klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
Proud like a God, you pretend to be hard 2016-07-29

(...)
potem
rozbieraj ją delikatnie
z obronnych gestów
z zaciśnięcia rąk
drżenia ramion
Otul szeptem
A jeśli kiedyś
wybiegnie nagle z pokoju
biegnij za nią
nie pozwól
ukryj jej twarz
w swych wielkich rękach
mów słowa dużo słów
te wszystkie
których nie pamiętałem
których się wstydziłem
Bohdan Urbankowski

Friday, 29th July, 00:18 am
Egzystuję sobie. Biednie, ale z honorem.  I zazwyczaj, gdy siedzę w innym miejscu niż moje łóżko, nie przed laptopem, mam do powiedzenia więcej niż w tej chwili, gdy wpatruję się w linia za linią w myśli, które w mojej głowie brzmiały wznioślej. Dni ciągną się, jak makaron, a sama robię już wcześniej wspomniane kursy między aka i sklepem. To już wiecie. Nie wiecie jednak, że mam na co czekać w te wakacje. T wybiera się do Wawy na 3 dni. Czy cieszę się? Jak cholera! Czy obawiam się i mam mieszane uczucia? To również. Cieszę, bo mimo czasu, splotu różnych wydarzeń, odległości,  nasza wyboista przyjaźń nadal się rozwija. I chyba to jest jedna z niewielu dodających mi otuchy myśli. Przez 3 dni przypomnę sobie jak jest kogoś odbierać z dworca i przytulać na pożegnanie ukrywając ukradkiem płynące łzy. Albo rozbeczę się na całego, a ten mnie zestrofuje, bo nie jestem małym dzieckiem. Nie jestem, ale nie chcę i nie mogę przyzwyczajać się do spędzania z kimkolwiek więcej czasu niż normalnie. I czekam, by płakać ze śmiechu. Bo T jest właśnie taką osobą, która sprawia, że moje życie z szarego i  rozmazanego  nabiera jaskrawych kolorów, ostrości i rozpędu. Czasem próbuję porównać go do barwnego motyla, który stanowi dekorację i każdy go podziwia. Jednak tu nie chodzi o wygląd. Ale o osobowość!  A przy takich osobach chce się żyć! Ale też się obawiam. Bo znam swój temperament. Bo nie chcę się na nim wyżywać, karać. Bo boję się usłyszeć więcej, niż bym chciała, powinna... bo boję się krępujących pytań.. bo nie mogę udawać, że pewne tematy nie istnieją i na sam ich dźwięk atakować ludzi. Ale cieszę się sowieso, także niedługo zaczynamy odliczanie do 12tego sierpnia. 
Z resztą znajomych próbuję być w kontakcie, ale to nie zawsze jest łatwe. Kate podbija Nowy York i nie mam w sobie tyle siły, by podzielać jej entuzjazm. Uwielbiam ją, jako moją Kate, ale zwyczajnie mnie te Stany irytują. W dodatku źle znoszę to lato sama w stolycy. Do I piszę, ale jest zbyt zajęta mamą, domem i Ł, że jedynie wyświetla wiadomości. Trudno. Nie pierwsze, nie ostatnie w swoim życiu całuję klamki i słyszę stanowcze NIE. Li za to odzywa się i to pierwsza, sama. Zadaje wiele pytań, a ja w ich krzyżowym ogniu beznamiętnie relacjonuję dni, tygodnie. Momentami jest jak na przesłuchaniu, a może to jest jej prawdziwe zainteresowanie, toteż pytania są wnikliwe i bardzo bardzo sprecyzowane.. tylko co mam jej powiedzieć? Że nie załatwiłam praktyk? Nienawidzę swojej pracy? Czuję się tutaj źle i nie mogę wrócić do siebie? Marnuję najlepsze chwile życia? Ona jest taka bardzo uporządkowana. Z jednej strony ma J, z drugiej rodziców. A to jest jednak jakiś stały ląd, fundament i oparcie. I zwyczajnie nie chcę się przy niej błaźnić, zwłaszcza, że ona uważa, że jestem taka super, świetna w tych tłumaczeniach. Otóż nie jestem. I wstydziłam się Kate przyznać do tego, że mnie nie chcieli. Kate, która nagle Stany, wcześniej jakaś Malta, tutaj konferencje, telewizja studencka, pisze artykuły do gazety, praktyki w radio... no czuję się nikim przy niej. I dobija mnie fakt, że jej studia są lżejsze, że nie musi się martwić o pieniądze. Może co najmniej chcieć odciążyć rodziców, ale niczego nie musi.. nic nie jest sprawiedliwe na tym świecie...
Jak więc pamiętacie jedno z biur tłumaczeń nawsadzało mi niezłych, że moje tłumaczenie jest najgorsze, przekłamane itd? Otóż wysłałam je do oceny jednemu ze studentów piątego roku naszego wydziału i to, co napisał podniosło mnie na duchu:

"Miałem niestety za mało czasu, żeby dokładnie przeanalizować oba teksty, ale podsyłam Ci szczegółową analizę tego pierwszego EN>PL. Ogólnie powiedziałbym tak: nie jest idealnie, ale na pewno nie jest też tak tragicznie, jak Ci napisała D. Dziwię się, że biuro tłumaczeń specjalistycznych daje jako próbkę literaturę piękną – dla mnie to dosyć niezrozumiały wybór.

Doceniam to, że starałaś się tekst polski wygładzić w kilku miejscach. Łączyłaś zdania, zmieniałaś część mowy itd. To jest duży plus, bo nie robisz kalki z angielskiego. Z drugiej strony musisz uważać, bo faktycznie wychodzą Ci pewne niewielkie przekłamania/nieścisłości.
 Szczerze mówiąc, nie widzę żadnych bardzo rażących błędów. Można oczywiście pewne kwestie wygładzić, np. zwykle nie mówi się X has said  tylko po prostu X said, we fragmencie to get unanimous support for his proposals for a four-year waiting period for migrant workers masz 3x for, więc można to jakoś przeformułować. Dopełniacza saksońskiego ('s) raczej używamy do ludzi, więc nie countries', tylko ...of (the) countries. Ja nie jestem akurat tłumaczem specjalizującym się w tematyce UE, więc być może są jakieś błędy terminologiczne, ale D nie zwróciła Ci na to uwagi, więc zakładam, że ich nie ma. Ogólnie uważam, że to jest nienajgorszy poziom, który można dać po prostu jeszcze do korekty przed wysłaniem tłumaczenia do klienta. Biura, z którymi współpracuję, moim zdaniem taki poziom tłumaczenia by raczej zaakceptowały.

D Ci napisała, że pojawia się bardzo dużo błędów, moim zdaniem to gruba przesada. O tym biurze słyszałem dobre opinie, ale też bardzo złe, więc może faktycznie zrobili Cię w konia. Jeżeli poczułaś się urażona, to możesz jeszcze z nimi podyskutować :) Napisz im, że jesteś zaskoczona, ponieważ nie spodziewałaś się tak surowej krytyki. Poproś o wskazanie tych bardzo wielu błędów, jak sami to ujęli. Ciekawe, jak zareagują.


A zupełnie inną sprawą jest to, że nie każdy musi się specjalizować w każdej dziedzinie, więc powinni dać Ci możliwość wyboru tematyki.





 
Just like me


Wednesday, 3rd August 23:37      Doch meine Beine laufen weiter   Meine Füße sind schon taub.





 



I'm jealous of the rain that falls upon your skin... 2016-07-17

Wednesday, 13th July. 01:19 am
O starej nowej pracy. O dobru, które powraca, zerwanych więziach i przeforsowywaniu własnych racji. Oraz porażkach, które wskazują na to, że jestem w złym miejscu.
Dzień dobry, cześć i czołem. Kluski z rosołem! :)
    Minął miesiąc od ostatniej notki. Działo się podczas niego sporo, a jednocześnie nic. Z tego co pamiętam zakończyłam na powrocie z Mazur. Potem nastąpiły masowe wyprowadzki z akademika. Zostałam więc sama. Zmęczona po sesji, z uczuciem bezradności i brakiem planów na wakacje chodziłam kilka dni apatyczna, snułam się po korytarzach i żegnałam ostatnich znajomych, którzy tutaj pozostali na chwilę. Przez trzy dni płakałam bez przerwy. Zamiast składając CV do nowej pracy związanej ze studiami, siedziałam bezradnie i płakałam. Płakałam, bo byłam nadal w Warszawie, gdy inni bawili się na Maltach czy w Nowym Yorku. Płakałam, bo miałam spędzić wakacje sama jak palec. Płakałam, bo byłam zbyt sparaliżowana, by podjąć cokolwiek, a z domu nawet nie zadzwonili, by zapytać, czy przyjeżdżam na wakacje. Wiem, brzmi to bardzo trywialnie, ale gdy nie masz wsparcia, wszystko boli podwójnie. Każdą złą rzecz przeżywa się boleśniej. Te wszystkie negatywne emocje nawarstwiły się w jednym momencie. I tak zamiast działać, siedziałam w parku na Ochocie ze znajomą i popijałyśmy kasztelany, by w drodze powrotnej wstąpić do biedry i kupić kolejne. I znów przeraźliwie płakać.


     Tak więc praca. Wróciłam do swojej starej. Za lepszą stawkę.Pokornie pojechałam do tego sklepu i zapytałam liderkę kas o wolne etaty. Podpisałam umowę zlecenie na dwa miesiące. Pierwsze dni nie były złe. Jestem tam lubiana, kojarzą mnie. Pocieszałam się, że istnieją gorsze prace od tej: sprzątanie klatek, metra, ulicy, prace polowe.Potem pocieszyłam się tym, że będę mieć kontakt z ludźmi. Kilka dni później pożałowałam. Zaczęły się pytania, co taka młoda dziewczyna robi na kasie. Spojrzenia pełne współczucia skierowane na moją koszulkę z plakietką i imieniem agencji pracy. Życzenia spokojnej pracy przy żegnaniu klientów. I w środku wyć mi się chciało. Starałam się zająć mijające godziny myślami, które odciągałyby mnie od tego wszystkiego. Raz tłumaczyłam sobie, że zarobię sobie pieniądze, raz że mam na co czekać w te wakacje. Jednak potem znów pojawiała się czarna rozpacz. Bo to nie ja jestem na tej Malcie czy Nowym Yorku. To nie ja jestem śmieję się, płaczę ze szczęścia, lecz pogrążam się w rozpaczy. Jest jednak coś jeszcze gorszego. Moja praca nie jest hańbiąca. Jest zwyczajnie prosta. Nie wymaga wykształcenia. Jest mało płatna i nieszanowana. I traktuję to jako rozwiązanie na chwilę. Najgorszym jest jednak trwać w tym stanie przez lata. Zatrzymać się w miejscu i tak się zastać. I dobrze wiem, że właśnie o to tym ludziom chodzi. Bym się nie zmarnowała.   Bywają w sklepie lepsze i gorsze dni. Zależy to w dużej mierze od klientów, jak obecnej na zmianie liderki kas. Ale wczoraj myślałam, że przywalę tej najważniejszej. Przedwczoraj pracowałam przez 10h. Kolejny dzień był wolny, a potem znów patrzę 10h. -Chyba zgłupiała- myślę sobie, toteż postanawiam zapytać, czy nie zamienimy tego na 8h.

- Myślałam, że chcesz zarobić więcej pieniędzy- odpowiada pogardliwym tonem z głupkowatym uśmieszkiem, by wywołać we mnie wyrzuty sumienia.


  • Owszem, chcę, ale trzeba też odpoczywać.


   Rzecz w tym, że ja chciałam zmniejszyć czas pracy, tak by móc zdążyć z koleżanką ze sklepu do stadniny. W końcu nie udało się ustalić dogodniej godziny i dostałam drugi dzień z rzędu wolny, który się przyda. Ale co się tamta nagadała, to już sobie mogła oszczędzić.

  A więc dobro wraca. Po trzech zerwanych znajomościach i przy  coraz mniejszej wiary w ludzi przekonałam się, że jednak dobro istnieje. Zgubiłam na bazarku Chińczyków telefon. Oczywiście klasycznagorzka zaaferowana kupnem nowych majtek, zapomniała, gdzie co kładzie, toteż po godzinie sobie uświadomiłam, że telefonu nie ma w plecaku i pobieglam co tchu na bazarek. Azjaci patrzyli po sobie i wiedzieli, po co przyszłam. Uśmiechali się do siebie nawzajem i mówili w swoim języku. Mówię im więc, że telefon. I jeden z nich wyciąga swój i pokazuje. To nie ten. Rozumieją i jeden z nich wyciąga moją zgubę. -Buzi!!- krzyknął jeden z nich. Hahahah! Spokojna Wasza rozczochrana, nie zgodziłam się. Odebrałam telefon i pobiegłam uradowana dalej. I niestety przez kolejne dwa dni o mało nie zgubiłam dwóch rzeczy. I zawsze ktoś to znajdował i mi oddawał. Istne szaleństwo. Na wariackich papierach.


 Mam tendencję do poznawania dziwnych ludzi. W randomowych miejscach. To nie ulega wątpliwości. Na naszym bazarku od marca funkcjonuje kebab. Najtańszy na świecie przyciąga głodnych i biednych studentów. Może nie najlepszy, bo za 7 złotych cudu nie sprawisz, ale można najeść się nim do syta.  I mi zdarzało się tam zaglądać i miarkowałam, kiedy go spróbować. Bar ten był otwarty praktycznie ciągle i kilka dni temu wieczorem wsadziłam głowę przez drzwi i zapytałam:

-Dobry wieczór Panu! Przepraszam, Pan tutaj tak ciągle siedzi, czy Pan kiedykolwiek śpi?


    I od tego pytania się zaczęło. Nie sądziłam, że takie pytanie sprawi, że ktoś może poczuć się lepiej. A to było miłe, świadczyło o trosce i zainteresowaniu. Zrobiłam to ot tak, po prostu. Następnego dnia wracałam przez ten sam bazarek mijając bar. Padało. Stałam u wyjścia z bazarku czekając, aż przestanie padać. I wtedy właściciel kebaba wyszedł z niego i zaprosił mnie, bym przeczekała deszcz. Zaczęliśmy rozmawiać i od słowa do słowa poznawałam smutną prawdę na temat jego życia. Pochodzi z Afganistanu. Mieszka tu od 12 lat. Przyjechał do pracy. Jego żona i dzieci są w jego kraju. Trochę ta jego historia wydaje się być wątpliwa, ale nie dopytywałam wiele. Staram się być ostrożna i trzymać go na dystans. Zwłaszcza, że dziś zapytał mnie o numer telefonu. I z jednej strony będę do niego wpadać, bo wiem, jak to jest nie mieć do kogo się odezwać. Z drugiej jednak, nie można przyzwyczajać nikogo do swojej obecności. To jest wyrządzanie krzywdy. Uzależnianie od siebie. Z oswajaniem trzeba uważać. Lampka zapala mi się również na myśl skąd pochodzi. Uzupełniłam mu dokumentację odnośnie dziennych obrotów i tym samym otrzymałam dożywotnie prawo do darmowych kebabów, co jest lekko deprymujące i nie mogę przez to go doprowadzić do bankructwa. Zawsze to jednak nowy kompan do rozmowy.
     A teraz ta smutniejsza część. Zerwałam trzy znajomości, które mnie męczyły zamiast wnosić coś pozytywnego do mojego życia.
Znajoma z pracy. Nienawidziła tej roboty jak i ja. Jednak po jej zakończeniu utrzymywałyśmy kontakty. Nocowałam u niej, poznałam jej chłopaka i brata. I było w porządku. Spotykałyśmy się na mieście. Jakoś było o czym rozmawiać. I do Wielkanocy nasze stosunku były poprawne. Potem, gdy zaproponowałam spotkanie, usłyszałam coś pracy i że nie może. No dobrze. Jednak potem nie odpisywała na moje wiadomości, jedynie je wyświetlała. Trwało to tak cztery miesiące i postanowiłam napisać po raz ostatni. O tym, że nie wiem, co u niej, co się z nią dzieje i czy jest coś, na co się pogniewała. Pragnęłam jedynie poznać powód. Zbłaźniłam się po raz ostatni. Znów pocałowałam klamkę. Wyświetliła. Niedługo po przyszła na zakupy do tego sklepu. Jedna z pań powiedziała jej, że tu jestem. Ona na to beznamiętnie, ze widziała. I pracuje w biurze. Stało się dla mnie jasnym, że chyba postawiła się wyżej w hierarchii, a zadawanie się ze mną byłoby mezaliansem. Pierwszy siarczysty policzek.
  Drugi był właściwie pierwszy, jeżeli by uporządkować wydarzenia w kolejności chronologicznej, ale mniejsza o to. Obiecałam sobie, że nie będę już więcej pisać do jednej osoby. Osoby, która ma powód i najwidoczniej próbuje się na mnie odegrać za stare, niewyjaśnione sprawy. Jednak postanowiłam być dobrą koleżanką i odzywać się, skoro każdy inny człowiek z klasy go olewa. Sesja. Wakacje. Pada moje neutralne pytanie:


    - Sorrki, że pytam, ale nie będziesz się nudził w wakacje w domu?




    - Po pierwsze to dopiero wróciłem do domu, po drugie to z imprezy, a po trzecie CHUJ CI DO TEGO.




    I to było właśnie coś, co chlusnęło wprost na mnie jak zimna struga deszczu. Poczułam, że nie ma co kolokwialnie mówiąc „się w tańcu pierdolić” tylko zakończyć to i nie męczyć siebie ani człowieka. Chciałam dobrze. Pisałam i interesowałam się z własnej, nieprzymuszonej woli. Trochę z wyrzutów sumienia, a trochę, bo naprawdę czułam, że przydałby mi się w tej stolicy jakiś przyjaciel. Jak w mieście P. I ja naprawdę byłam w stanie poświęcić swój czas i uwagę i nawiązać jakąś nić porozumienia. Tak po prostu. Ale oczywiście tutaj ważniejsza była czyjaś urażona duma. I dobrze wiem o tym. Wydaje się, że rozgryzłam to jakiś czas temu. Tylko, że ja w miejsce, gdzie inni nie są w stanie zaoferować niczego więcej oprócz zdawkowego "zostańmy przyjaciółmi" na tym chciałabym zacząć cokolwiek. I chciałam to wszystko wyjaśnić, bo to chyba nie jest normalne, że wyrzuty sumienia doprowadziły do tego, że widziałam tego człowieka w innych ludziach i jeszcze po nocach mi się śnił.




    Jak to Kate mówi: Co do utrzymywania znajomości na siłę. Trochę prawda, ale z drugiej strony za to Cię podziwiam, ze się nigdy nie poddajesz i starasz się za wszelka cenę utrzymać znajomość.                                                                                                                                                                                                  I tak ze mną właśnie jest. Ja tak walczę, ale i mnie oswaja się również bardzo długo. Mi trzeba dać zawsze dużo czasu, trwać i wytrzymać wszystko. A kto już wytrwa pierwszy rok, zostanie na dłużej. To jest tego warte.



Powiem ci teraz coś bardzo banalnego. Jeżeli chodzi o nasze uczucia, to jesteśmy kompletnymi analfabetami. Jest to smutny fakt i nie dotyczy on tylko ciebie i mnie, ale wszystkich. Uczymy się wszystkiego, co dotyczy ciała, ale ani słowa o duszy. Nasza wiedza o nas samych i naszych bliźnich jest przerażająco mała. - Bergman


A trzecią postacią jest Shasitha, mój znajomy ze Sri Lanki. Poznany na interpalsie jakieś 3 lata temu. Sama nie wiem, na czym ta znajomość się opierała. Pisaliśmy, bo pisaliśmy i to tyle. Każde pisało, co u niego, żaliło się na skypie i tak to właśnie szło. Zabrzmi to chamsko, ale irytowała mnie jego gramatyka w angielskim. A raczej jej brak. I ostatnio się pokłóciliśmy.
Nie była to ostra wymiana zdań, ale nienawidzę tego, kiedy komuś brak wyczucia, kiedy można żartować, a kiedy nie. Zarzucił mi, że nie znam się na żartach. Nie wiem, kogo śmieszy bycie wyzywanym od dziwek. A potem mi płacze, że nie może sobie znaleźć dziewczyny.. zastanawiające... -,-
I tym sposobem pozbyłam się z życia trzech osób. Usunęłam z fb, by zielone kropki na czacie przy ich nazwiskach nie doprowadzały mnie do kurwicy. Pozbyłam się również ich numerów telefonów. Obawiam się, że nie całkowicie, bo mieszkamy w większości w tym samym mieście i nadal istnieje dużo ryzyko ich spotkania. No cóż. Potraktuję je jak powietrze. Jak one mnie. Bo mam nadzieję, że karma wraca.

Odchodziłam od wielu ludzi, wiele razy. Chciałabym spotkać kogoś, przy kim będę chciała zostać. Nie odejść i ewentualnie wrócić. Zostać i czuć się na tyle bezpiecznie, żeby przestać uciekać.



-Nieszyn Jasińska


     Przeforsowywanie swoich racji. Długo by o tym mówić. Do 110 przybyły dwie nowe współlokatorki. A z tym wiąże się ustalanie nowych zasad współżycia pod jednym dachem, w jednym pomieszczeniu.
Jedną z nich jest A. A jest bardzo wesoła i bezkonfliktowa. O 3 lata starsza, magisterka z socjologii. Coś rodzaju program MOST. Licencjat w Gdańsku.
      Z D miałam w ciągu pierwszych dni małe spięcie. D jest z Uzbekistanu. Piękna dziewczyna, pomocna i uczciwa, na pierwszy rzut oka wydawała się nie sprawiać problemów. Poznałyśmy się na urodzinach E, toteż nie miałam pojęcia, że mieszkanie ze znajomą, a spotykanie się raz na jakiś czas może się różnić. D wprowadza się. Ilość jej rzeczy poraża mnie. I już wiem, kto zajmie najwięcej miejsca w pokoju i tym samym zaburzy moją przestrzeń osobistą. A ja, po dwóch tygodniach mieszkania sama przyzwyczaiłam się do większej przestrzeni. I tylko dla mnie. Z poprzednimi współlokatorkami też nie było problemu, bo to ja byłam osobą, która miała tych rzeczy najwięcej. I wówczas, gdy ktoś wkracza w tę moją przestrzeń, rodzi się we mnie jakieś bunt, poczucie zagrożenia.. nie wiem. Chyba chodziło tu o zaznaczenie swojego terytorium. A przecież 110 jest moje!!
     Rzeczy D są już u mnie i pojawia się problem umeblowania pokoju. D chce mieć tak, jak jej jest najwygodniej, nie zważając na nasze pomysły. Moje wkurwienie rośnie. Nie to, że mam przyjąć do pokoju nowe osoby, co kosztuje mnie wiele stresu, to jeszcze nie mam nic do powiedzenia w swoim pokoju. I to takie rzeczy pierwszego dnia!! Pierwszego dnia właśnie od razu nawiązałam kontakt z A. W momencie ustalania przemeblowania spojrzałyśmy na siebie i wiedziałyśmy o co chodzi. Zawarłyśmy sztamę. A ja w środku nadal musiałam przetrawić tę sytuację w pracy i następnego ranka przeprowadziłam rozmowę. Najlepiej było zrobić to na początku, by złe emocje się nie kumulowały, a ja nie zdążę wybuchnąć. Powiedziałam, że wygląda to tak, jakby nie liczyła się z naszym zdaniem i chciała tylko dla siebie najlepiej. Tamta za to sobie nawet z tego nie zdawała sprawy. Dodatkowo ustaliłyśmy, że w wakacje mieszkamy na próbę, by sprawdzić, czy rzeczywiście chcemy wynajmować pokój nadal razem, wraz z E.
    Ulżyło mi, a sama zobaczyłam, że muszę alarmować od razu, gdy coś mi się nie podoba. I nie dać sobie wejść na głowę. I myśleć, zanim zareaguję.
D niezbyt się garnie do pracy. D została nauczona bezradności i tego, że zawsze jej ktoś pomoże lub za nią zrobi. W pewnym w szukanie dla niej pracy było zaangażowanych kilka osób. A prawdą jest, że pracy w Wawie jest sporo. Ale byle jakiej i niekoniecznie za dobre pieniądze. Tylko D jest wybredna. Ale nie można być wybrednym mając 400zł na koncie i następny rok studiów do opłacenia. Irytowała mnie jej bezczynność, podsuwanie ogłoszeń. A ona jedyne co potrafiła to śpiewać i tańczyć w swoim pokoju. A pracę znalazłam jej przez przypadek na naszym bazarku. U pewnej Ukrainki w restauracji. I cieszę się, że w końcu się czymś zajmie. Innym problemem z D jest to, że przez rok była zbyt leniwa by uczyć się polskiego i poznawać samo miasto. Teraz ma problemy z porozumiewaniem się oraz nie wie, jak dojechać pod jakikolwiek adres. I wtedy chodzi i prosi wszystkich o pomoc, zwłaszcza wtedy, gdy każdy ma swoje inne plany i sprawy. Robi się jej szkoda, w końcu jest tutaj obcokrajowcem i ja wiem, że sama potrzebowałabym pomocy. Z drugiej strony zbyt nachalna pomoc i wyręczanie jej we wszystkim upośledzi i uzależni ją od tego. Dlatego postanowiłam pomagać jej do pewnego stopnia, ale nie robić za niej rzeczy ani nie jeździć z nią wszędzie. No poczekamy, zobaczymy jak będzie na dłuższą metę przedstawiać się to nasze wspólne mieszkanie razem.
    Słowo o pewnym niepowodzeniu.
Dzień dobry, dziękuję za przesłanie próbki. Niestety w tekście angielskim pojawia się bardzo dużo błędów (gramatycznych / kolokacyjnych, itp), a w tekście polskim jest mnóstwo niezgrabności, błędów interpunkcyjnych, a co najważniejsze przekłamania względem tekstu oryginalnego. W związku z tym nie jesteśmy w stanie przyjąć Pani na praktyki tłumaczeniowe w naszym biurze.
   Pozdrawiam / Regards,
Tak, to jest to, co właśnie zobaczyliście. Nie dostałam się na praktyki tłumaczeniowe do zaprzyjaźnionego z naszym wydziałem biura tłumaczeń.             W pierwszym momencie, gdy zobaczyłam tego maila pociekło mi kilka łez. Minęło 6 dni, a ja nadal nie znalazłam innego biura. Znaczy zniechęcona nie wysłałam  nigdzie maili. I już nie chodzi o nich, ja w swoich oczach straciłam jakąkolwiek wartość. Takich "chuiów" to nawet na zajęciach nikt mi nie nawytykał. O, ironio! Właśnie na (sic!) darmowych praktykach miałam pójść się czegoś nauczyć,  a nie dostałam się na nie, bo nic nie umiem?  Fuckin' logic. Ze wstydu mało komu o tym powiedziałam i zamierzam unikać tego tematu, do czasu znalezienia kolejnego biura. Zastanawiającym jest jednak, że nie przysłali mi żadnego feedbacku. Nie wiem nawet, jak powinien ten tekst być przetłumaczony. I kto wie, czy oni nie wysyłają takie wiadomości: wyślij-> do wszystkich. I wiecie co? Jebać to. Nie jest to ostatnie biur tłumaczeń w Wawie. Ale.. jeżeli to jest znak, że i tak czegokolwiek bym nie zrobiła, tłumaczyć najzwyczajniej nigdy nie będę?
 
Sunday, 24th July, 11:45 am
Jestem. Minęły ponad 3 tygodnie od powrotu do pracy. I wlecze się dzień jeden za drugim. Krążę gdzieś między akademikiem, a sklepem wymyślając desperacko jakieś atrakcje na dni wolne. Raz jest to kino w plenerze, teatr, a czasem zakupy. Zapełniam czymkolwiek pustkę, ale wiem, że to tylko chwilowe. I wracam tak z tej pracy, choć nie bardzo wiem po co i do kogo. Dni w sklepie pozornie są takie same, jednak nie do końca. Gdy klienci są mili, uśmiechnięci, gdy mogę poplotkować z ochroniarzami i innymi kasjerami, dzień mija szybciej i przyjemniej. Czasem jednak ciągnie się jak flaki z olejem i przeklinam to na wszystkie świętości, a jednocześnie błagam je o szybki kres mych mąk. Pozbyłam się już dawno przeświadczenia, że ta praca jest najokropniejsza na świecie. Po prostu tam idę, robię co trzeba i wychodzę.Jak zwykle ucieka mój autobus. Jest ciemno, ale przyjemnie, czekam więc na kolejny.  Wsiadam w autobus i pozostawiam za sobą to miejsce.  Niedługo potem Morfeusz zabiera mnie do krainy snu, a ja zapominam, że muszę tam wrócić, że nie wysłałam zgłoszenia na praktyki, że nie ma mnie na tej Malcie.. że nie mogę znieść tego, w jakim punkcie się znajduję, nie robiąc z tym niczego. Wykonuję chujową pracę, to fakt. Ale tutaj mając kontakt z ludźmi widzę, że stałam się w luźnych rozmowach pewniejsza siebie, znaczy się sprawiam takie wrażenie. I przez/ dzięki (niewłaściwie skreślić) zauważyłam kilka rzeczy. Ludzie to hieny i to, jak się nawzajem traktują odbierało mi momentami mowę, ale również uodporniło. Standardowe teksty pt: " Czy Pani płacą, jak Pani mówi dzień dobry?" Innym razem facet, kiedy wysyłałam kobietę do zważenia cytryn i nie wracała przez dłuższą chwilę " I co? Nie chce się, co?" Facet w średnim wieku, dobrze ubrany, dobrze postawiona posada prawdopodobnie w dużej firmie. Jego żona za to mówi, żeby on poszedł jej pomóc na co ten wrzeszczy, że on tu nie jest pracownikiem! Zabrakło mi słów. Przecież on jest też człowiekiem, jak ja i wszyscy tam obecni i chodziło o taki chrześcijański uczynek, a nie kto komu za co płaci, bo na dobrą sprawę mi za to nie płacą.. za ważenie owoców. Innym razem jestem świadkiem sceny, gdzie mąż pomiata żoną. Nie jawnie, ale sposób w jaki się do niej zwraca przy pakowaniu daje mi do myślenia. Innym zaś widzę drobne oznaki czułości młodych, którzy kupują wino. Życzę im więc udanego wieczoru cokolwiek by miał oznaczać. Ale robi się przykro, nie powiem. I Głównie żyję tam właśnie tymi ludźmi, rozmowami i poznawaniem ich historii. Lubię ich obserwować, by dochodzić do wniosku, że oni wszyscy są piękni, jako ludzie.


Po nocy przychodzi dzień. A burzy spokój. 2016-07-13

Wiem. Zawiesiłam bloga. W myślach zawieszałam go już kilka razy, odwieszałam i nosiłam się z zamiarem pisania na bieżąco.
"Kiedyś poważnie wierzyłem, że mogę uciec od samego siebie - jeżeli tylko bardzo się postaram. Ale zawsze trafiałem w ślepą uliczkę. Dokądkolwiek zmierzałem, zawsze pozostawałem taki sam. To, czego ci brakuje, nigdy się nie zmienia. Może się zmienić otoczenie, ale wciąż pozostaję tą samą niekompletną osobą."         Haruki Murakami, ~~"Na południe od granicy, na zachód od słońca"~~
Monday, 20th of June.
       Łapię na chwilę oddech w tym biegu na przełaj. Między egzaminami w sesji, których jest pierdylion na raz, najlepiej jednego dnia wszystkie. Oficjalnie do końca został mi jeden ostatni: ustny angielski. Zaśmiałabym się baranim głosem, gdybym nie zdała tego, który uznaje się za formalność. Czyli jak rok temu. Sesja letnia, to czas rozliczeń końcowych, kiedy powinnam być zwarta i gotowa, w pełni przygotowana po całym roku pracy. Z progressem, wiarą w swoje siły i ogólnym spełnieniem w tym, co robię. Przychodzę natomiast zmęczona wcześniejszymi zaliczeniami, zupełnie nie do życia. Zrezygnowana, podczas gdy moi znajomi planują już wyjazdy, koncerty. Wyniki są mierne. Byłam ciągle zła, zmęczona, wiecznie głodna, niewyspana i rozjebana emocjonalnie. Pod marynarką i sukienką krył się wrak człowieka regularnie pojony hektolitrami kawy. Kawy, od której musiałam na tyle się uzależnić, że nie pomagała wcale. Siedząc na każdej z części składowych egzaminu odpływałam myślami w jakimś nieznanym kierunku. Momentalnie mój mózg się skurczył, a wiedza ograniczała się do odmiany 'to be', a ja sama jakby uczyła się dopiero co składać poprawne zdania. Zwyczajnie ogłupiałam, choć jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że w tym roku umiem dużo więcej niż poprzednim. Sama wiedza z liceum była solidnym fundamentem. Jak widać niekoniecznie.
Egzaminy są właśnie dla mnie prawdziwym koszmarem. Nawet nie kolokwia w ciągu roku akademickiego. Nigdy tak, jak podczas egzaminów nie pogarszam swojej sytuacji. Pokazuję się od najgorszej, jak tylko można strony. I nagle zamiast „Let me introduce myself” na usta ciśnie mi się „ hello, I'm potato”. To się chyba nazywa zmęczenie materiału. I właściwie przez to zmęczenie straciłam po pół stopnia na każdym przedmiocie. Sam bilans ogólny na plusie. Jeżeli dobrze pójdzie jutro, wychodzę zwycięsko bez kampanii wrześniowej. Mal sehen. Zresztą powtórzę to co napisałam na academic writing: Rywalizacja o oceny i testy wspierają ściąganie, chorą rywalizację. Na pewno  niczemu innemu, a na pewno dobremu nie służą.
    Sesja nie pokazała mi niczego nowego, czego bym do tej pory nie wiedziała. Brakło mi słów widząc ludzi na testach z praktycznego niemieckiego. Telefony między kolanami, na ławkach. I moja bezsilność wobec tego. Po raz kolejny łzy cisnęły mi się do oczu. I tylko dlatego, że nie jestem cwana, załamana i zdepresjonowana, mam mieć gorsze noty? 2,5 roku temu nie wyobrażałam sobie, że mogłoby mnie tu nie być. Teraz myślę jedynie, co zrobić by tu nie być.
Jakimi my mamy być potem nauczycielami? Lektorami? Nie daj Boże tłumaczami... Jedna z sytuacji, która sprawiła, że nie mogłam uspokoić się na dobre kilka godzin, a samej jej bohaterce miałam ochotę dać z otwartej ręki, przerywając tym samym egzamin dla wszystkich.
J wydaje się, że jest sprytna. Ciężko jest mi przyznać, ale nie pamiętam egzaminu, na którym by nie kombinowała. Tyle, że na żywo z jej umiejętnościami już tak nie jest rewelacyjnie. Wyobrażacie sobie.. na konwersacjach do wykładowcy powiedziała DU SOLLST (Ty masz coś przykładowo zrobić)...Dobrze, już dobrze. Nie powinnam oceniać. Boli mnie jednak inna rzecz. Ona z tym właśnie, podstawowymi brakami jedzie na półroczną wymianę do Bremy.. Dziewczyna ta ogólnie reprezentuje sobą coś, co w zasadzie podziwiam. Brawurę. Odwagę. Wakacje na Malcie? Checked. Bez pracy i planów? Checked. Prawdopodobnie, a raczej na pewno te wszystkie negatywne emocje względem niej biorą się z tego, że sama tak nie potrafię. A chciałabym. Ale dobrze już. Lassen wir das.
Friday, 1st July 23:13 pm   Wiosna i lato to zdecydowanie najgorsze pory roku dla samotnych.
     Wróciłam. Lekko spalona słońcem głodna, spocona wdrapałam się na trzecie piętro mojego akademika. Wtorek poprzedniego tygodnia miał wyglądać nieco inaczej, jednak konsekwencje tamtego dnia były bardzo przyjemne w skutkach. Wtorek tj. 21 czerwca. Egzamin ustny z języka angielskiego.  - No dobra, pójdę, wóz albo przewóz- pomyślałam. Nie spałam wiele, wypiłam czarną kawę z dwóch łyżeczek bez cukru i mleka, jak to mam w zwyczaju. Oszołomiona, na wpół pijana ze zmęczenia wjeżdżam na piąte piętro. Przed salą 506 dostrzegam już połowę grupy. 10 minut na każdą parę. Pora więc i na naszą. Nie weszłyśmy do sali, a facetka od konwersacji zdążyła mi zrobić reklamę: - O, proszę, a tutaj Pani, która najbardziej się boi.
Mając w pamięci zeszłoroczny egzamin z nativem z Anglii miałam prawo się obawiać.
Dostałyśmy pytanie, czy filmy kryminalne zyskują na popularności i dlaczego oraz jakie my wyciągnęłyśmy z nich wnioski. Pytanie było na tyle 'przystępne', że nie musiałam wiele się zastanawiać, a co więcej Mrs.M sama mnie naprowadziła, gdy wspomniała o serii 'Deadly women' Nie wiem, na ile to,co mówiłam było poprawne, rozsądne i językowo purystyczne, ale cieszyłam się, że miałam cokolwiek do powiedzenia. M odczytuje wyniki. Zdali wszyscy, ale do niektórych miała zastrzeżenia. Kolej na mnie. Najpiękniejsze słowa, jakie mogłam w tamtym dniu usłyszeć:
-Pani X 4+, największe zaskoczenie egzaminu.. i dlaczego Pani siedzi na zajęciach o tam, z boku?
Ja, największe zaskoczenie egzaminu, podczas gdy rok temu go oblałam!!! Nie jest to jednak odkryciem, nowością, ale wiele zależy od tematu, partnera do rozmowy, komisji i tego, jak się danego dnia czujesz. To może definitywnie zmienić ocenę. Tak więc tego dnia przekonałam się, że jednak umiem mówić po angielsku. I tak naprawdę moja bariera znikła. Tylko z tym niemieckim wciąż jest problem...
Plan po egzaminie był następujący: wraz z grupą ze studiów robimy grilla. Bo wiedzieć musicie, że moje kontakty z grupą znacznie się poprawiły w porównaniu z zeszłym rokiem. Najpierw jedziemy do Gosi, do szpitala, potem kierujemy się na Marki. Suma sumarum naczekałyśmy się 3.5 h , by potem stwierdzić, że nie warto nam tam jechać, skoro mamy tego samego dnia wracać. Nie powiem, było mi żal, ale to nie wina Gosi. Niedługo potem znalazłyśmy się u Gosi w mieszkaniu i tam poznałam jej chrzestnego i jego synów. Za jego sprawą następnego dnia jechałyśmy wciśnięte w tylne siedzenia w kierunku Giżycka. Spontaniczny wyjazd, na który szykowałam się w 20min. Tak, jechałyśmy na Mazury!! Co najlepsze, marzyłam po cichu by w najbliższym czasie tam pojechać. Na miejscu czekał już jacht, który mógł pomieścić 11 osób. Nie wierzyłam własnym oczom: w środku była lodówka, wieża, ubikacja, 4 kajuty do spania!! To było jak wakacje, których nigdy nie miałam. Przez 3 dni nie musiałam się niczym martwić, chłonęłam całą duszą i sercem przepiękne widoki. Starałam się je zapamiętać na tyle, by były jak najdłużej żywe w pamięci. Jezioro było skąpane w Słońcu, jego promienie składały niewinne pocałunki na mojej twarzy. Ja zaś doznawałam błogiego uczucia beztroski. Przez krótką chwilę odczuwałam coś, co nazywa się szczęściem. Pojechałyśmy tam z prawdziwymi wilkami morskimi. Na koncie mają podróże po Bałtyku i Atlantyku, a ja sama nie mogłam wyjść z podziwu i zapamiętać nazw jakimi się posługiwali. Wiatru tylko nie było. Ale lepszej pogody trafić nie mogliśmy :) Atmosfera była naprawdę przyjazna i nikt nie dawał mi odczuć, ze jestem tam piątym kołem u wozu czy nawet osobą spoza rodziny. Jednak miał miejsce nie tyle incydent, co mały zgrzyt. By was nie zanudzić powiem po krótce: siedzimy na łódce, jemy kolację, jest sympatycznie, pijemy piwo. Zaczyna się ściemniać i łodzie zajeżdżają do portu. Imprezy. Go, ja i taki chłopak z rodziny Gosi. Rozmawiamy.
Z jakiejś pobliskiej łódki słychać muzykę.
I ja pytam: Co to jest? Nie znam tego?
-To są uczucia- usłyszałam odpowiedź. W domyśle miałam nazwę kawałka i nie wiem, czemu niespodziewanie padła taka odpowiedź. Od kogoś, kto znał mnie od dwóch dni i jedyne, co wiedział, to to, że mówię ciągle o uczelni, albo innych ludziach. Od chłopaka, który jest z 2 lata młodszy. To mnie do tego stopnia dotknęło, że jedyne, co byłam w stanie odpowiedzieć to: Mógłbyś uważać, na to co mówisz?

Byłam wzburzona tak z 15 min. Podczas gdy na lewej stronie łodzi odbywało się melo zapoznawcze, Go z tymże chłopakiem wolała przy zaistniałej sytuacji zejść do środka łodzi, a ja siedziałam i patrzyłam bezwiednie to na wodę, to na łodzie, to na latarnie.Czy rzeczywiście ludzie tak o mnie myślą?.. Że jestem pozbawiona uczuć? Przecież we mnie, tam w środku odgrywała się prawdziwa walka.. kołatały się ze sobą miliony takich uczuć, ale ja ich nie chciałam i nie umiałam pokazywać ich przy obcych. I dlaczego taki osąd wydał ktoś, kto mnie nie zna? Po rozmowie z Gosią poczułam się lepiej. Miałam ogromną nadzieję, że przynajmniej dwie osoby po dużej dawce alkoholu nie będą tej sytuacji pamiętać, Go nie weźmie jej na poważnie, a ten chłopak zrozumie, że nie powinien był czegoś takiego mówić. I bardzo miałam nadzieję, że nie zepsuje to atmosfery dnia następnego. I ostatniego na Mazurach zarazem. Na szczęście nikt mi nie dał niczego złego do zrozumienia. Zjedliśmy w spokoju śniadanie, spakowaliśmy się, posprzątaliśmy i byliśmy gotowi do powrotu. Jednak w trakcie jazdy było mi ciężko. Gdy wysiadał starałam się wybąknąć coś wyraz przeprosin za niemiły akcent wyjazdu. Odparł, że nie ma sprawy i mam nadzieję, że dało mu to jakkolwiek do myślenia. Było to na szybko, w samochodzie i przy nich wszystkich. Może na żywo powiedziałabym mu coś mądrzejszego, coś co by wyjaśniło czy usprawiedliwiło moją reakcję. No trudno.. 


Jednak wszystko, co dobre, szybko się kończy, tak więc wróciłyśmy do szarej rzeczywistości, która powitała nas, albo przynajmniej mnie siarczystym policzkiem: 


- O, imprezowiczki wróciły! Dobrze chociaż żeście się bawiły? Co? Nie słychać tego w Waszym głosie.. Gosia, Boże, dziewczyny! Nie wzięłaś niczego ze sobą do jedzenia! Jak to może być tak, że Wujek (dla mnie Pan) Sebastian za Was płacił! Matko, ja muszę z Twoim ojcem o tym porozmawiać! ( może nie dosłownie, ale to było coś w tym stylu)


I to było w całym wyjeździe właśnie najbardziej krępujące. Dla mnie na początku fakt, że jestem osobą spoza rodziny, a później , że nie wydałyśmy tam ani grosza. Ale potem, gdy przeanalizowałam to na trzeźwo, nie miałam tego tak sobie za złe. Logicznie rzecz biorąc, jeżeli kogoś nie stać na 11 osobowy jacht, nie proponuje tego osobie spoza rodziny, nie płaci za nią za posiłki itp. I ja bym to w zupełności zrozumiała. A kwoty, jakie tam zostawialiśmy porażały mnie. Na przykład wychodząc ze śniadania, myślałam sobie, że za tyle, kupuję jedzenie na 2 tygodnie. Już po pierwszym obiedzie, gdy zostaliśmy praktycznie sami, zapytałam, czy możemy się dołożyć do obiadu, otrzymałam przeczącą odpowiedź. Było niezręcznie, więc uszanowałam to. A jedyne co, starałam się go bardzo nie naciągać i podziękowałam mu na końcu za wspaniały wyjazd. Dajmy jednak temu już spokój. Najważniejsze jest, że było pięknie, wypoczęłam i nie żałuję tego.

s        v



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]