klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
Whirlwind needed. Lust for changes. Here and now. 2016-04-16

Z cyklu: Jestem niewolnicą własnego rozgoryczenia i rozczarowania. Piszę o tym zamiast cokolwiek zmienić. Czyli rozbiegnij się, uderz w głową w ścianę i sprawdź czy żyjesz.                                                                                                                                                           Wednesday, 13th April. 4:24 am


Ocknij się! Zacznij żyć dławiąc się szczęściem. Bądź niepokorny, przemądrzały, uparty czy niekonsekwentny ale zawsze autentyczny. Naucz się krzyczeć, walczyć i być na przekór wszystkiemu. Nie licz na przypadkowe szczęście, nie odkładaj uśmiechu na później. Wstawaj po każdej porażce i zaczynaj na nowo. Nie odpuszczaj, bądź asertywny. Idź własną ścieżką, kolekcjonuj osobiste marzenia. Ryzykuj. Napisz bestseller, puszczaj papierkowe łódki albo zdobądź Mont Everest pod warunkiem, że zrobisz to z miłości. Nie powstrzymuj emocji, tylko się nimi delektuj. Tocz boje i nie daj mu odejść. To najlepszy czas, bo skąd pewność, że jutro nadejdzie? — N. Belcik


No właśnie.. tak byłoby najlepiej. Bardzo łatwo to powiedzieć, jeszcze łatwiej napisać. Ale jak wcielić w życie ? I o tym zaraz napiszę posiłkując się artykułem z magazynu Coaching pt: „Odpuść!”


Pod wpływem trzech kaw. Bardzo specyficzne uczucie. Przedmioty, które nie mają prawa się poruszać, nagle wykonują prawie niewidoczne ruchy, a mi samej podnosi się lekko ciśnienie widząc postać w szybie. 'Kim u ciorta jesteś i czemu się na mnie patrzysz?'- pytam ją w myślach Cóż za ulga. To tylko moja niemrawa, rozmazana podobizna w brudnej szybie. Lekko kręci mi się w głowie i wiruje, jak w dyskotece. Jeszcze brakuje dymu i kolorowych świateł. „Dookoła roztańczony tłum, wirują pary jak szaloneeeee, migają suknie koloroweeee” disco polo, serio? o.O


Romantyczny nastrój dopełnia światło lampki w kolorze, której jedna koleżanka uznała kiedyś za dziwkarski. Cóż, dla mnie to tylko malinowy. Bądź co  bądź , nie świecę po oczach współlokatorkom, które od kilku godzin próbują spać. Jest dobrze.


Spójrz na to inaczej


Z kulą u nogi. Z cieniem przesłaniającym przyszłość. Cieniem, na który składają się wszelkie krzywdy, porażki i cierpienie. A wizja przyszłości jest mglista i paraliżująca. Ins Blaue.


Pierwszy krok na przód jest zawsze najtrudniejszy, ale też przełomowy. Wszkaże trzeba ruszyć, pchnąć samego siebie w jakimkolwiek kierunku.  Ich tapfere in Dunkeln. Ganzes Leben lang.


I próbujesz iść, ale Twoje stopy stoją w miejscu. Doświadczenia z przeszłości są jak przeżuta, gorzka w dodatku guma, która jedynie przykleja się do podeszwy. Jedynie co to ją usunąć. Z doświadczeniami jest gorzej. Możemy być jak Bóg, wielkodusznie wybaczać, ale Alzheimera nie mamy. Nie zapomnimy, choć wizje dawnych krzywd bledną i już nie wywołują tych samych uczuć. Pozostaje nadal strach, nieufność, żal czy pustka. Zeit heilt alle Wunden. Prawdziwość tego powiedzenia jest uderzająca. Yes, klasycznagorzka poleca.


Według pewnego aksjomatu psychologii jesteśmy sumą tego, co przeżyliśmy. To stwierdzenie zmusiło mnie to sprawdzenia, czym taki aksjomat jest. Jest to mianowicie pewne założenie, które jest prawdziwe i nie trzeba go udowadniać. Jesteśmy zatem sumą doświadczeń czy tego chcemy czy nie. Nie usuniemy ich za pomocą 'delete' ani nie amputujemy jak kończyny. Reset jest prawie niemożliwy, no może z wyjątkiem amnezji. :))))


Jedyna słuszna droga to wyciąganie wniosków czy też zmiana perspektywy. Przecież tak czy inaczej nie zmienimy przeszłości. Dlaczego jeszcze niszczyć sobie z tego powodu zdrowie psychiczne? Dlaczego nie znaleźć więc pozytywów? Podobno zawsze jakieś istnieją. Tylko ty pozwoliłeś, by Twój umysł był nieelastyczny. Kierowałeś się stałymi schematami, osądami, szukałeś winnych. Twój wzrok był zawsze skierowany w jednym kierunku. Konfrontując to dodatkowo z przekonaniami innych zaburzasz percepcję, co wywołuje jedynie chaos w głowie. Zamykasz się na zmiany,ludzi, zabijasz ducha, hamujesz możliwości.


Zakotwicz się w przyszłości!!!! Czasem zajmuje to wiele czasu. Godzin rozmyślania. Analizowania. Wiele wypitych kaw. Rozmów. Ale jesteś w stanie się sam uzdrowić. Chciej tego. Z całego serca. Zamknij szczelnie przeszłość w puszce Pandory. Profilaktycznie opatrz etykietką NIE OTWIERAĆ, w razie gdyby jakąś ciekawską duszę świerzbiły palce.


Po prostu odpuść!!


Niechęć do zmian.


Niechęcią do zmian nazwałabym nowy rodzaj wirusa. Budzi on lęk i wielu broni się przed nimi rękoma i nogami. Gdy już dotyka, organizm szybko się uodparnia, a my przywiązujemy się do danego stanu rzeczy. Nawet jeżeli jest to tak trwałe jak domek z kart. W końcu wszyscy potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa.


Jestem może nie pierwszym, nie ostatnim, ale bardzo dobrym przykładem na to, jak można bronić się nawet przed pozytywnymi zmianami. Co więcej, potrzebuję bardzo silnego dyskomfortu, by poczuć, że zmiana jest konieczna i nieodzowna. Potrzebowałam wiele miesięcy nerwów, stresu, rozmów, płaczu by przekonać się, że nauka języków na moim wydziale jest utopijna. Wyjść było/jest kilka: Erasmus, studia magisterskie za granicą, rzucenie studiów i również wyjazd, zmiana kierunku studiów, stypendia zagraniczne. Za każdym razem sytuacja się powtarzała. Obezwładniające macki strachu w postaci logicznych argumentów, które wciąż trzymały i nadal trzymają mnie w miejscu. I sama nie wiem, co jest bardziej przerażające: strach przed nieznanym, brak widocznego celu i motywacji, pomysłu na życie, wypalenie czy brak silnego wsparcia?


Lęk powoduje, że trzymam się kurczowo tego, co znane i oswojone, niezależnie, jak źle się z tym czuję. Nawet jeżeli wypłaczę morze łez, spędzę godziny pisząc czy rozmawiając o tym z przyjaciółmi. Za każdym razem wierzgam się niczym zwierzę w obawie przez zmianą i jednocześnie jej pragnąc. Ostatecznie strach mnie obezwładnia, a ja wracam pokornie do obecnego stanu rzeczy, jeszcze przepraszając, że zachciało mi się podobnego wybryku.W tym momencie rozsądni ludzie rzekliby: Znajdź swoje słabości i walcz z nimi. Zmniejsz je siłą swojej determinacji do rozmiarów ziarnka. Ale wiecie.. to nie jest proste. Nic nie jest proste. Zwłaszcza, jeżeli konfrontujesz się z tym samemu. Walczysz ze swoim demonem. 24/7. Ty nim sam jesteś. Sam tworzysz wszelakie bariery. Sam zasadzasz na siebie sieci. Znasz swoje najsłabsze punkty i specjalnie w nie celujesz. Czyli sam strzelasz do swojej bramki? Więc jesteś swoim wrogiem ? Nienawidzisz do tego stopnia siebie, że jesteś jednocześnie katem i ofiarą? Wyrządzasz sobie krzywdę? Unfassbar.          Wysuń nosa spoza strefy komfortu!!!


Choć z drugiej strony podobno wszystkie silne charaktery tworzą się w samotności.. kto wie?


I w tym miejscu również zachłysnęłam się jedną rzeczą. Myślałam, że ta druga osoba wymyśli mi plan na życie i przeprowadzi mnie przez nie suchą stopą. Po drodze wypełni mi pustkę, pogłaszcze po główce i pocieszy za słabe dzieciństwo i zaniedbywanie. Kogo więc potrzebuję naprawdę? Na pewno kogoś, kto sprawi, że będę dalej chcieć odkrywać samą siebie i otaczający świat. Wsparcie. Nie dam sobie wmówić, że nie czujesz się lżejszy o połowę, prawie niesiony na skrzydłach mając świadomość, że jest ktoś, kto stoi za Tobą murem czegokolwiek byś nie zrobił. Od tego są również przyjaciele. Jednak jak to potem bywa drogi się rozchodzą, a to nie z nimi się wiążesz na całe życie.


Kogoś, kto zna moje możliwości i pchnie mnie do przodu, ilekroć zwątpię w swoje siły. Podrzuci pomysł, inspirację, wyzwanie i poprowadzi mnie w jego realizacji. Przy kim wykształcę zdolność odczuwania szczęścia, a nie powolnego, bezpłciowego wegetowania. Przeżywania swojego, nie cudzego życia. Ale co najważniejsze z kim przeżyję to, co jeszcze nieprzeżyte, wręcz się w tym zatracę. Będę przeżywać całą gamę uczuć, . Stanę się nie tylko lepsza dla samej siebie, ale dla innych. Spoko, choć emocjonalnie wybrakowana jestem w stanie również dawać od siebie. I by nie było to żadne ograniczenie, lecz wolność.


"Zdaje się, że tej dziewczynie potrzeba tysiąca przytuleń, by wymazać cały smutek, który niesie na swoich ramionach." — Jessica Sorensen


Dajcie emocje!!! Dużo emocji!!!


Wyznaczanie nowych celów i ich wizualizacja.


Porzucenie przeszłości i pójście na przód wymaga ustalenia realnych celów. Takich, które jesteśmy w stanie unieść. W moim przypadku jest to planowanie rzeczy na najbliższe tygodnie. Planowanie egzaminów, spotkań ze znajomymi. W dalszej perspektywnie wiem, że chcę znaleźć wakacyjną pracę, napisać pracę licencjacką, zrobić obowiązkowe praktyki i z lekkim sercem, bez wyrzutów pożegnać z bożej łaski Uniwersytet Warszawski. Co się tyczy nowych celów sprawa jest w toku, choćby ze względu na wymienione wcześniej możliwości... Dlatego będę musiała przejrzeć oferty uczelni. Cokolwiek.                                                                                                                                                         I czy rzeczywiście jest tak, że gdy jedne drzwi się zamykają, otwierają się kolejne? Psychicznie powoli się nastawiam. „Denn lebt sich besser, so viel besser mit leichtem Gepaeck. „ Planów na inne, ciekawe wyjazdy nie mam z oczywistych dwóch powodów: odwieczny z pieniędzmi i brak towarzystwa. Choć niespożytkowany głód wrażeń nadal pozostaje .A plany bliższe dotyczą spotkań ze znajomymi, klubu kultury amerykańskiej, wyjść na różne organizowane eventy. Zobaczymy. Ważnym jest mieć zajęcie i nie wpadać w sieci własnych myśli.


"Jeśli próbowałaś się wtłoczyć w jakiś szablon i to się nie udało, masz najprawdopodobniej dużo szczęścia. Może i jesteś wyrzutkiem, ale ocaliłaś duszę. Bez porównania gorzej jest tkwić tam, gdzie nie mamy czego szukać, niż tułać się przez jakiś czas w poszukiwaniu psychicznego kontaktu, jakiego nam trzeba. Szukanie swego miejsca nigdy nie jest pomyłką. Nigdy. Po zimie zawsze przychodzi wiosna. Trwaj i wciąż szukaj. Rób swoje, a w końcu odnajdziesz drogę." — Clarissa Pinkola Estes, "Biegnąca z wilkami"


Sunday, 17th of April


Tym właśnie sposobem upłynął nam kolejny tydzień.


Na poniedziałkowym klubie kultury amerykańskiej pod znakiem piwa. Zwiałyśmy wcześniej z naszego kochanego wydziału, myśląc, że nikt nie przyjdzie. Szczerze powiedziawszy poczułam się wiele lżej opuszczając ten obleśny budynek. Kierunek? Ku przygodzie!! Zaopatrzone w piwo (by Biedra promocja na bananowe) pojechałyśmy do parku Szczęśliwickiego.Wprawdzie już dawno tam jechać chciałam, ale samej jakoś głupio. Była to więc idealna okazja, zwłaszcza, że wiosna w pełni. Spędziłyśmy 6 godzin razem, zdążyłyśmy kryć się przed miejską, wsiąść w zły autobus, szukać schronienia przed zimnem w Rossmannie i przy tym dobrze się bawić. Najpiękniejszy moment to było wtedy, kiedy siedzimy sobie z J i padają słowa: „No widzisz, jaki my mamy ten klub, siedzimy sobie i pijemy piwo” Po każdym takim spotkaniu wracam lżejsza. Napełniona jasnymi, pozytywnymi myślami. Wieczór tego dnia jest taki dobry. Beztrosko. Chwilo trwaj...  Tego dnia, całkowicie oderwana od rzeczywistości przypomniałam sobie raptem o urodzinach brata. Zadzwoniłam z grzeczności bardziej. Nie wiem, czy był entuzjazm czy nie. Jak bynajmniej wyczułam. Trochę wymienionych grzeczności przez zapytanie o dziecko, bratową, jakieś ogólnikowe kwestie. Bardziej obowiązek niż przyjemność. I z czasem będzie gorzej.


Thursday, 13th April. 'Wir sprechen deutsch' Złota 6 street , at 7. pm


Nie trudno się domyślić, co dzieje się na takim wydarzeniu. Namówiłam więc moją współlokatorkę. No dobra, idziemy. Dotarłyśmy pół godziny po czasie, jako, że ona blondynka, ja mentalnie czasem również, toteż miałyśmy obie problemy z orientacją w terenie. Jakie to szczęście  napełniło moje serce, gdy zobaczyłam kilka znajomych twarzy z wydziału. Belissimo!! Uśmiech mimowolnie pojawił się na mojej twarzy. Nikt jednak nie przewidział, że wydarzenie to będzie cieszyć się takim zainteresowaniem, że ludzie będą musieli siedzieć na zewnątrz i rozmawiać. Podobno około 150 osób zadeklarowało się, że przyjdzie.  Klasycznagorzka z jej 45 kg (ważone kilka godzin temu) wagi przepychała się na chama, żeby tylko porozmawiać z ludźmi. Wiadomo, na początku na tego typu eventach jest dosyć sztywno. Dobra, jest. Złapałam kilku, jak to na początku zbyt porywająco nie jest: wymiana podstawowych danych osobowych. Magia pierwszego wrażenia i jedziesz dalej. Tak zwany wóz albo przewóz. Albo Cie ktoś na tyle zaciekawił, że chcesz kontynuować albo niekoniecznie.  Tym sposobem minęły nam właśnie dwie godziny. Podjadłam za darmo. Może niekoniecznie ubawiłam, ale żyłam tym momentem. Tym, co się działo w danej chwili. Wsłuchiwałam się w nie zawsze poprawne konstrukcje gramatyczne, w gwar, śmiech. Czułam zapach jedzenia. Widziałam skupienie i szczery śmiech na ludzkich twarzach.  Jako, że wiecznie szukam wrażeń zaproponowałam szybki wypad nad Wisełkę na piwo. W takich momentach krew nie dopływa mi jak należy do mózgu i nie zważam na głosy rozsądku przypominające o czwartkowych zajęciach o 8.30. Pojechaliśmy. A jakże. Siedzieliśmy na zimnym piasku, piliśmy Warkę, żartowaliśmy o niemieckim i nie tylko. W miarę kolejnych łyków, przy czym każdy był jak fala ciepła rozpływająca się po moim ciele, ściemniało się. Czułam to na plecach i twarzy. Zimny, lecz zarazem rześki wiatr. Nie odstraszało to jednak reszty pijącej na tej plaży młodzieży. W powietrzu unosił się zapach mułu, piasku i alkoholu.   Czymś, co zawsze na mnie działa są oświetlone uliczki czy też obiekty nocą. Dlatego też mogłam wydawać się nieobecna duchem, gdyż obserwowałam oświetlone mosty i cześć miasta po drugiej stronie Wisły. Było bosko. Mogę się zatracać w takim widoku. W takiej chwili.   Po takim wieczorze siedziałam na zajęciach nieumyta, o suchym gardle jak żul. Odgarniajac rękoma lekko przytłuste włosy próbowałam rozeznać się w przedegzaminowym zadaniu. Kurz und bindig: byłam niedojebana a tekst o wiele za trudny, choć do zrobienia. Może i niedojebana ale w szampańskim nastroju. Taaaak!! Wybieram się znów na ten event. Może niekoniecznie z taką końcówką, choć kto wie? ;))))


Friday, 15th of April.


Pani na łacinie zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. „Noooo, pani X to już nie musi przychodzić na egzamin. Możemy tutaj wystawić już ocenę.” Poczułam się, jak w tych śmiesznych kreskówkach, kiedy jakaś postać pocałuje drugą. Ta druga postaje skrzydeł i odlatuje wniebowzięta. No to coś podobnego poczułam po jej słowach. Cholera, ale jestem łasa na takie słowa, co nie? W przypadku tego przedmiotu miałam ułatwione zadanie. Męczyłam się z nim dwa lata w liceum, za co je teraz wielbię. Pamiętałam naprawdę sporo rzeczy, choć jak wiadomo nie wszystko. Zauważyłam jednak, jak łatwo jest zbudować w oczach ludzi bardzo błędne przekonanie. Skoro uczyłam się przez dwa lata i wiem, co się dzieje na zajeciach ( co dla mojej grupy jest niełatwe), to nabrali przekonania, że jestem bogiem. Co więcej, jedna dziewczyna pytała, czy dam jej korki. A tak naprawdę robiłam zadania i wiedziałam, gdzie szukać odpowiedzi, co sprawiło, że robiłam to dużo pewniej niż reszta. W rzeczywistości już dawno nie pamiętam tych wszystkich koncówek trzech deklinacji czy strony biernej we wszystkich czasach. I jak można robić z siebie ofiarę mając do dyspozycji na kolokwium : skrypt, notatki i Internet? Serio, ludzie teraz nie chcą się wysilać, lecz mieć podane wszystko na tacy. To jest zatrważające.                                                                                                                                                                      Natępny był in-class. Changes in retirement age? Seriously? Gorszego chłama w moim życiu nie napisałam. Jeżeli zaliczę^^ , będzie to cudem.  Po tym wszystkim postanowiłam jechać na konferencje na drugi wydział lingwy. Jak tylko zaszłam do tego budynku, zobaczyłam program konferencji i godziny, stwierdziłam, że tak naprawdę ja tam nie chciałam być. Przecież mnie nie interesuje praca naukowa. Szczerze chciałam pojechać gdziekolwiek, do kogokolwiek, z kimkolwiek. Zmarnowałam jedynie czas na dojazd, a chciałam zapełnić pustkę.


„Wiem, kupię sobie sukienkę!!”-pomyślałam. Zakupy to nie jest najlepszy pomysł na zabijanie  czasu, ale naprawdę potrzebowałam kupić dwie. Na dobrą sprawę, gdy gdzieś wychodzę, przydałoby się wyglądać nieco lepiej. Sama dla siebie mogę chodzić w za dużych dresach, koku i popijać dużym haustem piwo. Jednak wychodząc gdziekolwiek chciałabym czuć się lepiej psychicznie majac na sobie lekką, kobiecą sukienkę. Nie mogę się przecież całe życie chłostać. Muszę być dla siebie Świętym Mikołajem. Sprawić sobie coś ładnego. Zrobić Dzień Dziecka. Pocieszyć się, poklepać po ramieniu. Pozwolić płakać. Czuć. Żyć. Najchętniej pełną piersią. Stój!  Żadnych piersi :))))


Saturday, 16th of April.


Cały sobotni dzień wypełniło mi myślenie o wieczornym koncercie. FREE ROCK CONCERT at Rock Hard Cafe.


Udało mi się wyciągnąć moją współlokatorkę i naszego kolegę. Na początku miałam obawy. Wszakże nie chciałam pełnić roli przyzwoitki. Nie stało się tak. Co więcej dziękowałam w duchu, że mógł tam z nami być. Wiadomo, dwie młode dziewczyny same w klubie .. nie zwiastuje to niczego dobrego. Już będąc tam w środku zrozumiałam, że też chciałabym mieć z kim chodzić w takie miejsca. By poszedł po to piwo, ale też przywalił kiedy trzeba napraszającym się typom. I szalał co tchu ze mną w roztańczonym tłumie.


"I potem, dużo później, zostaniesz sam, z dziurą jak po kuli i możesz wlać w tę dziurę bardzo dużo, mnóstwo cudzych ciał, substancji i głosów, ale nie wypełnisz, nie zamkniesz, nie zabetonujesz, nie ma chuja." Jakub Żulczyk, "Ślepnąc od świateł"


Ciężko było się przecisnąć. Koncert zaczynał się o 22.30, ale sala już od półtorej godziny wypełniona była ludźmi najróżniejszych narodowości. W powietrzu unosił się odór alkoholu, potu i potraw. Muzyka wypełniała pomieszczenie. Muzyka była w siedzeniach, na scenie i na ustach wszystkich ludzi. Drgania były odczuwalne na całym ciele. Zwłaszcza jeżeli stało się blisko sceny i wypiło sporo.


Staliśmy więc niedaleko sceny. Udało mi się dojrzeć całkiem sporo bez konieczności stania na palcach. Najlepszym było to, że nie musiałam być zagorzałą fanką rocka, a znałam prawie wszystkie grane piosenki. Ludzie naprawdę znali je wszystkie, tańczyli zapamiętani w muzyce, aplikując sobie kolejne dawki alkoholu. Osobiście bawiłam się bardzo dobrze. Pod koniec nawet na tyle dobrze, że nie zauważyłam, jak tłum przede mną przerzedził się i mieliśmy naprawdę wiele miejsca do tańca. Pozwoliłam nieść się muzyce. Poczułam, że chcę więcej takich wydarzeń. Aż chce się żyć dla takich chwil!!!


 Dwie rzeczy przykuły tam moją uwagę, jako, że staram się być uważnym obserwatorem.




  1. WALKA KOGUTÓW.




Po raz pierwszy w swoim życiu doświadczyłam czegoś takiego. Hue hue, nie nie o mnie tam chodziło. Choć przyznaję się bez bicia, że szczerze się z tej sytuacji uśmiałam.


Jak wspomniałam, była tam moja współlokatorka i nasz kolega. Kolega ten zabiega o jej względy. Początkowo sądziłam, że są to takie dzikie podchody typu: chcę Cię na tu i teraz, i albo tak, albo nie ma mowy o żadnej przyjaźni i figa z makiem. Z resztą długo miałam do niego bardzo wrogie podejście. Potrzebuję wiele czasu, by przekonać się o czyiś zamiarach. Jednak jak mijały miesiące ,kolega stał się stałym bywalcem naszego pokoju, co działało mi i drugiej współlokatorce na nerwy. Jednak potem przyzwyczaiłam się do tego. A to komputery naprawił, czajnik, coś w lodówce. Spędza z nią dużo czasu, robią razem zakupy, gotują, wychodzą. Mimo iż, zostało zapowiedziane, że ona chce się tylko przyjaźnić, nie poddał się, tylko nadal wiernie przy niej trwa. Lubię słuchać ich sprzeczek językowych oraz patrzeć na drobne oznaki czułości. Jakoś nie czuję odrazy, jak w przypadku par obnoszących się sobą w miejscach publicznych. Widzę, jak na nią patrzy. I szczerze kibicuję.


Na tym evencie pojawił się również jej kolega z wydziału. Totalne przeciwieństwo pierwszego kolegi z akademika. Ten idzie pewnym siebie krokiem („Ja jestem macho, niech kobiety mi wybaczą, niech płaczą”) Z mentalnością: wyżej sram niż dupę mam. Czyli zgadzało by się, bo Warszawiak. Warszawiak Wojtek. Ta zbieżność nie jest przypadkowa. Metal odziany w ramoneskę, którą koniecznie musi się pochwalić, jak stereotypowy student prawa, że studiuje prawo. Zna wszystkie miejsca w Warszawie. Gra w dwóch czy trzech zespołach rockowych. Zapytany o buty czuje nieodpartą potrzebę opowiedzenia, że nosi kowbojki i pokazuje z dumą dziwną klamrę. Uważa się za znawcę wszystkiego, co z rockiem związane. Pierwsze, co mnie w nim odrzuciło, to zbytnia pewność siebie. Co więcej, w momencie, w którym zdążyliśmy się przywitać, zlustrował moją współlokatorkę (K.) od góry do dołu. Patrzył na nią, jak na zabawkę, trofeum, które chce dostać tu i teraz, bo mu się ono należy. Cicha i bezsłowna walka kogutów rozpoczęła się, gdy ustaliśmy w tłumie obok siebie. Kolega z akademika ( P.) chciał stać obok niej, Wojtek niby to przypadkiem również był coraz bliżej . Innym zaś razem Wojtek łamał wszelkie sfery prywatności pozwalając sobie stać na dworze za blisko jej twarzy. P rozmawiając z nią próbował ją rozgrzać przytulając, kiedy indziej dotknął lekko jej nosa. Walka na gesty. Widziałam spojrzenie jednego, gdy drugi wykonywał jakikolwiek ruch wobec K. Można było to dostrzec również w tańcu, kiedy tańczyliśmy w rozsypce, a Wojtek bez słowa brał za ręce K i zaczął tańczyć, po czym K wyrywała się wymawiając się natychmiastowo. Widziałam jak P na to patrzył. Znam to uczucie.


I dziękowałam okolicznościom, że P mógł tam z nami być, bo nie wiem, jak byłby scenariusz tego wieczoru.


2) NAZIZM JĘZYKOWY/GRAMATYCZNY
Druga rzecz dotyczy właśnie Wojtka. Bardzo głupio jest dokonywać generalizacji oceniając maleńką grupę osób, ale nie daje mi to spokoju. Mamy więc dwa wydziały lingwistyki stosowanej. Piękny, kolorowy, ogromny 'szklany dom': ILS.   Jest też mój  brudny, zaniedbany i stary azbest IKSI.
Cele i założenia mają takie same, ale programy studiów różne. Pierwszy kładzie nacisk na kucie jak dzikie świnie teorii, których sadly nie używa się. Drugi przykłada wagę nieco bardziej, choć też niewiele do praktyki.
Na trzy poznane osoby z ILS, dwie wykazują wyraźny nazizm gramatyczny. Wdałam się w rozmowę z Wojtkiem na temat fonetyki niemieckiej (w duchu chciałam, by odzywał się do mnie jak najmniej). Zarzucał mi nazwami, które oczywiście miałam, ale zapomniałam. Komu do szczęścia i pomyślności trzeba wiedzieć, że /m/ jest bilabial i o jego miejscach i sposobie artykulacji? Szczerze wyznaję zasadę, że najlepiej jest dużo słuchać, czytać, oglądać filmów i ćwiczyć wymowę poznanych słówek i prozodię zdania. Tak, by być jak najbliżej wymowy wzorcowej. Fonetykę wielbię również za umiejętność zapisywania transkrypcji słów. Naprawdę IPA dało mi więcej przy nauce słówek, niż klepanie na pamięć takich frazesów. Przy okazji powiedziałam mu, jak jest
„odstawić się”- sich ausputzen. Zdążył się do mnie przyczepić. W tym czasowniku, rozdzielnie złożonym ma znaczenie na jaką jego część daję akcent: AUSputzen czy ausPUTZEN? W ten sposób zmienia się znaczenie słowa. Wiem. Jestem świadoma tego. Do cholery!! Większą cenę ma dla mnie coraz swobodniejsza komunikacja niż zastanawianie się w rozmowie 2 minuty nad akcentem czasownika. Źle powiedziałeś? To się obronisz i jakoś „na okrętkę” wytłumaczysz. Nie stawiajmy sobie takich barier psychicznych w nauce. To nie ułatwia zadania, a sprawi, że wielu zablokuje się całkowicie.
Druga osoba akurat uwielbiała mnie poprawiać w każdym znanym języku. I to od liceum. Czerpała z tego niezłą satysfakcję. Ale po chuja się pytam? e.g dwoje zajęć? Przepraszam, skoro to jest forma poprawna, to czemu jej nigdzie nie słyszę?
I wiecie? Nie będę pracownikiem naukowym. Nie napiszę pracy doktorskiej. Nie opublikuję niczego. Nie poprowadzę konferencji. Nie będę się wgłębiać w teorie Chomskiego. Ja nie umiem, nie chcę i nie pojmuję rozumem tych wszystkich rzeczy. Ale za to wiem jedno: potrzebuję emocji, bodźców do działania, poznawania ludzi.

l
Nie jest to na pewno najwyższa jakość, ale za to zdjęcia ubogacają opisy. Co więcej, dzięki zdjęciom mogę Wam pokazać fragmenty mojej codzienności. Kto wie, może wielu z Was mnie w tym miejscu już kiedyś widziało. :)))


 


 





"Denn es lebt sich besser, so viel besser mit leichtem Gepäck. 2016-04-04

 


Saturday, 3rd of April. 4:26 am


Biorę głęboki oddech, siadam i piszę. Gorąca woda zmyła ze mnie nowe zalążki gniewu i frustracji zanim puściły korzenie w mojej głowie i rozprzestrzeniły się na cały organizm. Albo lepiej same wyparowały pod wpływem wysokiej temperatury. Odprężona, nieco znużona aplikuję sobie kolejne dawki kofeiny. Ostatnimi czasy jednak nie działa na mnie ani kawa, ani herbata, nie mówiąc o napojach energetycznych? So, any ideas?  Przez ten głupi balast nastąpił nagły spadek temperatury, trzęsłam się także ze zdenerwowania i ziemia jakby osunęła się spod nóg. Trwało to może z 10 min, ale dało do myślenia. Do tego stopnia, że nie byłam w stanie odrabiać gramy angielskiej, tylko bezwiednie patrzyłam to na ekran komputera, to na widok z okna. Siedziałam przerażona cofając się w czasie i przeglądając obrazy z mojego życia. Ale do rzeczy. Cholera jasna! Znów, po raz kolejny znajoma osoba, po której się tego bym nie spodziewała ( how boorish of me buhahahahaha) układa sobie ehkem życie? I znów jak bumerang powraca do mnie pytanie: A Ty? Dlaczego nic z tym nie robisz? Popatrz na swoich znajomych? Jak Ty sobie to wyobrażasz? Zawsze zamierzasz tak żyć? Tak po trochu dla innych i w sumie dla nikogo naprawdę?


Właśnie tak.


"Dlaczego zakładamy, że wszelkie związki prowadzą do ustatkowania się? Poczekaj na kogoś, kto nie pozwoli, żeby życie Ci uciekło, kto rzuci Ci wyzwanie i cierpliwie poprowadzi poprzez Twoje marzenia. Kogoś spontanicznego, z kim możesz się zatracić w tym świecie. Związek z odpowiednią osobą to wolność, a nie ograniczenie. "- Beau Taplin


I prawda jest taka, że w natłoku codziennych spraw nie myślę o tym. Odganiam wszystkie głębokie, ludzkie odruchy i uczucia jak natrętne muchy. Dziękuję Bogu czy też innym wszelakim bóstwom, że jestem obciążona obowiązkami i jest wciąż tyle do zrobienia. Że jest tyle książek do przeczytania, ludzi do poznania, słówek i zasad gramatycznych do opanowania, kaw i piwa do wypicia, miejsc do zobaczenia, rozmów do odbycia. Stąd pojawia się moje desperackie szukanie coraz to nowych wrażeń i wydarzeń. Wynajdywanie spotkań, konferencji, gier planszowych i innych atrakcji staje się już powoli rytuałem. I wiecie co? W ten sposób próbuję zagłuszyć uczucia. Oczywiście, pojawiam się w danym miejscu, przedstawiam się, zaczyna się gadka szmatka. Skupiam swoją uwagę na rozmówcy w tym danym momencie, nie przywiązuję się jednak ani do niego ani do jego historii. Jest po prostu jedną z wielu osób, jakie jeszcze mam spotkać i musi być naprawdę niesamowity, by go zapamiętać. Okrutne. Zarazem prawdziwe. Mija kilka godzin, ja wychodzę, żegnam się. Czas zabity, nowe twarze zapomniane. And all over again. I w istocie idzie mi to zagłuszanie całkiem dobrze. Tylko czasami jeszcze „ do przodu wciąż wyrywa głupie serce”.


Weekend mija powoli. Wlecze się leniwie godzina za godziną. Spoglądam raz po raz na zegarek mając wrażenie, że minęło pół godziny, tymczasem tylko minuta. Nienawidzę piątków. Człowiek potrzebuje rutyny. Potrzebuje wiedzieć, że od poniedziałku do piątku musi być o określonej porze w danym miejscu. Wiedzieć, czego się konkretnie od niego wymaga. Potrzebuje planować. Nienawidzi bezczynności i marnotractwa czasu. Zbyt wiele wolnego czasu sprawia, że ludzie myślą. Myślą o rzeczach niepotrzebnych, nieabsorbujących. Często psują przez to sobie i innym nastrój. Piątki to takie specyficzne dni. Dla mnie wyjątkowe, bo mamy łacinę, którą polubiłam. Głównie dlatego, że jako jedyna osoba wiem, co się na niej dzieje. I czuję, że grupa w jakiś sposób mnie za to respektuje. Okay, a może być to tylko moje wybujałe zdanie.


Ostatnie minuty do zakończenia zajęć czuć radość i ekscytację w powietrzu. Ktoś z tyłu mówi o sukience, jaką założy na imprezę za kilka godzin. Ktoś niecierpliwie przebiera nogami pod ławką zdenerwowany, czy aby na pewno zdąży do pracy. Ktoś inny z ulgą sprawdza godzinę chowając ukradkiem telefon. Ja zaś myślę o tym, co zjeść na obiad (grunt to priorytety), kogo znękać swoją wizytą, jakie są wydarzenia na waw4free i jaka jest praca domowa i materiały do wydrukowania. I oczywiście o tym, kiedy wiecznie niezadowolona pani przestanie mnie świdrować wzrokiem i puści nas do domów.


Od razu po zakończeniu zajęć wszyscy kierują się szybko ku wyjściu. Z uczuciem ulgi. Dzwonią do kogoś, odpisują na smsy. Wychodzę ja. 0 Nachrichten. 0 Anrufe in Abwesenheit.


Oddzielam grubą kreską kolejne 5 dni „nauki”. Nadal pozostają dwa dni tego samego tygodnia, które trzeba jakoś zaplanować.W rzeczywistości nie bardzo wiem dokąd wracam i do kogo. Do laptopa? Do bloga? Do lodówki („Chodźmy wszyscy do lodówki, po kiełbasy i parówki. Powitajmy schabowego i kotleta mielonego”) Ogarnia mnie panika i zaczyna się wymyślanie. W porządku. Naprawdę, do wszystkiego można się przyzwyczaić, polubić i uznać, że mogło być gorzej. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Proste.                                                Choć wiadomo. Miło byłoby siedzieć, jak gdyby nigdy nic w pokoju. Usłyszeć pukanie do drzwi. Wpada ktoś zdyszany, każe mi jak najszybciej zabrać potrzebne rzeczy, bo nie ma czasu. "Ale dokąd?-pytam. -Zobaczysz- brzmi odpowiedź. I w nagłym szale porywa mnie w bliżej nieznanym kierunku, pozostawiając za sobą świat z betonu. Z resztą.. never mind.


"Ale puste wieczory, podczas których teoretycznie może zdarzyć się wszystko, a nigdy nic się nie zdarza, są nie do zniesienia." — Jerzy Pilch - Moje pierwsze samobójstwo


Wczoraj z braku laku wypiłam piwo z koleżanką z Armenii. Znamy się w sumie słabo, ale jest całkiem sympatyczna. Bardziej zmulona niż zmęczona zawlekłam się o drugiej do łóżka. Dziś wstałam o 11, ogarnęłam się i porozmawiałam na skypie z kolegą ze Sri Lanki. Cudownie jest móc tak długo rozmawiać po angielsku. O 16.00 w Kawiarni Mito odbyło się spotkanie Chatterbox Session- by Need a Native. Dziesięć minut przed czasem weszłam, zobaczyłam kilka czerwonych stolików z napisem REZERWACJA. Z drugiej strony przy 3 białych stolikach siedzieli jacyś faceci. -" No ładnie. Nosz Ci babo placek. Znów to samo. Będę tutaj jak piąte koło u wozu”- Pomyślałam.                                                 Musiało to bardzo nieporadnie wyglądać, kiedy rozglądałam się jak głupia po ścianach i półkach z książkami, zamiast przyjść, zapytać i się przywitać. Pan organizujący to wydarzenie podszedł sam i wytłumaczył zasady tego spotkania. Wyglądał bardzo przyjaźnie, co nie zdarza mi się stwierdzać od razu w pierwszych minutach spotkania. Możliwe, że mam inny stosunek do językowców. Dosiadłam się i zaczęliśmy rozmawiać po angielsku. Nie da się ukryć, ze byłam na początku spięta. Jednak i ludzie byli bardziej wyluzowani i przyjaźni, tym sama się taka stawałam. Stres opadał i rozpływał się gdzieś w powietrzu. Już nie tylko uśmiechałam się serdecznie do tych ludzi, ale żartowałam i śmiałam się. Moje serce choć na chwilę napełniło się radością, a spotkanie samo w sobie było inne od tych, na które przychodziłam z czapy. Wszakże mogłam używać tego, co jest mi tak wpajane na zajęciach! :))) I tym sposobem poznałam osoby z Ukrainy, Białorusi, Indii i kilka Polaków. Prawie z każdym wymieniłam albo numer telefonu albo dane kontaktowe na facebook'u. Poczułam, że przebywanie z obcokrajowcami sprawia mi tyle frajdy. Nikt nie jest tutaj ani nauczycielem ani uczniem. Nikt nie stoi nad nikim z batem. Nie obniża niczyjej wartości. Jesteśmy wszyscy tacy sami i tworzymy razem pewną grupę. Poczucie jedności również dodaje pewności siebie.


Taaak, dla podłechtania własnego ego mogę powiedzieć, że pojawiały się osoby, które robiły nawet nie błędy, ale babole. Starałam się nie dać tego po sobie poznać, ale uszy bolały, a serce krwawiło. Co jak co, ale zaistniała sytuacja komunikacyjna, a komunikat został przekazany i zrozumiany. Czyż nie o to właśnie chodziło? Bardzo rozgadany był Pan z Indii. Ma bardzo śmieszną, momentami podobna do kolegi ze Sri Lanki wymowę. Drugą osobą jest 29-letnia kobieta, która pracuje w banku; plus jako sound designer i kocha, to co robi. Jest sympatyczna, ciepła i otwarta. Jej akcent jest mieszanką akcentów zasłyszanych z filmów, co łącznie daje komiczny efekt, ale w żadnym przypadku nie jest poenglish'em. Naprawdę ciekawą rzeczą jest to, że szczerze jej poziom nie był tak wysoki, jakiego oczekuje się ode mnie. I mimo to, miała ona do powiedzenia bardzo wiele. Czuję, że głownie to kwestia tego, że jest ona ekstrawertykiem i czuje ciągłą potrzebę mówienia. Ludzie właściwie sami do niej lgną, a ona lubi rozmawiać.  W przeciwieństwie do mnie. Moje komunikaty są krótkie, napakowane czasem dziwnymi słowami czy konstrukcjami, w których nota bene się sama gubię. Są właśnie lakoniczne, co wszyscy wykładowcy mają mi za złe, że mogłam więcej powiedzieć.  Dało mi to do myślenia, jak wiele w nauce języków zależy od naszych osobistych predyspozycji. Osoba może mieć bardzo oryginalną wymowę, robić błędy gramatyczne, ale nie boi się zyskuje bardzo wiele. Ja natomiast będę potrzebować więcej czasu na to wszystko.  Jest  ona tak kochana,  chce mnie zabrać do klubu, w którym co weekend spotykają się obcokrajowcy. Trochę się obawiam, ale skoro mam iść razem, why not? Po czterech godzinach wróciłam do kochanego akademika lżejsza o połowę, jakby niesiona na skrzydłach. Potem pan Leszek próbował ściągnąć mnie na ziemię mówiąc naszym skorumpowanym kraju. Kit z tym, że prowadził monolog.  Uciekłam wymawiając się głodem i zmęczeniem :))))


 Sunday, 4th of April 1:34 am                                                                                                                                                    Wymyśliłam idealny plan na życie. Będę pracoholiczką, obciążona obowiązkami na tyle, że zapomnę jak się nazywam. Będę wracać zajebana i od razu rzucać się bez jedzenia na pościel. Zapomnę po raz kolejny nakarmić koty. Będę zarabiać wiele pieniędzy i wydawać bez jakichkolwiek skrupułów na siebie. Leżeć i pachnieć kremami po 300zł. Znajomości będą powierzchowne i płytkie. Bez przywiązywania się do ludzi, ich historii i słów. Kiedy tylko poczuję, że budzą się śladowe ilości ludzkich uczuć, zastosuję od razu lekarstwo w postaci płynnej o sporej zawartości alkoholu. Będzie liczyła się albo zabawa albo praca. Nic poza tym. Nic pomiędzy. I tego mam zamiar się trzymać. Nie zatrzymywać.  Zna ktoś jeszcze inne sposoby, jak sobie spieprzyć życie? Idealnie.


 







Saturday, 9th April.  O północy w Warszawie


W tym całym swoim pędzie i znieczulicy zapomniałam, że nastała nam właśnie wiosna. Zauważyłam to sama potem w kalendarzu oraz widząc wszechobecne, dziwnym trafem zawiązane akurat na wiosnę,  kumulacje. Jako że w stolicy spieszą się wszyscy, tak samo przyroda musiała dotrzymać  kroku. Przed akademikiem zakwitły kwiaty na drzewach i forstycje. Ktoś również zasadził żonkile.  Ilekroć przechodzę obok czuć ich słodką woń. Dziwi mnie tylko fakt, że kiedy wracałam do domu pod koniec kwietnia, tam dopiero pąki kwiatów zaczęły nieśmiało otwierać swoje skrzętnie schowane wnętrze. Hektik. Wszędzie :(


Was noch? Nie będzie żadną nowością, jeżeli powiem, że przeżywam znów wcześniej przedstawioną sinusoidę uczuć. Przykładowo wczoraj pomagałam naszej przewodniczącej w organizacji konferencji. Nie wiedziałam, czego oczekiwać, ale stwierdziłam, że po pierwsze wczorajsze zajęcia zbyt zajmujące nie są, plus mam szansę zobaczyć wszystko od strony organizacyjnej. Wystroiłam się jak stróż w Boże Ciało, czytaj elegancko i ruszyłam. Starsze panie spoglądały na mnie wyraźnie zgorszone, przez co przyglądałam się sobie, by upewnić się, że nie wyglądam jak ladacznica. Nie, nie wyglądałam. Stawiłam się na pierwszym piętrze BUW'u przed 11. Ponieważ prawie wszyscy uczestnicy pojawili się już wcześniej, koniec końców moja rola ograniczała się do obserwacji i biernego uczestnictwa w panelach. Profitów było nawet więcej: zyskałam plakietkę organizatora, gifty i lunch. To ostatnie było błogosławieństwem, zwłaszcza, że nie jadłam śniadania. Wróciłam zdecydowanie w bardzo dobrym nastroju biorąc pod uwagę, że mogłam przez 2-5 minut porozmawiać przez telefon z jakimś znajomym Kate, Niemcem :D Cieszyłam się, że dałam sobie radę bez T, bez jakichkolwiek znajomych czy wykładowców. Ale wiecie na czym się wczoraj złapałam? Na dwóch rzeczach: Że będąc w okolicach BUW'u wciąż patrzyłam w dobrze znanym mi kierunku, mierząc wzorkiem  kolorowy, szklany budynek. W Bibliotece przypatrywałam się ludziom na pufach, pracującym na komputerach. I z tego zdenerwowania sama nie wiedziałam, czy chciałam spotkać jedną osobę, czy jednak nie. Nie, nie spotkałam. Dobrze się stało sowieso. Drugą rzeczą zaś było to, że kiedy rozmawiałam z tym Niemcem, czułam, że skądś znam ten głos. Był taki ciepły, kochany i serdeczny. Chciało mi się wręcz śmiać do telefonu, nie widząc tego człowieka. Tsa buuum! Tak, chodzi o T. Wiecie.. poczułam się z tym spostrzeżeniem tak kurewsko.


"Ocknij się! Zacznij żyć dławiąc się szczęściem. Bądź niepokorny, przemądrzały, uparty czy niekonsekwentny ale zawsze autentyczny. Naucz się krzyczeć, walczyć i być na przekór wszystkiemu. Nie licz na przypadkowe szczęście, nie odkładaj uśmiechu na później. Wstawaj po każdej porażce i zaczynaj na nowo. Nie odpuszczaj, bądź asertywny. Idź własną ścieżką, kolekcjonuj osobiste marzenia. Ryzykuj. Napisz bestseller, puszczaj papierkowe łódki albo zdobądź Mont Everest pod warunkiem, że zrobisz to z miłości. Nie powstrzymuj emocji, tylko się nimi delektuj. Tocz boje i nie daj mu odejść. To najlepszy czas, bo skąd pewność, że jutro nadejdzie?" — N. Belcik   


"Samotność to niedokończone rozmowy i pytania bez odpowiedzi, ale i jeden kubek w kuchni, jednoosobowa pościel w sypialni i wolna półka w łazience. Samotność to bycie samemu w sercu i w głowie. Samotność jest wtedy, kiedy nie masz komu opowiedzieć o swoim dniu. Kiedy niedziela nie jest jeszcze jednym wolnym dniem, który można fantastycznie wykorzystać, tylko twoim przekleństwem. Kiedy wolisz robić wszystko, byle nie wracać do domu, bo wiesz, że nikt tam na ciebie nie czeka. Samotność jest wtedy, kiedy nie masz do kogo zadzwonić w środku nocy i powiedzieć ‘jest mi źle’. Samotność to szare dni i bezsenne noce. Samotność - kiedy ściany pokoju wiedzą o tobie więcej, niż ktokolwiek inny, a jedynym bytem znającym na pamięć twój kolor oczu, jest sufit twojej sypialni. A smutek? Smutek to samotność. Może walić się się świat, ale kiedy masz z kim dzielić cierpienie, to wszystko jest do zniesienia. Nie ma żadnego, tak dobrego powodu do walki, jak druga osoba. Dla siebie rzadko chcemy walczyć, za to dla osoby, która znaczy dla nas wszystko, jesteśmy w stanie przenosić góry." unknow author


Podobno silne charaktery tworzą się w samotności. Ciekawe..  Podobno" na początku i na końcu jest samotność".. W rzeczywistości każdy  pozostaje ze swoimi decyzjami sam. Samemu musi zmierzyć się ze swoimi demonami. Popchnąć przyszłość w jakimkolwiek kierunku.  Postawić pierwsze kroki. Bardzo często nogi będą biegły do przodu, a stopy głuche stały w miejscu. Aller Anfang ist schwer. Die wichtigste ist, nicht die ganze Zeit in Angangern zu stecken. Wciąż jestem przerażona i szukam pewnego gruntu. Muszę pozwolić odejść swoim znajomym. Poukładać sobie sprawy. Nie siedzimy już razem za szkolnymi ławkami obsrani "pracą kontrolną". Teraz mówimy o spotkaniach biznesowych, konferencjach, działach promocji i sprzedaży. Zasady były wtedy pozornie proste. Jednak każdy okres ma swoje bolączki, które potem wydają się być błahe. Wszyscy mnie opuszczają. Po kolei. I dzieje się to zdecydowanie za szybko.   


Im więcej ludzi spotykam i poznaję w zarysie ich życie, tym bardziej widzę, że nie chcę być taka jak ona. Nawet jeżeli jest to dobre, uczciwe i pełne sukcesów życie. Zwyczajnie zawsze coś mi w nich nie leży.


Przykładowo ostatnio na własnej skórze odczułam to, co ludzie, którzy są zmuszani do pewnych zachowań czy upodobań, które nijak są zgodne z ich naturą. Uprzedzam od razu, że jest to nieco dziwna i krępująca sytuacja. Przynajmniej dla mnie, nawet gdy o niej myślę w tym momencie.  Równo tydzień temu mieliśmy pilates. Pilates, jak to pilates machanie nogami, rozciąganie. Pani instruktor każe nam się dobrać w pary. Po kilku sekundach wszystkie znalazły swoje ćwiczeniowe partnerki, tylko ja jak ostatnia pizda rozglądałam się niezdarnie. No dobra. Wszyscy mają parę? Mam i ja. Otrzymujemy następujące instrukcje: Jedna z nas ma się położyć na plecach, podkurczyć nogi, a druga ma je dociskać ciężarem swego ciała w bardzo że tak powiem dziwny sposób. Potem jest żabka w tej samej pozycji i ćwiczenie wygląda analogicznie. Und hier liegt Hund begraben. Bardzo nie lubię, kiedy dotykają mnie obce lub słabo znane osoby. W mig włącza mi się mechanizm obronny i staję się nieco agresywna. A po alkoholu radziłabym do mnie nie podchodzić. Dotyk jest dla osób wyjątkowych. Dotyk ma swój zarezerwowany podtekst. I w tymże momencie rozkraczona leżałam na plecach. Nade mną bardzo ładna dziewczyna (tu oceniam obiektywnie jak kobieta kobietę) i jej dyndające cyce i pulsacyjne ruchy na moje nogi. Czułam się kurewsko. UWAGA! STREFA WOLNA OD HEJTU I WSZELKIEJ NIENAWIŚCI. Poczułam się jak lesbijka. Nią nie jestem. Akurat, w tej kwestii jestem siebie pewna. Kręciło mi się w głowie. Miałam ochotę zwymiotować na podłogę, wyskoczyć przez okno lub po prostu wybiec z sali z hukiem. Odwróćmy jednak sytuację. Jakie to musi być obciążające psychicznie dla osób, które muszą z różnych powodów muszą udawać, że dana płeć ich interesuje. Męczarnia. Nie było to doświadczenie przyjemne. Ale pozwala postawić się w innej sytuacji. Podobno każde doświadczenie uczy, a mi jeszcze wiele w tej materii przyjdzie pojąć.


A co słychać w akademiku, tfu moim domu? Całkiem dobrze. Nasi Janusze budownictwa zaczęli remont łazienek w listopadzie i do teraz nie mogą ich skończyć. Część z nich została już udostępniona i jak przystało na bardzo poważnych dwudziestoparoletnich młodzieńców, nie obyło się bez prób podglądania i nagrywania dziewczyn telefonem. Poza tym, życie kwitnie od imprezy do imprezy, które wraz z nadejściem pięknej pogody przeniosły się do parku przed akademikiem. Słońce próbuje przebić się do pokoju. A ja po cichutku myślę sobie, ile jeszcze takich pięknych, słonecznych dni zmarnuję siedząc w pokoju. Jednym z rozwiązań jest pójście na piwo. Oczywiście nie samemu. Ten temat już dawno zakończyłam. Nie zmienia to faktu, że mam bardzo duży potencjał do uzależnień. Jeżeli ktoś pamięta moje notki z pierwszego roku studiów, ten wie, że nawet jeżeli nie wypiłam tego piwka, moje myśli oscylowały wokół gazowanego, zimnego napoju z nutą goryczki. Jak miło jest wypić trochę piwa. Mam wrażenie, że od zawsze je lubiłam. Zabrzmi to może infantylnie, ale jeszcze długi czas temu w liceum nie ograniczałam się co do rodzaju i ilości alkoholu. Dziś przeraża mnie to bardzo, jednak umiłowanie do piwa pozostało. Dźwięk otwieranej puszki. Jej chłód i kropelki wody na  gładkiej, metalowej powierzchni. Za pierwszym łykiem czułam wspaniałe bąbelki gazu pod językiem. Za każdym kolejnym czułam ciepło rozpływające się po moim ciele. Wszystkie złe myśli uciekają w nieznanym kierunku, serce bije wolniej, lżej, a ja mogę rozkoszować się chwilą. Czas staje dla mnie w miejscu. Fizycznie siedzę nad Wisłą (pytanie tylko czy nad tą warszawską czy w mieście P?), promienie słoneczne muskają moje policzki. Odpływam niesiona przez rzekę. Lżejsza o połowę. Drugie piwo uderza mi lekko do głowy. Rzeczywistość zaciera się, a w mojej głowie muzyka, światła, dym i kula dyskotekowa. Duchem wiruję w jej rytm. Ciałem pozostaję jednak na plaży. Podziwiamy, tak podziwiamy zachód Słońca w mieście P. Jest ciepły wieczór z lekkim, orzeźwiającym wiatrem. Trawa pokrywa się rosą, a w niej śpiewają świerszcze. Sączę szybko piwo, wiedząc, że po godzinie ósmej zaczyna się areszt domowy. Znaczy się dawno powinniśmy wrócić.  Ale przecież i tak nam nic nie zrobią. Zostajemy więc chwilę dłużej. Pogranicze kwietnia i maja. Mamy zatem wiosnę w pełni. Jest pięknie. "Dzień, wspomnienie lata.."          Zdecydowanie powinnam zostać teraźniejszą hedonistką..







 


 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]