klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
To nic kiedy płyną łzy. 2016-05-28

Dziś niebo płacze... nade mną i Moniką.
Jest gorzej niż bym przypuszczała. Monika czuje się źle. Z resztą i ja nie lepiej. Obie nie możemy się skupić na sesji, chodzimy całymi dniami apatyczne, nie mówiąc o zdolności odczuwania czegokolwiek. Jej nie pomógł Bóg, mi nauka i piwo. Co więcej, ona prawdopodobnie nie podejdzie do sesji.. nie napisała jeszcze pracy licencjackiej.. zawali rok.  Nie wiem co z nią będzie. Nie umiem jej pomóc. Nie umiem nawet sobie pomóc. Postanowiła wrócić do domu. Odwiozłam ją na  dziś Dworzec Centralny. Zawsze będę to powtarzać: nienawidzę tego dworca. Zawsze będzie kojarzyć mi się z pożegnaniami. Z T. Z tym, że wracałam stamtąd zalana łzami. Najlepsze, co mogłam tego dnia zrobić, to odwieźć ją i poczekać aż odjedzie. Dziwnie się poczułam uświadamiając sobie, że fajnie jest móc kogoś odwozić i odbierać z dworców.
"Nieważne jaki wybierasz sposób autodestrukcji. Ktoś zaszywa się w bibliotece, ktoś inny - w knajpie. Rezultat w obu przypadkach identyczny. Sposób autodestrukcji mówi jedynie o rodzaju człowieka. Powiedz mi, jaką dla siebie wybierasz ruinę, a powiem ci, kim jesteś. Innymi słowy, powiedz mi, czym wypełniasz swoją samotność - książkami, kobietami, ambicjami... We wszystkich przypadkach punktem wyjścia jest nuda, dojścia zaś - zniszczenie." Emil Cioran

hhhh  by Eric Lacombe

https://www.youtube.com/watch?list=PLt860lG4AwjHdiV1c4ub5n7XxUe4k0gOX&v=IlKgdr1CKpU


Monday, 30th of May. 21:23 pm


 


Dziś w końcu nad tym smutnym jak pizda mieście wyszła  tęcza. Po deszczu. Koniecznie musiałam wybiec przed akademik by ją dojrzeć. Potem zrobić spacer na deszczu. I to powietrze. Od razu lepiej.                                                                                                                                                     A więc minął długi weekend, jak to mijają długie weekendy.Na początku wielkie plany, a potem klasycznagorzka kończy zdruzgotana. Wlekły się dni jeden po drugim leniwie. Byłam cała sparaliżowana i przerażona. Leżałam tak każdego ranka i patrzyłam bezwiednie na sufit, nie mogąc powziąć czegokolwiek. Najchętniej leżałabym tam całymi dniami. Pod kołdrą czułam się przynajmniej bezpiecznie. Kawa nie była mnie w stanie postawić na nogi. Na alkohol nie miałam ochoty. Sprawdzałam cały czas poczty i fb, ale nie pisały te osoby, od których bym tego oczekiwała. Tak cholernie bolało mnie serce i dusza. Ja nawet nie umiałam płakać. A co najlepsze, wszyscy uważają, że mam tylko doła ,że to odwieczny pesymizm i Weltschmerz. No dobrze by było. W Warszawie pozostała garstka sensownych osób, więc pozostało mi celebrowanie tego że pięknego weekendu w pojedynkę. Chociaż wiecie.. poprzedniego długiego weekendu chociaż było mi z tego powodu przykro. Teraz nie czułam niczego. Taka przerażająca pustka, kiedy to nie masz nawet ochoty krzyczeć, walić pięściami o biurko, płakać.. jak roślina.                                                                                                                                                                                                                                                                                      Tak więc moim zajęciem stało się jedzenie, spanie, oglądanie serialu. Starałam się naprawdę uczyć legala, ale w głowie miałam sieczkę. Wpuszczałam jednym, wypuszczałam drugim. I czytając wstecz tego bloga, myślałam, że od zawsze czułam się tak źle. Otóż nie. Teraz to jest prawdziwe apogeum. Powinnam była wysyłać Cv i szukać pracy... ale nie mam na to siły. I nie wiem, czy jeżeli w przypadku, gdy nie dopuszczą mnie do pnja, nie powinnam spędzić z miesiąca na nauce. Ciekawa jestem też, czy opłacą mi akademik. Jakieś pieniądze mam, ale nie chcę ich wydać wszystkich. W swojej rozpaczy i desperacji już myślałam o powrocie do byłej pracy, choćby na miesiąc. Muszę też o praktykach pomyśleć... Kiedy wszystko się wali jak domino. Jeździłam jak głupia myśląc, że spotkam Dziadka Jana. Może i dobrze, że się rozczarowałam, bo nie wiadomo, jak by się to spotkanie skończyło i jak trafiłabym do siebie.                                                                                                                                                                                                                      I odezwałam się. Napisałam do I i T. I nie miała czasu rozmawiać, była w domu. Przy wielu rozmowach z T uaktywnia się we mnie coś złego. Boję się, że kiedyś się pożremy albo go znienawidzę.  Niby miło jest posłuchać o wyjeździe, wakacjach. Ale z każdym "jest coraz lepiej" "było genialnie" nie wiem, czy byłam zła wyobrażając sobie, co mogło być takiego genialnego. A może po prostu krew mi odpływała od mózgu i się nakręcałam, bo tak naprawdę bawił się dużo lepiej niż ja tutaj pogrążona w rozpaczy. W dupie. Po uszach w egzaminach. Sama.
"Zwykła rozmowa z kimkolwiek, o ile jest szczera, jest niesamowitym środkiem terapeutycznym. Ale do wniosków i tak musisz dojść sam. Nie licz na to, że pójdziesz do psychoanalityka, powiesz mu, co ci leży na sercu, a on od razu wyskoczy z listą rzeczy, które są z tobą nie tak. To w ten sposób nie działa. Zawsze musisz do wszystkiego dojść sam. Ktoś może ci tylko wskazać drogę. Przez ciernie musisz się przedrzeć własnymi siłami...
Ale pewnie, znajdź sobie kumpla, kumpelę, najlepszego przyjaciela. Zapytaj go, czy jest gotowy/gotowa na gównoburzę i po prostu wyrzuć z siebie wszystko. Wyrzuć, że ojciec cię bił, że przeszkadza ci twój nos albo to, że jesteś gruba. Wyrzuć, że boisz się drugiego człowieka. (...). Wyrzuć wszystko. Nie martw się, co poczuje druga osoba - przecież zgodziła się ciebie wysłuchać. I tak nie poczuje tego, co ty, będzie jej wszystko jedno, co najwyżej powie o swoich uczuciach, co dla ciebie może być fantastyczną lekcją. Dostaniesz totalnie inną perspektywę. Perspektywę, której mogłeś kompletnie nie brać pod uwagę i nie dostrzegać, ponieważ siedziałeś przez cały ten czas sam ze sobą, we własnej głowie, nie dzieląc się z nikim tym, co czujesz. I nie myśl, że uda ci się rozwiązać ten problem przez internet (...) i zagadasz do kogoś, pisząc na klawiaturze. Wartość rozmowy z prawdziwym człowiekiem twarzą w twarz jest nie do przecenienia.
Nie da się tego podrobić. W internecie nie da się wywołać tych samych emocji, które rodzą się podczas rozmowy z innym człowiekiem. Słowa są tylko słowami. Są niedoskonałe, niesamowicie niedoskonałe. Te same słowa można zrozumieć nieraz na kilkadziesiąt różnych sposobów. Każdy widzi przecież to, co che widzieć, to czego sam szuka. Przekaz niewerbalny jest zdecydowanie ważniejszy od słów: gestykulacja, mimika, zachowanie, postawa, ruchy ciała, ton głosu, wzrok, to, czy będziesz się pocił - to wszystko mówi o tobie więcej, niż ci się wydaje.
Nie bój się tego pokazać. Im bardziej się blokujesz przed spontanicznym zachowaniem, tym mniejsze są szanse, że druga osoba będzie umiała ci pomóc. Jeśli myślisz, że jesteś w stanie przed spotkaniem ułożyć sobie w głowie wszystko, co chcesz powiedzieć, to się mylisz."
 
- Włodek Markowicz "Kropki" 
 
 Przez te kilka dni  potrzebowałam tylko tyle i aż tyle. Li zaraz mi powie, że mam tylko kilka słabych dni, że pewnie się wszystkiego już nauczyłam i może bym zebrała ekipę znajomych i gdzieś pojechała (dobre!), I zasugeruje, że naprawdę powinnam pójść do psychologa, jak nie i psychiatry, albo znaleźć sobie chłopa, albo w sumie 3 w 1. T zaś, że czasem trzeba rzucić wszystko, dotychczasowy stan i zmienić totalnie, oraz, że muszę znaleźć to, w czym jestem dobra. I wiecie co? Wkurwiają mnie ich dobre rady.  Każde z nich czuje litość czy współczucie. Bo tylko tyle mogą mi dać. Na chwilę.                                                                                                        


'Take my mind and take my pain' 2016-05-18

Thursday, the 18th May. 4:25 am
       Od opisywanego ostatnio momentu nie wydarzyło się zbyt wiele. Nic, co bym określiła mianem zwrotu w moim życiu ani też przypływu jakiś wszechogarniających uczuć. Raczej powolna wegetacja.
Byłam na Juwenaliach, które okazały się być wielkim niewypałem. Szczególnie pod względem organizacyjnym zawiodłam się przybywszy na koncert Vavamuffina. Juwenalia WUMu same w sobie miały rozpocząć się o 16.00. Charakter samej imprezy w klimacie reggae i rapu. O tej porze nie było praktycznie ludzi, jedyne co było na swoim miejscu to scena i budki z jedzeniem. Żadnej ochrony na bramkach. Porażka. Potem dowiedziałyśmy się o zmianach w kolejności z line upu. Vavamuffin miał wystąpić za 4-5 godzin. Paranoja. Straciłyśmy 2 godziny z życia na dojazd.Miałam wyrzuty sumienia, że wyciągnęłam Monikę z mieszkania. Postanowiłyśmy nie czekać już na ten koncert, lecz zwiedzić okolicę. A była ona piękna. Osiedle Przyjaźń na Bemowie. Możesz odnieść wrażenie, że nie jesteś w stolicy, lecz małym miasteczku. Urokliwe stare domki, blisko natury. Jako kolejny punkt, zaproponowałam Pole Mokotowskie i pomnik Szczęśliwego Psa, którego szukam od pół roku co najmniej.
       Dzień był przyjemny, słoneczny, aczkolwiek chłodny, co okazało się być zgubne w skutkach. A i deszczowy dzień podczas koncertu Happysad'u się do tego przyczynił. Te nasiadówy z piwem w ogrodzie dziadka w deszcz również miały w tym swój wkład.  Przeziębiłam się. Właściwie od miesiąca pokasłuję, smarczę. Zaczęło się od uporczywego bólu głowy, potem gardło, które sama wyleczyłam. Z kaszlem i katarem natomiast sobie nie poradziłam. I dopiero po miesiącu, w obliczu niebezpieczeństwa jakim jest sesja, poczłapałam do lekarza. Moim jedynym życzeniem było szybko postawić na nogi. I nie wiem, czy z większego obowiązku wyleczenia czy niedoprowadzenia do bankructwa koncernów farmaceutycznych przepisał mi antybiotyk. Lekko się kolana przede mną ugięły. Nie, nie dlatego, że lekarz był niczego sobie (co też było prawdą :))))) ), ale gdy zobaczyłam cenę 3 tabletek. 'No trudno, trzeba szybko wrócić do gry'- pomyślałam i zapłaciłam z ciężkim sercem kartą za lekarstwo.
      Nie, nie będę Wam opowiadać o sesji, ani egzaminach, które są już w pełni. Jestem zbyt załamana, by się na ten temat rozwodzić. Jednego jestem jednak pewna: Mogę nie zdać w tym roku i to jest całkiem prawdopodobne.
Już wszyscy moi przyjaciele mają mnie dosyć. Wszyscy myślą, że przesadzam i odczuwam Weltschemerz i ból dupy. I wprawdzie każdy z nich chce dla mnie dobrze. Pociesza mnie. Współczuje. Wysłuchuje. Poświęcają mi chwilę czasu, a ja znów zamieniam się w  wspomnianego kundelka. Oni rzucają mi patyk, a ja jestem przeszczęsliwa, że mogę im go przynieść i będą mnie głaskać po główce i drapać za uchem.
Wiecie co mi się ostatnio marzy?
Pojechałabym nad morze. Pochodziła po piasku, podziwiając zachód Słońca jakiegoś ciepłego wieczoru.Poczuła pod stopami tenże piasek. Przespała noc na plaży w śpiworze. Pod gwiazdami. Albo jakieś domki letniskowe na Mazurach. Zapach mułu rzecznego. Komary, świerszcze. Chcę zapachu, a raczej dymu ognisk, pieczonych kiełbasek. Picia piwa i śpiewania przy ognisku. Dźwięku gitary. Ostatnimi czasy uaktywniła mi się jakaś pamięć sensoryczna i zaczynam odczuwać wszystkimi zmysłami. I zaczyna się to od zapachu skoszonej trawy, a oczyma wyobraźni jestem poza miastem, w ogródku. Biegam po trawie, w wodę ze zraszacza. W powietrzy zapach prania. Dobra, niemiecka chemia.  Na tyle zdążyłam wrosnąć w tą wielkomiejską dżunglę, że zaczął mnie cieszyć widok mleczy i pokrzyw, czaicie? I aby upewnić się, że to na pewno pokrzywa musiałam się aż nią poparzyć :P Urwałam źdźbło trawy i wdychałam łapczywie jej zapach.
Właściwie ciężko pisze się o pamięci sensorycznej. Głównie dlatego, że jest krótkotrwała i najlepiej mówić o rzeczach w trybie now. Tu i teraz. W przeciwnym razie takie opisywanie dawnych doznań będzie bliższe odgrzewaniu kotleta niż wprowadzeniu w świat smaków i zapachów i pobudzeniu zmysłów. 
"A może tak przed tym Twoim wymarzonym spokojnym, ustabilizowanym, wygodnym i ciepłym życiem daj sobie szansę na przygodę? Na chwilę zwątpienia. Na spontaniczność. Na wolność. Na odwagę. Na lenistwo. Na namiętność. Na miłość. Na satysfakcję. Na zdarte kolana. Na rozbijanie namiotu. Na lepkie od miodu całusy. Na piękno ciszy. Na silne ramiona. Na karuzelę w głowie. Na działanie. Na wzruszenie. Na prawdę. Uważaj tylko, bo może się okazać, że właśnie na to czekałaś." — N. Belcik
"Doszedłem do wniosku, że w życiu nie ma żadnych ustalonych zasad. Robisz to, co musisz, żeby przetrwać. Jeśli to oznacza ucieczkę od miłości twojego życia, żeby zachować zdrowie psychiczne, to tak robisz. Jeśli to oznacza złamanie czyjegoś serca, żeby nie złamało się twoje, robisz to. Życie jest skomplikowane - zbyt bardzo, żeby były rzeczy pewne. Wszyscy jesteśmy rozbici. Podnieś osobę, potrząśnij nią i usłyszysz grzechot ich rozbitych kawałków. Kawałków, które rozbili nasi ojcowie, nasze matki, nasi przyjaciele, znajomi albo ukochani." - Tarryn Fisher "Thief"

Tak po prostu jest mi z tym wszystkim ciężko. I nikt mi nie powie, że samemu jest łatwiej, bo nie jest. I mam tych przyjaciół i każdy robi co może, poświęcając mi chwilę ze swojego życia. Ale to jest tylko chwila. Ostatecznie jednak pozostaję sama. A każdy inaczej znosi swoje problemy. Gdzie jedni łapią byka za rogi, tam inni popełniają samobójstwa z rozpaczy.                                                                                                                                                                   I patrząc na tych ludzi, aż zadaję sobie pytanie: Co jest nie tak ze mną? To przez te cycki? :P Juuuuuust kidding :D Czy w tym wszystkim o coś ważniejszego  chodzi? Tak, nie mam prawa nikogo oceniać. Mamy na wydziale taką dziewczynę. Z. Z mieszka w naszym akademiku. Z  jest niewidoma. Z mieszka na parterze sama i często przyprowadza ją ktoś z jej grupy ze studiów. Przypadkowo natknęłam się na jej profil na fb. Pierwsza myśl: ale jak to ona ma fb? Ona jest w stanie go obsługiwać? Przeglądam profil Z: engaged to (tu nazwisko chłopaka) ale momento? Ona ma narzeczonego? ale jak? Tu potrzeba prawdziwej i głębokiej miłości.. zresztą, co ja się tu będę wypowiadać.. le ja expert :D  I to przeraża.. ona nie jest w stanie zobaczyć, jak on wygląda.. jak się uśmiecha albo płacze. Przeglądam galerię zdjęć. Jakieś zagraniczne wyjazdy. Z siedzi w łódce. Łódka się chybocze i Z musi sobie wyobrazić, że jakaś woda tam istnieje. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nagle niczego nie widzieć. Jakby w jednym momencie cały świat zgasł, jak się gasi światło.                                                                                                                                                 


I jeszcze jedno. Istnieją odwyki dla osób uzależnionych od najróżniejszych używek. A ja tak chętnie zrobiłabym sobie odwyk od tego, co jest tutaj. Spędziłabym rok w ośrodku dla  osób z różnymi psychicznymi problemami. Z dala od miasta, blisko przyrody. A jedynym zmęczeniem było by to fizyczne, po całym dniu pracy w ogrodzie. Kiedy myślę o takim miejscu, od razy przypomina mi się coś w rodzaju sanatorium,w którym przebywa bohaterka "Norwegian Wood" Harukiego Marukami (ego) [swoją drogą te japońskie nazwiska są szatańskie :P i język też dziwny jakiś; To ja już kocham ten niemiecki :P ], która cierpiała na depresję. W tym przypadku odkryłam słuszność powiedzenia, że nie można oceniać książki po okładce. Okładka piękna, wow wow kraj Kwitnącej Wiśni wow wow. Jednak to, co znalazłam w środku sprawiało, że miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno. Jedyne, co mnie przed tym broniło, to fakt, iż nie należała do mnie. Autor podobno znany, książka, że niby bestseller. No chyba za te erotyczne sceny UndecidedUndecided i głównie dlatego jej lektura była wyczerpująca. Pamiętam, byłam tak zniesmaczona, jak tylko klasycznagorzka potrafi. Od tamtej chwili minął jednak rok i trauma przeszła :P  Fabuła jest osadzona w latach sześćdzesiatych dwudziestego wieku. Miejsce: yy Tokio? W większości.  Przez całą książkę śledzimy jak to w książkach bywa, dojrzewanie bohatera o imieniu eee Watanabe (lol) Mamy miłość do dwóch kobiet i wątek samobójstw w tle. Pojawia się też strata, smutek i rozpacz. Dużo tam z psychologii, o radzeniu sobie z otaczającą rzeczywistością. No powiem: specyficzna proza. Może przy większej dojrzałości bym kiedyś do niej wróciła.


 


  • "Czasami czuję się strasznie samotny, ale zasadniczo mam się dobrze. Tak jak Ty każdego ranka zajmujesz się ptakami i pracujesz w polu, ja też po swojemu nakręcam swoją własną sprężynę. Wstaję z łóżka, myję zęby, golę się, jem śniadanie, ubieram się, wychodzę z akademika i zazwyczaj w drodze na uniwersytet przekręcam sprężynę mniej więcej trzydzieści sześć razy. No, dziś też muszę przeżyć tak jak trzeba, myślę sobie. Podobno ostatnio często sam do siebie mówię, choć tego nie zauważyłem. Pewnie mamroczę coś przy nakręcaniu sprężyny. Ciężko mi, bo nie mogę się z Tobą zobaczyć, ale sądzę, że gdyby nie Ty, moje życie w Tokio byłoby jeszcze gorsze. Kiedy rano w łóżku o Tobie pomyślę, mogę sobie powiedzieć: no, trzeba nakręcić sprężynę i żyć jak należy. Ty się tam starasz, a się muszę starać tutaj"       


                                                               d

 



  Garść refleksji z ostatniej chwili:
a) Nie można się w życiu do niczego zmuszać. I jeżeli sądzisz, że pokochasz kogoś z litości, to uderz się patelnią w głowę.
Twoja rozpacz i chęć pocieszenia się niewiele tutaj daje. Jakkolwiek Cię nie bolałaby dusza. Jakikolwiek ból by nie rozrywał Twojego serca.
Tak po prostu nie wolno.To jest nieuczciwe.  I mi się coś przez małą chwilę coś wydawało.
Miałam dosyć. Bo i po czterech latach nie jest mi łatwo trwać w tej sytuacji.Wszakże do zakonu nie wstąpiłam i raczej nie zamierzam :P
To wszystko z tej rozpaczy.  Dlatego już nigdy się nie odezwę do jednej osoby. Pozwolę jej żyć swoim życiem.
Klasycznagorzka, do cholery jasnej!!!!!!!!!! Jesteś pierdolonym psem ogrodnika. Sama nie weźmiesz, ale innemu nie dasz..tak bardzo boli mnie serce..
Nie z powodu kawy. To nawet nie jest taki kilkusekundowy ból, który odczuwam przy wysiłku, stresie czy niedospaniu. Od żalu...

b) Śmiałam się z tego przez dobre dwie minuty.To, czego szukamy jest blisko i znajdujemy kiedy wcale usilnie o tym nie myślimy, tylko robimy swoje.
To przychodzi samo. W swoim miejscu i czasie. I ja zaczekam.. mam dużo czasu.. całe pierdolone sześćdziesiąt lat. Czy los mi zwróci T?
W innej osobie.. a może będzie go przypominał wyglądem, poczuciem humoru? A może będzie mieć takie same, delikatne dłonie?




  Rzeczy, które się zgubiły wracają,a w przyrodzie nic nie ginie, lecz wraca do nas ostatecznie, ale w innym czasie, innej formie.

Otóż zgubiłam jedną rzecz. Szukałam jej przez dwa dni.
Ostatecznie postanowiłam ją kupić, trzeba sobie radzić. Zatem dokonałam zakupu, zapomniałam o zgubie. Patrzę wczoraj obok suszarki leży ta rzecz, potem odruchowo zaglądam do kosmetyczki..
ojej! to nie zginęło.. ale gdzie się podziewało przez 2 dni, kiedy usilnie tego szukałam? Jakby rozpłynęła się w powietrzu, by potem dać znać o swoim istnieniu.
Czy mogłabym to przełożyć na swoje życie?
Czy gdybym przestała się zadręczać, odpowiedź, rozwiązanie przyszłoby samo? Czy czasem należy zdać się na los?
Brak mi sił. Ostatnimi dniami jestem apatyczna.Jako wyznacznik lepszego nastroju biorę pogodę. Choć i to nie zawsze zdaje egzamin. Przestałam się stresować sesją.
Kiedy żyjesz w ciągłym stresie i strachu tak się potem dzieje. Życiowe rozszarpanie. Zmęczony strach. Odbija się to na tym, jak traktuję ludzi.
Wszyscy mnie denerwują. A ja mszczę się na swojej psychice za sukcesy innych ludzi. Mszczę, bo nienawidzę moich znajomych. Ktoś jedzie w ciemno
na Maltę, ktoś inny leci do Stanów. Wszyscy w wakacje będą robić takie ekscytujące rzeczy. Mi nie chce się nawet wysłać CV. Bo wiem, że to będzie
byle jaka praca. Jak zawsze.
Jak to bywa w piątkowy wieczór nikt nie potrzebuje notatek, więc wszyscy mieli mnie w głębokim poważaniu. Nikt nie miał czasu się widzieć.
Zwyczajowo zrobiłam obiad, wypiłam kawę, która miała mnie pobudzić i zasnęłam. Wyciszyłam telefon i udałam się do krainy snów.
Byłoby świętem, gdyby ktoś mnie nie obudził. A miałam całkiem dobry sen. Tylko bardzo podobny prześladuje mnie od dłuższego czasu.
A osoba z niego. To przez te wyrzuty sumienia.

"Nie, nie bój się samotności. Nie przerażaj się cichym telefonem ani brakiem kogoś na wyciągnięcie ręki.Jedyne czego powinieneś się bać to życia bez polotu. Dni bez tęsknoty. Wieczorów bez namiętności. Związku bez kochania."


Natalia Belcik











Z cyklu: klasycznejgorzkiej doświadczyńskiej przypadki. Vol 1. 2016-05-13

Friday, 13th of May, 3:34 am
PYTANIE TECHNICZNE: Czy wstawiane przez Was zdjęcia są widoczne? Moje niestety nie i zastanawiam się, w czym tkwi problem.

Notka miała powstać wcześniej. Miałaby wówczas inny wydźwięk. Zupełnie inny na stan trzydziestego kwietnia, inny po majówce, a jeszcze inny teraz.  Zresztą już dawno odkryłam słabość niepisania na bieżąco. Wspomnienia są płaskie i matowe. Bezpłciowe. Versuchen wir mindenstens.

 


Piątek, 29th of April. Przedsmak majówki.
Wykładowca po którym nie spodziewałam się, że może posiadać poczucie humoru i ogólnie ludzkie uczucia zaskoczył mnie. Szczerze po niej i innych nauczycielach było widać, że bardzo czekają na te upragnione kilka dni wolnego i nie mają siły się denerwować ani ironizować. To jest taki rodzaj zmęczenia, kiedy naprawdę pokazujesz swoją naturę, prawdziwy charakter wraz ze słabościami, bo nie masz siły być maszyną przez 24/7.               Pani Sz była na tyle ludzka, że miałoby się ochotę ją przytulić i pójść na kawę. Myślami większość wykładowców wylegiwała się na leżakach, wsłuchując się w śpiew ptaków, jedząc tłuste kiełbasy mocno polane ketchupem, popijając żubra. Większość moich znajomych miała już jakieś plany na majówkę. Ja żadnych. To bolesne uczucie, kiedy nie jesteś częścią niczyich planów, nie wpisujesz się nawet  w czyjkolwiek rozkład. Nikt nie bierze Ciebie pod uwagę planując cokolwiek. Tym sposobem nawet nie cieszyła mnie radośnie zachęcająca pogoda za oknem ani perspektywa kilku wolnych od IKSI dni. Nie miałam siły ani siąść do lekcji ani sprzątać. Po prostu bolała mnie dusza.
Sobota, 30th of April. Accidents happen.
Rankiem po godzinie dziewiątej na wyświetlaczu telefonu pojawił się komunikat o nowej wiadomości. „Taaa, pewnie sieć komórkowa PLAY mnie kocha”- pomyślałam. Otóż nie. To była Gosia: „ Jak wstaniesz,to możesz wbijać do mnie na śniadanko, bo już się obudziłam” Jakie to cudowne, dostać zaproszenie na śniadanie!! Jakie to miłe. Jeść z kimś posiłki. Odwiedziny, jak to odwiedziny: pojadłyśmy, obejrzałyśmy serial. Beztroski poranek. Such lovely mornings should exist.
Moim kolejnym celem było Jeziorko Czerniakowskie. Godzina 16:00
Słyszałam, że okolica jest piękna, a skoro miałam czas, postanowiłam ją zwiedzić. Szłam przed siebie bezwiednie patrząc gdzieś w nieznanym kierunku. Z daleka widniał PKiN, więc nie mogłam się zgubić. Zeszłam na drugą stronę mostu, szukając inspirujących kadrów do zdjęć. Szczerze powiedziawszy im dłużej tutaj mieszkam, tym bardziej żałuję, że nie mam dobrego aparatu i nie znam się na foto choć odrobinę. Schodzę w dół ścieżki, po prawej stronie mam jeziorko. Dalej dostrzegam nieogrodzoną działkę. Dziewicza natura rządzi się tutaj swoimi prawami. Wiosna w pełni. Ostatecznie i moje serce opanowała wiosna, choć się długo jej opierałam. Potem nie zauważyłam nawet, że odczuwam ją wszystkimi zmysłami.
Gdyby nie kilka pozostawionych kolorowych krzeseł, butelek po piwach i rozkopana ziemia, pomyślałabym, że  działka nie ma właściciela. Skrzętnie więc ją oglądam, robię zdjęcia, napawam się miejscem. Marzy mi się podobna. Zachwycam się zapachem kwiatów wiśni. Nie trwało to jednak długo. Nachodzi jakaś postać, najpewniej właściciel. Panika.  Co robić? Udawać, że nie znam polskiego? Uciekać przed rzekomym gwałcicielem? Czy przywitać się i przeprosić za najście na teren prywatny?
Wybrałam to ostatnie. Niezbyt rozsądne z mojej strony, bo wdałam się w tak długą gadkę z panem na tyle, że skończyliśmy w kinie na słabym filmie.. wariactwo, wiem na co dzień włącza mi się szybko instynkt samozachowawczy, biorę nogi za pas i uciekam. Z resztą jak ciągle.
Dostałam pozwolenie na przychodzenie na działkę, przyprowadzanie osób i urządzanie tam imprez.. Z natury jestem osobą ostrożną, gotową do skoku, kiedy wyczuwam nadchodzące niebezpieczeństwo. W tym przypadku nie czułam strachu. Dziadek Janek (bo tak się kazał nazywać) wyciągnął od razu piwo i zaczęliśmy rozmawiać. Taaaak, następująca seria zdarzeń tworzy splot sytuacji, w które normalnie się nie wdaje. Tej majówki serio potrzebowałam towarzystwa, a konkretniejsi znajomi rozpierzchli się do domów czy na krótkie wycieczki. Tak wyszło.. trochę z rozpaczy. Dziadek Janek studiował na ASP. Ożenił się dwukrotnie. Powodów nie znam. Nie ma dzieci. A ja jestem jego pierwszą przyszywaną wnuczką. Oceniając jego poglądy jest lewicowcem. Wiele jego argumentów wydało mi się słusznymi, a rozmowa sama w sobie nie była męcząca, mimo iż niewiele miałam do powiedzenia na temat polityki czy sztuk plastycznych. I tak sobie siedzieliśmy gawędząc. Z butelki ubywało, a w moim sercu korzenie zapuszczała dzika przyroda z ogrodu. Padał ciepły majowy deszcz, płatki kwiatów poruszane wiatrem zataczały koła roznosząc słodką woń. Odpływałam.
Dziadek Janek zaprasza mnie do kina. Pierwszy, za to obcy i stary facet zaprasza mnie do kina. Trzeba przyznać, że jest to krępujące. 
Czasu do seansu wiele. Jedziemy zatem na Marienstadt .Nie wiedziałam, że jest takie miejsce blisko Starego Miasta, gdzie możesz pić na legalu. Może nie całkowicie, ponieważ mamy butelki skitrane w gazetach, ale za to miejska omija tą miejscówkę. Przechodnie zaś lustrują nas wzrokiem, jakbyśmy mieli na czołach wypisane ALKOHOLIK. Tam też pijemy. Rozmawiamy o pierwszej miłości. Lekkie niezobowiązujące, choć bolesne tematy. Przed godziną 21.00 meldujemy się pod kinem 'Rejs' Podczas seansu jemy paprykę.. w jego połowie dziadek zasypia. Miał słuszność: film był słaby, a ja nie zważając na fabułę, na ludzi siedzących za mną, czy obok mnie ryczę.. ryczę, bo siedzę tu z przyszywanym dziadkiem (logicznie biorąc starszym, obcym facetem), a nie swoim, ani z T, ani żadnym innym. Przed kinem ustalamy drogę powrotną. Do rozmowy wtrąca nam się dwóch przechodzących chłopaków, myślących, że potrzebujemy pomocy. Odesłałam ich mówiąc, że wszystko w porządku i damy sobie radę. Rozchodzimy się, a ja wkrótce doganiam tych dwojga. To był błąd, nie powinnam była wchodzić z nimi w dyskusję. Teraz to wiem. Zapytali mnie, czy wolę starszych facetów, o pieniądze, o seks. Po raz pierwszy tak bardzo wstydziłam się za swoje pokolenie. Drugi raz też był niewiele później, kiedy jeden kolega przesłał niemiecką reklamę wibratorów. Chciał pośmieszkować, a naraził się na pogardę w moich oczach.
Czułam się poniżona, choć nie z moich ust wyszły te pytania. I wiecie? Nawet ten siedemdziesięcioletni dziadek w ciągu kilku godzin nie powiedział ani słowa na ten temat. Co miał przeżyć, to przeżył. Tamci w międzyczasie zdążyli zaprosić mnie na zioło. Jasne, jeszcze takich atrakcji mi w życiu potrzeba! Metro, nareszcie! Kochany Służew. Wracam. Chyba tamtego dnia najzwyczajniej szukałam wrażeń.

Sunday, the 1st May, miasto P


Chrzciny. Nie lubię takich spędów. Pojawiłam się jednak z grzeczności, w końcu to było u brata. Szczerze miałam ochotę zostać w łóżku. Wystrojona jak stróż w Boże Ciało wsiadłam do busa i pojechałam zostawiając stolicę na jeden dzień. Nastawiłam się na przetrwanie. Pokażę się, porozmawiam, pożegnam, pojadę do siebie. 4xP. Gdy przekroczyłam próg mieszkania brata, usłyszałam, że jest tam już sporo ludzi. Cała uwaga skupiona na dziecku, co było normalne. Unikałam spojrzeń innych ludzi. Nie miałam im niczego do powiedzenia. Nie będziemy przecież rozmawiać o sesji. Drugi brat prosi mnie na słówko. Już czuję co to będzie:




  • Namyśliłaś się?- pyta




  • Nie bardzo- odpowiadam




Patrzy na mnie milcząco. Zawiedzenie. Miałam ochotę powiedzieć 'przepraszam', ale gula w gardle nie pozwalała mi mówić. Byłam pomiędzy tym, czego chcę, a tego, czego się ode mnie oczekuje.


Nie chciałam zostać chrzestną. Choć mówili, że to nie kwestia prezentów bardzo dobrze wiem, że chrzestna to taka ciocia niedzielna od dawania prezentów na komunię, bierzmowanie i wesele. A może byłabym taką samą jak ta moja? Mieszka bardzo daleko, bo 20kilka kilometrów ode mnie i od kilku lat nie może do nas trafić.. Ponadto jest to dla mnie obciążenie psychiczne. Zobowiązanie. Oczywiście nie takie jak już jakieś zaręczyny, ale nie czuję potrzeby przywiązania. Nawet w ten sposób. Nie lubię dzieci i doprowadzają mnie do szału. Dodatkowo przy swoim temperamencie nie wiem, czy nie zrobiłabym krzywdy wrzeszczącemu od kilku godzin dziecku. Jestem w stanie nawet sobie wyobrazić, że rzucałabym o ścianę dzieciakiem.. tak, to jest przerażające. Dlatego właśnie nie chcę mieć z nimi do czynienia.  Nie jestem osobą praktykującą, nie wiem czy w ogóle wierzącą. Tutaj miałabym podobno pomagać przy wychowywaniu i wzrastaniu dziecka w wierze. Serio? To właśnie takie gadanie. A i sama bratowa swój wybór argumentuje "Bo kogo ja wezmę, jak wszyscy zajęci?" Także jak widzicie rozkmina nad sensem ceremonii bardzo tęga.  Nikt nie zastanawia się, czy tego chcę czy nie, tylko mi z góry coś narzuca i sprawia problem. Nie powiedziałam jej od razu, tj w październiku, kiedy zaczęła snuć te swoje plany, odsunęłam od siebie tę konfrontację na jak najpóźniejszy termin, jak się da.Odsunęłam w czasie awanturę i ostracyzm.  Myślę, że postąpiłam rozsądnie. Przeprosiłam bratową później wychyliwszy dwa piwa (wszyscy pili). Powiedziałam, że to nie ich wina, nie chodzi o nich, ale ja zwyczajnie nie chcę się zobowiązywać. Też była zawiedziona, lekko podeśmiała się, że co to za zobowiązanie i czemu je porównuję do zaręczyn. W końcu stwierdziła, że sama będę potrzebować kogoś na chrzestnego, co wzięłam za szantaż. Ostatecznie powiedziała, że porozmawia z koleżanką z liceum. Myślałam, że mam wolną wolę.. chyba jednak nie mam.


Cała ta sytuacja popsuła mi nastrój na cały dzień, a musiałam to znosić z pokerową twarzą. W środku wyłam. Nikt nie pytał jak się tam trzymam, czy jestem zdrowa, najedzona, czy ktoś mnie tam wspiera. Padło pytanie :" A jak Ci w tej Warszawie?", ktoś inny stwierdził, że mój boy z DE (buhahahahaha, element komiczny w tragedii), to już mi pracę załatwi na bank. Jak głupia szukałam uwagi i się nie doczekałam. Znowu byłam tym pierdolonym, merdającym radośnie ogonem kundelkiem w schronisku, który zobaczył przyszłych właścicieli.
Nie pamiętam mszy. Myślami byłam gdzieś.. na pewno blisko przyrody. Obudziłam się na
'Ojcze Nasz..” , które tłumaczyłam w myślach na angielski. Szybko poszło. Wysłuchane, zapomniane.
Teraz nasza kolej. Chrzcimy. Sesja fotograficzna na dwa aparaty. W parach. W grupie.
Idziemy na obiad.

Zdjęcia przy stole. Wjeżdżają potrawy. Atmosfera dzięki (sic!) alkoholowi się rozkręca, psuję ją potem ja. Podają mi Marka. Wymawiam się czym mogę. Jak to trzymać? Co to jest? Co się z tym robi? Przez minutę wszyscy przekrzykują się, lamentując czemu go nie chcę, jaka jestem głupia. Bratowa widząc, że nie zmienię zdania stopuje wszystkich. Pogardliwe lub pełne niezrozumienia spojrzenia.


Koło 18.00 większość objedzona i opita z resztkami jedzenia pod pachą jest gotowa do wyjścia. Pomagamy jeszcze bratu w sprzątaniu i zmierzamy na pieszo w kierunku jego mieszkania. Zostaję z nimi. Ciężka atmosfera. Chyba z mojego powodu rozpoczyna się gadka, że trzeba było tego nie wyprawiać. Mówię bratu, że przecież nikt go nie zmuszał do tego. Na co on, że nic nie rozumiem i jestem za młoda. Yes...


Pt: Co powie teściowa, jak nie wyprawię obiadu..” Dobrze, jeżeli kogoś stać na tego typu imprezy, proszę bardzo. Ale jeżeli ktoś byłby biedny, nikt nie powinien nawet mieć mu za złe, że nie urządził kwesty. Różnie bywa. Jemu chyba chodziło o umacnianie kontaktów między szwagrami, teściami. Należy to szanować. Swoją drogą, nie wiem na ile to jest "poprawne" spożywać alkohol na chrzcinach czy komuniach , ale ja się tam nie wtrącam do sumień moich kochanych katolików.


Powoli czas zbierać się na busa i wracać „do siebie”. 20:55. Dwadzieścia minut zajmuje mi dotarcie na wyższych butach, po to by się niemile rozczarować. Podjeżdża „mój” bus. Uff, siedem minut przed czasem. Jupi!! Wsiadam:




  • Pani to dokąd?




  • Do Warszawy?




  • Proszę Pani, ten bus już stąd odjechał. 20:55 rusza z Dworca Autobusowo-kolejowego.




Ogarnia mnie panika. Co robić?




  • Pani wsiada, podwiozę Panią. Może jeszcze zdążymy.




Jedziemy. Tracimy na światłach do pięciu minut. Ja szybko układam w głowie plan na wypadek, gdyby nam się nie udało. Śpię na dworcu czy po tym „cudownym „ wieczorze  idę do brata?


Nie zdążyliśmy dotrzeć na dworzec, jak w oddali umknął nam bus.




  • No niestety. Starałem się Pani pomóc. To przez te cholerne światła




  • Dziękuję Panu, tak czy inaczej za pomoc.




Zrezygnowana. Zdenerwowana. Zmęczona chodzeniem w tych piekielnie pięknych, jak zabójczych butach zmierzam w kierunku pewnej Galerii. Przeklinam wszystko, łzy napływają mi do oczu, patrzę na to znajome i kochane miasto. Dziś wyludnione. Jak pech, to po całości. Zbliżam się do jakiś ludzi. W ciemności dopatruje mnie ktoś i przygląda się przez parę sekund. Przyglądam się jej i słyszę, jak wykrzykuje moje imię. W najbardziej chujowym momencie dnia spotkałam koleżankę z klasy. Szła ze swoim chłopakiem, który od razu zaoferował pomoc. My mogłyśmy porozmawiać. Nie ma kontaktu z ludźmi, za to bardzo dobre oceny (w co powątpiewam znając status jej uczelni), wyjeżdża na Erasmusa do Francji. Podobno się nie zmieniłam. Z Wyglądu drastycznie nie, jednak ogromne zmiany zaszły tam. W psychice. Rozmowa była miła, zakończyliśmy ją pod blokiem.


Weszłam niepewnie do mieszkania. Bratowa nie była zadowolona, ale też nie zła. Mówiła, że mogłam sprawdzić uważniej godziny odjazdów, co też potem zrobiłam skrupulatnie. Brat wyszedł z pokoju, popatrzył na mnie, pokręcił głową i poszedł spać.


Czułam się z tym kurewsko, ale pozwolili mi spać w swojej sypialni, podczas gdy sami spali w salonie. Zrozpaczona zdałam relację na żywo na fb T i Moni.       


Dnia następnego zjadłam śniadanie z bratową, zabrałam swoje manatki i popędziłam na dworzec. A więc wracałam, jak to się wraca do swojego miejsca przeznaczenia. Choć też w sumie nie wiadomo do kogo i czego.' Wczorajsza' , w pozycji embrionalnej, w jedynych ubraniach spałam wciśnięta między miniaturowe siedzenia. W nerwach. Z rozwolnieniem i rozgoryczeniem. Ostatnio w różnych miejscach spotykam ludzi, którzy mi wyglądem przypominają kogoś, kogo już w swoim życiu spotkałam. Tym razem też tak było. Kogoś, kto w notkach już wystąpił, o dziesięć- piętnaście lat starszego. Byłam zdumiona podobieństwem i starałam się jak najmniej spoglądać w kierunku siedzenia przede mną, po przeciwnej stronie.                       Przynajmniej pół drogi umilał nam śpiew kurczaczków w pudełku.Tak.. dobrze słyszycie.. małe, puszyste, żółte i śpiewa.. a raczej świergoli. :)))) Rozkoszowałam się snem. Spanie na dwóch małych siedzeniach z podkurczonymi nogami nie należy do najwygodniejszych,jednak dla mnie było to w tamtym momencie spełnieniem marzeń. Bardziej problematyczne było ułożenie się w wysokich butach i sukience, by pozakrywać tyle, ile powinno być zakryte. Minęło półtora godziny i znaleźliśmy się na miejscu. Telefon z domu. Najpierw był prośby, czy aby nie zmienię zdania co do decyzji, potem groźby, że dziecku się coś stanie. Paranoja. Od tamtej pory mija drugi tydzień. Poczekamy na rozwój zdarzeń.


     Postanowiłam potem pojechać na działkę. Patrząc z perspektywy czasu nie wiem, czy był to dobry, czy zły wybór.
Zastałam dziadka kopiącego na środku działki, jako sąsiedzi zgłosili go, że ten teren to nieużytek i coś należy z tym zrobić. Gdy mnie zobaczył, rzucił na bok łopatę, wskazał zapraszającym ruchem na krzesło i podał mi piwo. Oczywiście nie zmuszał mnie do tego, najpierw zapytał. A ja, jako, że mam duży potencjał uzależnieniowy nie odmówiłam. Przecież to tylko jedno... i w większości przypadków tak się właśnie zaczyna i nie wiadomo kiedy łapię się na przechadzce i szukaniu monopolowego w poszukiwaniu drugiego. Stan po pierwszym jest specyficzny. Nie jestem ani do końca trzeźwa, jednak zbyt dobra percepcja nadal nie pozwala zapomnieć o bezsensie tego wszystkiego i rozpaczy, która mną targa w tym smutnym jak pizda mieście. Drugie piwo sprawia, że jestem nader towarzyska, skłonna do opowiadania, miła i serdeczna dla wszystkich. Na 20 minut nabieram chęci do życia, chcę tańczyć i pochłaniać całą sobą muzykę. Jako minus, skutek uboczny, nie polecałabym zbliżać do mnie przedstawicielom płci brzydszej.
Oby mnie mój przyszły bronił przed takimi rzeczami i nie pozwolił się stoczyć. Na działce wypiliśmy dwa. Lekki, ciepły majowy deszcz głaskał nas po twarzach i plecach. A we mnie z każdym łykiem narastała myśl, dlaczego ja nie tańczę właśnie walca na Starówce.. jedziemy na Stegny, pada pomysł. Dziadek Janek idzie  na imprezę, a ja stamtąd wrócę szybko do siebie. Zatem udajemy się na Św. Bonifacego. Janek znajduje przydrożny alkoholowy. Wchodzimy. Bierze 3 piwa i czekoladę. Ekspedientka patrzy na mnie współczującym wzrokiem. Najpewniej doszukała się we mnie wnuczki alkoholika, czego ja w pierwszych momentach nie mogłam pojąć. Wychodzimy między bloki, znajdujemy ławeczkę. Mamy wciąż wiele czasu i tematów. Trzecie piwo uderza mi do głowy, czego już potem nie jestem w stanie kontrolować, ale wiem, że jestem tu z dziadkiem, który odprowadza mnie na autobus. Wiem, gdzie mam wysiąść. Nie pamiętam samego przejazdu. Wysiadłszy, odczuwam jakiś nieznany, ogromny przypływ uczuć. Rozglądam się, albo tylko mi się wydaje, że się wtedy rozejrzałam. Szukam schronienia. Toy toy na rogu! Bingo! Zamknęłam się w nim, by nikt z zewnątrz nie zrobił mi krzywdy. I się zaczęło.. nie wiem, ile tam przesiedziałam.. czy to było pół godziny, czy godzina. Wyłam przeraźliwie jak dziecko, nie mogłam złapać oddechu. Krzyczałam i dławiłam się własnymi łzami na przemian. Kaszlałam nie mogąc złapać oddechu, a na policzkach czułam gorące strużki łez. Pomieszczenie było małe i śmierdzące, jak to w toytoyach bywa. Kręciło mi się w głowie i nie byłam w stanie wyjść na zewnątrz, toteż trzymałam się obiema rękoma siedzenia. Musiało być to do tego stopnia przerażające, że ludzie dobijali się do mnie. Nie otwierałam im, myśląc, że chcą mnie skrzywdzić. Mogli oni najzwyczajniej nie wiedzieć, co się tu, w środku dzieje i chcieć mi pomóc. Ja jednak w takim stanie nie brałam tego pod uwagę. Dawno nie widziałam siebie tak roztrzęsionej. Myślałam wtedy o wszystkim: najwięcej o T, o tych chrzcinach, studiach, przyszłości o tym, że to wszystko jest tak ciężkie do uniesienia samemu. Niemalże zostawiłam tam komórkę. Podświadomie wróciłam  od razu, ponownie wyłam i wielce zdziwiona znalazłam telefon pod ręką.. nadal jestem przerażona, kiedy myślę o tym, w momencie pisania. Zazwyczaj, kiedy upiłam się w trzy dupy, był ktoś przy mnie znajomy, tutaj włos jeży się na głowie, bo byłam całkowicie sama, zdana na farta.
Drogi stamtąd do akademika nie pamiętam. Nie wiem, czy przechodziłam na zielonych czy czerwonych światłach..i nie wiem, jak przeszłam przez pasaż, który o późnych porach nie wydaje się być najbezpieczniejszy, zwłaszcza, że właśnie tam jest całodobowy alkoholowy. Pamiętam uśmiechniętego portiera, który podawał mi klucze. Jak dobrze, że nie był to Leszek. Byłby kolejną zawiedzioną mną osobą. Obudziłam się w łóżku współlokatorki. W ubraniach. Musiało być tak najbliżej.
Mogło mi się stać po drodze wszystko. Mogłam zasnąć na pasach przed aka. Mógł mnie zaatakować ktoś pod samym budynkiem, jak już kogoś zimą. Tak się nie stało. Więc jednak opatrzność istnieje..
"Prawdopodobnie będę wariatką do końca życia. Pewnie będę podejmować pojebane decyzje i robić nienormalne rzeczy, nie zdając sobie nawet sprawy, że są nienormalne. Ludzie będą się nade mną litować, a ja sobie nigdy nikogo normalnego nie znajdę. I tak będzie zawsze, (...). Zostałam uszkodzona. Tych zniszczeń nie da się naprawić."

- Rainbow Rowell "Fangirl"


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]