją marną egzystencją.


Sunday, 31st July


Istnieje coś takiego jak smutek po smutku. To taki smutek, który nachodzi Cię po jakimś czasie, kiedy już wszystko się uspokoi, wyjaśni, nie łamie serca, pozwala spokojnie spać. Nigdy nie wiadomo kiedy się pojawi, choć najczęściej prowokujemy go sami siedząc samemu po północy, myśląc za dużo. Związany jest chyba z tęsknotą, próbujemy przywołać pewne odczucia, co ważne, tylko na chwilę - skończyło się coś, czego mieliśmy dosyć, ale stanowiło tak ważny etap naszego życia, że pomimo zamknięcia, będziemy co jakiś czas do niego wracać. To taki moment, w którym możesz pozwolić sobie na myślenie o wszystkim co już nie wróci, możliwe, że chodzi po prostu o to, żeby spojrzeć na to wszystko z boku, z innej perspektywy, spróbować zrozumieć, dlaczego stało się właśnie tak. Czasem potrzebne jest pewne zamknięcie spraw we własnej głowie, a przede wszystkim w sercu i jeśli potrafisz na dawny ból spojrzeć inaczej to znaczy, że udało Ci się uwolnić. — Marta Kostrzyńska


Ostatnio miałam taki dzień, gdy jedno negatywne zdarzenie i związane z nim uczucia potęgowało każde kolejne. A więc niedziela. Zgodziłam się pójść do pracy, bo chciałam sobie nabić godzin, zatem też zarobić więcej pieniędzy. Dzień sam w sobie zaczął się słabo. Rozmawiałam z Mateuszem przez kamerkę, bo spędza trochę czasu na T.W i tak się stało, że skończyłam rozmawiając z rodziami (sic!) Sama się zdziwiłam. Nie dowiedziałam się niczego nowego i nie wiem, jak oni przy takim dochodzie tam funkcjonują. Mieliśmy podwójne chrzciny, żniwa, bieżące rachunki i mój akademik! Poza tym cały czas słyszę o jakiś nowych meblach, telefonach itp.! Myślałam, że się popłaczę jadąc do pracy. Nie, nie dlatego, że się szczególnie stęskniłam, tylko dlatego, że widzę jak pracują. A w Polsce pracuje się dużo i za psie pieniądze (pomijamy polityków, księży i synów swoich rodziców z przepisaną firmą) i szkoda mi ich było przez małą chwilę. Myślałam o tym wszystkim w pracy przez kilka godzin. W międzyczasie przewinęło się mniej lub więcej dziwnych klientów. I wieczorem, gdy miałam już wszystkiego dosyć i jedne o czym marzyłam to wydostanie się z tego budynku, przyszła.. ONA! Dziewczyna, z którą zaprzyjaźniłam się właśnie w tej pracy i myślałam, że może coś z tej przyjaźni wyjdzie. W pierwszej chwili, gdy ją zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Potem momentalnie zaczęłam się trząść w środku, nie mogłam skupić się na liczeniu i szybko zawołałam drugą kasjerkę, by ich przejęła. A gdzie tam! Została ze swoim chłopakiem. Widziałam uśmieszki na ich twarzach i zastanawiałam się, czy nie kpią sobie ze mnie pod nosem. I podchodzą, jak gdyby nigdy nic. Pierwsza ją przywitałam i pytam, a raczej żądam wyjaśnień. Przecież do cholery należą mi się! Pytałam o nią wszystkich naszych wspólnych znajomych, a wiele ich nie było. Pisałam do niej wiadomości, które raczyła tylko wyświetlać! Na co ona, że umarła jej babcia i odcięła się od wszystkich. Byłam zbyt zdenerwowana i czas mnie naglił, by porozmawiać. Wstępnie powiedziałam, byśmy się spotkały. Tylko szczerze.. to nie miałoby najmniejszego sensu. Napisałam jej ostatnią, pożegnalną wiadomość. O tym, że powinna była dać mi znać, że ma ciężki okres w życiu, że potrzebuje czasu i może się odezwać nawet za kilka miesięcy. Poczekałabym! Zrozumiałabym! Ale nie.. wolała robić ze mnie idiotkę i wiecie.. ja nawet nie jestem pewna, czy jej historyjka jest prawdziwa. A może ją tylko wymyśliła na szybko, na poczekaniu? Najzwyczajniej jej nie ufam. Minęło 5 miesięcy. Czekałam jeszcze do niedawna. Ale i ja się przez ten czas zmieniłam. Zmieniam się bez przerwy i nie potrzebuję przyjaciół, którzy mnie olewają, nie szanują i nie ma ich, gdy najbardziej tego potrzebuję. Basta! Życzyłam im powodzenia, kazałam się trzymać. Podziękowałam za fajne, wspólne chwile, ale lepiej będzie dla nas, jeśli będzie omijać moją kasę. Das Ende. Finito.
Jakby tego dnia było mi mało emocji, to jeszcze mając w głowie wydarzenia ostatnich godzin, jebłabym się prawie o 70 zł. Tak, udało się tę sprawę wyjaśnić. Wyszłam już w końcu z tego sklepu, wyczerpana, zdenerwowana. Jedyne, o czym marzyłam to sen. Wsiadam w mój autobus (o dziwo nie uciekł, jak to ma w zwyczaju), siadam obok znajomej i relacjonuję jej swój dzień, gdy słyszę nad głowę sykliwy dojrzałej kobiety:


  • I co? Już obgadujesz swoją koleżankę, jak Ci nie wstyd Ty kurwo, Ty ścierwo..


Na cały autobus, usłyszałam wiązankę bluzgów w swoim kierunku. I tak mi jazgotała zanim wysiadła na trzecim z kolei przystanku. A ja się znów poczułam jak w gimnazjum. Najpewniej była to osoba chora psychicznie.. nie wiem, na schizofrenię czy coś innego. I musiałam siedzieć ze zwieszoną głową i słuchać . Nie wiem nawet, czy ludzie na mnie patrzyli czy nie, ale w duchu prosiłam, by ta ruda wariatka już wysiadła. W końcu! Boże, kiedy sobie uświadomię, że w tym mieście może być wiele więcej takich osób, włos jeży się na głowie. Wysiadłam. Ulga. W końcu jestem na kochanym Służewie. Rzeczywistości mieszają mi się w głowie i już sama nie wiem, która jest godzina ani czy jestem we właściwym miejscu. Oszołomiona, z bolącą głową i najpewniej żołądkiem próbuję zmusić się do płaczu. I nie mogę. Nie czuję niczego. Tylko ogromną dziurę w sercu i głowie. Pustkę. Idę przez bazar, zaglądam przez witryny sklepowe, analizując cały dzień pełen wrażeń. Pociekła. Tylko jedna łza. Na tyle mnie teraz stać.
 I z bardziej podnoszących na duchu rzeczy powiem: OSIEM DNI!! 8 DNI! Eight days left! In acht Tagen! Acht Tagen noch!! Właśnie tyle dzieli mnie od spotkania z T. I cholernie nie mogę się doczekać. Jeszcze krócej mi do 21 urodzin. Dwa dni. Nie nastawiam się zbytnio, że ten dzień będzie innych od poprzednich. Ich lasse mich doch uberraschen.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]