klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
Zobaczyć świat inaczej 2016-03-31

Thursday, the 30 th of March


"Czasem brak jednej osoby, powoduje niemalże brak wszystkiego. Cała ta pustka w głowie wydaje się być nie do odkrycia, mimo że przemierzasz ją każdego dnia z takim samym zaangażowaniem ona tylko rośnie w oczach. A Ty mimowolnie starasz się zachowywać pozory zachwycając się światem, ludźmi. Naiwnie oddajesz się upływowi czasu, ale kiedy zostajesz sam, świat zdaje się być zbyt daleko by móc go dosięgnąć. Zbyt daleko by utożsamiać go z czymś co tworzy część Ciebie i przede wszystkim zbyt daleko aby zakamuflować wszystkie wspomnienia, nim znowu blask zgasi ciemność..."
K.Ł


Blog był powiedzmy  zawieszony przez miesiąc. Wbrew pozorom był ten miesiąc wypełniony bardziej lub mniej poruszającymi rozmowami, konferencjami i pracami domowymi. Czytałam, oglądałam, kłóciłam się z ludźmi, również spotykałam się z nimi, popadałam w dołki by potem przez kilka dni czuć się jak na haju. Emocjonalny rollercaster. Falowanie i spadanie. Zbierałam się kilka tygodni by napisać coś chwytliwego, ale dobra. Spróbuję teraz za pomocą retrospekcji przywołać kilka mglistych wspomnień.


Wieczór przed wyjazdem do T.W (t.j przed świętami) napawał mnie jakiś niepokój. Dziewczyny z pokoju wyjechały do domów, co oznacza, że musiałam go spędzić w swoim towarzystwie. Najgorszym było, że przywykłam do tego, jest wokół mnie wiele ludzi, bardzo często wręcz za dużo. Dzwonią, piszą, proszą o pomoc, jednym słowem zawracają mi gitarę. Najczęściej wtedy, kiedy mam ataki furii i muszę je koniecznie gdzieś wyładować. Poczułam się tak nieswojo, że musiałam aż włączyć radio. Potrzebowałam słyszeć ludzki głos, najlepiej wiele głosów. Podświadomie czułam, że nie jestem w tym pokoju sama i ktoś najwyraźniej mnie obserwuje. Wniosek nasuwa się prosty: Nigdy, przenigdy nie WOLNO mi mieszkać samej. A szlag niech trafi moje plany o staropanieństwie.W przeciwnym razie będę jeszcze gorszą wariatką, niż jestem teraz. W pokoju panował jakiś surowy nastrój. Rzeczy tak popakowane, żebym nie musiała wiele szukać rano. Komiczne. Trzy razy do roku przypominam sobie, że tak naprawdę to żyję na walizkach. Od lat pięciu właściwie. Ale to jest bardzo wygodny sposób na życie. Przynajmniej teraz. I ja się tym rozkoszuję.


Zacznijmy od samorozwoju. Marzec upłynął mi właśnie pod jego znakiem. Jakkolwiek nie brzmi to wyniośle, w praktyce starałam się bywać tu i tam. Poznawać nowych ludzi. To cholernie wzbogaca duchowo. Nie wiem, czemu, ale tak jest. Z tej przyczyny skrupulatnie wyszukiwałam wydarzeń, które mogą mnie w jakikolwiek sposób zainteresować. I czasem rzeczywiście bywało komicznie.


W ten właśnie sposób raz znalazłam się w mieszkaniu mojej kochanej Amerykanki J. Uwielbiam jej mentalność. Tak, typical american, ale czasem tym ludziom żyje się wiele łatwiej.Cieszą się z byle czego, utrzymują powierzchowne kontakty no i jakoś nie dbają o wartości.  Z nią jest wiecie, bardzo śmieszna sytuacja, gdyż nie spotkałam jej na swojej drodze przez przypadek. Miałyśmy się spotkać albo na UKW albo na UW. Zrządzenie chciało, że znalazłam się na jej academic writing i ACC właśnie na UW. Najfajniejsze to nie tylko te momenty kiedy obgadujemy wykładowców czy ludzi na wydziale. Ale kiedy dzielę się z nią swoimi troskami, kiedy się okazuje, że i u niej nie wszystko jest jak w amerykańskim śnie. W takich chwilach czuję, jak pięknie jest mieć zagranicznych przyjaciół i czuć ich perspektywę. I tak podnoszące na duchu, że rozumiałam o czym do mnie mówi.


Sięgam dalej w odmęty mojej pamięci.. ach, to był ósmy marca. W rzeczywistości wiele z tego zapisuję w swoim kalendarzu, by nie stracić wspomnień. I rachuby,rzecz jasna ;)))  Tego dnia wraz z Gosią i jej dwiema przyjaciółkami udałyśmy się do Grójca, gdzie było spotkanie z Moniką Kuszyńską. Spotkanie poświęcone jej nowej książce „Nowe życie” . Jak się spodziewałyśmy, średnia wieku wynosiła +45. Ale w porządku. Wszyscy przecież chcieli usłyszeć, jaką drogę przeszła i co daje jej siłę teraz. Ludzie lubią słuchać takich rzeczy, by stwierdzić, że ich sytuacja nie jest tak zła. Lubią być pocieszani i klepani po ramieniu. Irytującym było jednak czekanie, aż wszyscy wezmą milion autografów, zrobią zdjęcia, porozmawiają chwilę i w końcu pójdą. I wtedy miałyśmy Monikę dla siebie na godzinę. To był trzeci raz, kiedy tak widziałam się z nią prywatnie. Śmieszne uczucie. Monika za kulisami, bez świateł reflektorów, bez makijażystki, z menadżerką w tle (która bankowo wzięła nas za fanatyczki) rozmawiała z już usypiającym Kubą. Monika i my cztery. Tradycyjnie wypytała nas, jak leci. Gosia mówiła najwięcej, o naszej przyjaźni, trudnych początkach, swoich przygodach. M o studiach i A o maturze. Mhm nie wiadomo kiedy pojawił się temat pijackich przygód, więc i ja postanowiłam zabrać głos. Tak, nie było to godne chwalenia, ale każdy ma takie wstydliwe 'przygody” a i sama atmosfera się rozluźniła. I gdy tylko zabrałam głos:




  • A..., Ty.. Ty masz taką ciekawą barwę głosu..





  • Taaak?- dopytuję się głupio. Po części kręciło mi się w głowie z głodu, po części byłam zmieszana. W końcu mówi mi to ona. Monika Kuszyńska. Reprezentantka Polski na Eurowizji w zeszłym roku.





  • Taaak- mówi najspokojniej na świecie- Śpiewam od lat i wiem, co mówię. Masz taki.. radiowy głos.


Wiem,  to trywialne, ale ekscytowałam się tym dobry tydzień. Może coś w tym jest. Kobieta na emisji głosu powiedziała mi kiedyś coś podobnego. To było bardzo miłe uczucie. Subtelny komplement. O wiele lepszy, niż słysząc za sobą: „Eeee, dobry masz tyłek” wykrzyczane na korytarzu w akademiku przez jakiś koneserów życia, których egzystencja toczy się wokół alkoholu i panienek. Ósmy marca tym sposobem był bardzo udanym dniem. Nie miało już nawet znaczenia, że dostałam życzenia tylko od przyjaciółki. Czaicie? Życzenia z okazji dnia Kobiet od kobiety? Zdecydowanie coś złego dzieje się z tym światem. Nie miało znaczenia, że na ulicach wciąż widziałam kobiety z kwiatami.  Plus, już można uznać domownik, który wyraźnie zarywa do mojej Białorusinki, przyniósł nam tulipany. To akurat było kulturalne. Szacunek okazywać należy.







Konferencje. W tym miesiącu wzięłam udział w dwóch. Na konkurencyjnym wydziale. Szczególnie ciekawa była ta, o przekładzie literackim. Tłumacz pewni tu ogromną rolę. Nie tylko chodzi tutaj o sam język, ale o to, że tłumacz staje się drugim autorem tekstu. Za pomocą adaptacji lub domestykacji pomaga w odbiorze tekstu. Można by powiedzieć, że może stworzyć świat przedstawiony w innym zabarwieniu. Nie wiecie nawet, jakie to uczucie być przez chwilę z ludźmi szanowanymi, wykształconymi. Przy okazji zdążyłam wsunąć kilka kawałków ciasta, napić się mocnej kawy i poczuć się wyjątkowo pośród ludzi, których naprawdę interesuje, to czym się zajmują. Nie będzie zaskoczeniem, że liczyłam, że spotkam tam pewną osobę, wspomnianą w ostatniej notce. Po napisaniu jej wysłałam jeszcze raz wiadomość z zapytaniem: jak tam? Nie, nie zdziwiłam się. Rozmowa była mętna. Sterowana przeze mnie w większości, co skłania do następujących wniosków: NIC NA SIŁĘ. Człowiek paradoks. Z jednej strony chce być przez innych słuchany, a z drugiej strony jedyne czego chce zyskać swoim zachowaniem to spokój od ludzi.  Jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie, zanim zrozumie. Robi krzywdę jedynie sam sobie. Po rozmowie z Gosią  i M, stwierdziłam, że rzeczywiście nie mam żadnego obowiązku robić czegokolwiek w tej sprawie i może ten człowiek sobie myśli, że całe życie wszyscy będą natarczywie oferować się ze swoją pomocą, a on będzie ot, tak sobie ich od siebie odpychał. Tak? To dobra, nie zamierzam się odzywać. Targały mną jedynie przez chwilę jakieś wyrzuty sumienia, których być nie powinno. Schluss. Punkt. Aus.


BAJT. Mija już drugi rok na studiach, a ja wciąż bez żadnej specjalizacji. Długo zastanawiałam się nad dołączeniem do koła naukowego. Dołączyłam jakby do sekcji okulograficznej, ale szczerze..? Nie mam pomysłu na badanie. Ogólnie miałabym dać do przeczytanie grupie badanej jakiś tekst w formie np. reklamy, filmu, tekstu specjalistycznego. Tylko szczerze nie bardzo wiem, co miałabym tym zbadać. Ludzie w tej sekcji zajmują się badaniem ruchu gałek ocznych po tekście i mając różne dane, formułują wnioski. Oczywiście, kiedy ktoś coś bada, nie ma pewnie żadnej koncepcji, a do najciekawszych wyników dochodzi na drodze poznania.. Ucieszona przewodnicząca wydziału zrobiła mi szkolenie, a jej Pani promotor cieszyła się, że ktoś nowy do załogi, ale szczerze? To jest moment, w którym zdaję sobie sprawę, że nie wiążę swojej przyszłości z pracą naukową. Pozostaje mi albo zmienić sekcję, albo zrobić to badanie dla samej zabawy, albo nie zrobić niczego. Muszę nad tym jeszcze pomyśleć. Ponadto chyba mam pomysł na temat pracy licencjackiej, ale to na razie takie luźne myśli.


ABC Warszawy. Jak powiedziałam, zrobiłam. I właśnie z tego powodu chodzę na te wszystkie wycieczki. Wówczas ja, która nienawidziła stolicy za ten wszechobecny beton, przekonuję się, że między blokami można znaleźć prawdziwe cuda. Piękne bramy, domy na kształt dworków i murale. Można narzekać, siedzieć w jednym miejscu i wymachiwać rękoma mówiąc, że jest tu brzydko. Ale można też chodzić, oglądać, odkrywać i zachwycać się, jak ja :D Polecam ABC Warszawy gorąco!!


4   9    


 


Planszówki. Kolejna z atrakcji znaleziona na stronie waw4free. Jestem urodzonym tchórzem, normalnie nie wytknęłabym nosa spoza kochany akademik, zwłaszcza w miejsca, w których trzeba poznawać ludzi i z nimi rozmawiać. Postanowiłam jednak zrobić sobie na złość i póśsć tam. Przecież zawsze można wyjść. Pierwsze takie spotkanie miało miejsce na Wilanowie. Zgubiłam się, lekko spóźniłam i wpadłam do baru koktajlowego KABUKI FUSION. Ogarnęłam szybko wzrokiem lokal, by stwierdzić, że nie ma tam nikogo, oprócz trzech facetów +35.


 




  • Pani na gry planszowe?- zapytał niski, wąsaty kelner, którego ruchy wyraźnie budziły moją podejrzliwość. Wiele męskości w nich nie było.


     




  • Taaa- odparłam ściszonym głosem.





Usadowiłam się na kanapie. Za stołem, na krzesłach usiedli ci faceci. Zaczęliśmy rozmawiać. Bardzo niegrzecznym z ich strony było, że nie przedstawili się pierwsi, ale trudno. To, że mieszkają w stolicy, pracują w korpo nie zobowiązuje ich do zachowania podstawowych zasad kultury.  Po godzinie zorientowałam się, że gram z siedmioma facetami w tymże właśnie wieku. Starałam się nie denerwować, w końcu było tam wielu ludzi i krzywda mi się nie stanie. Tylko jeden z nich miał obrączkę. Miał na imię Kuba. Pracował jako urzędnik. I bardzo przypominał mi T. Możliwe, że właśnie dlatego czułam się tam lepiej. Był najbardziej gadatliwy i najweselszy  z nich wszystkich.



Reszta z nich to nieżonaci karierowicze spełniający się w dziale finansów czy informatyki. Pomyślałam w duchu, że to musi być bardzo bolesne, że w sobotni wieczór siedzą tutaj, grają w głupie  gierki, zamiast spędzając czas z dziewczyną/żoną/ dziećmi. Gra trwała. Oni głównie skupieni na zasadach, a ja starałam się nakręcać rozmowę. W gronie zauważyłam też dwóch, którzy zbyt męscy nie byli, więc tym bardziej nie stwarzali zagrożenia, ale też przeraziłam się, czy nie trafiłam przypadkiem to ekhem tematycznego klubu. Odetchnęłam z ulgą stwierdzając, że wszystko jest pod kontrolą. Pod koniec wieczoru, a było to po 3 godzinach, zabrałam swoje rzeczy, pożegnałam się i wróciłam do akademika. W drodze powrotnej stwierdziłam, że straszni nudziarze tam przychodzą. W tym i ja!! Dzień później poszłam na drugie spotkanie w "Koty za płoty". Lokal w sobie bardzo klimatyczny. Jest miękko, przyjemnie dzięki kocim akcentom. Polecam miłośnikom kotów!!! Za drugim razem grupa, z którą grałam była o 10 lat młodsza. Wśród nich młodzi karierowicze. Rozmawiali o urlopie na Malcie, sukni ślubnej sprowadzanej z Dubaju. Jednocześnie polubiłam ich, zazdrościłam i nienawidziłam. Ale że atmosfera była przyjazna, spędziłam z nimi ponad 4h. Gdy rozejrzałam się dookoła, dostrzegłam, że w istocie większość ludzi, jacy tu przyszli to trochę no life. Jakaś kobieta weszła zmieszana do pomieszczenia i rozejrzała się rozpaczliwym wzrokiem. Dosiadła się ostatecznie do jakiś nawet nie facetów, lecz facecików i onieśmielona dołączyła do gry. Tak, uwielbiam przypatrywać się ludziom i ich oceniać. Czasem robię to zbyt zawzięcie, co ludzie mają mi za złe, a ja najzwyczajniej lubię na nich patrzeć, ogarniać ich wzrokiem, by następnie szczegół po szczególe oglądać ich dłonie i w nich książki, płaszcze, piegi, zmarszczki, i oczywiście oczy. A dla mnie tamta pani zachowywała się bardzo dziwnie w towarzystwie tych "facecików". Uśmiechała się nerwowo i co jakiś czas poprawiała okulary. Najpewniej stara panna. A może tylko ja je wszędzie widzę?



Święta, święta i po świętach. Powroty są ciężkie, ale jeszcze gorsze są święta. Minęły cztery dni, a zdążyłam się nasłuchać.



Wracam. Czwartek. Jak już się wybrałam, nie mogłam się cofnąć. Bilet kupiony. Moje ciało wciśnięte w podwójne siedzenie, duszą zaś pozostawałam w stolicy. Wyjątkowo nie odpływałam zapatrzona widokami pozostawionymi za sobą, lecz poddałam się lekturze frazeologizmów w podręcznikach do nauczania języka niemieckiego. Tym sposobem droga upłynęła niesamowicie szybko. Miasto P choć znajome, wydało się obce. Siedząc na dworcu widziałam busy, jadące w dobrze znanym mi kierunku i przez chwilę się zawahałam. Zmarznięta wsiadłam do malutkiego busika. Spotkałam tam dawną koleżankę z gimnazjum. Właściwie znamy się z widzenia. Studiuje angielski w biznesie na PWSZ. Dojeżdża codziennie do domu, choć równie dobrze mogłaby mieszkać w akademiku, co zaoszczędziłoby czasu. Ona jednak musi wracać codziennie do chłopaka. Że co proszę, kurwa? Nie wyobrażam sobie, żebym musiała aż tak się poświęcać. To egoizm. To wolność. To swoboda decydowania.Najgorszym jednak było, że na ten angielski przyjmują osoby bez matury z angielskiego, bez żadnej jego znajomości. Zatkało mnie. To co ci ludzie mają potem umieć? Jakie szanse na rynku pracy? Jaka przyszłość?


Na spotkaniu z moją Li ( Taaaak, w końcu udało nam się zobaczyć) dowiedziałam się, że jedna dziewczyna, której nienawidziłam, bo nauka jej nie interesowała nigdy,lecz upiększanie swojej buźki, jest w ciąży. Już pomijając fakt, że całe życie mi obrabiała tyłek i wzajemnie.  I po  jednak dłuższym namyśle, złapałam się na tym, że tyle tych moich znajomych już za mąż idzie, zaręcza się i jakieś dzieci rodzi.. Czy mnie coś w życiu omija? Przecież ja obrałam dobrą drogę. Niełatwą, ale dobrą.



Naprawdę, co jest pięknego w tym, że masz 20 lat, siedzisz w pieluchach, uziemiona? Facet przychodzi z roboty, bo gdzieś iść trzeba. Przy odrobinie szczęścia nie ma awantury, że siedziałaś cały dzień w domu i ta zupa za słona, a mamusia robi lepszą. Gorzej, jak przychodzi spity, bez kasy, obije Ci twarz. Na drugi dzień przynosi najtańsze bombonierki ze sklepu Pani Jadzi i obiecuje, że już tego nigdy nie zrobi. Od czasu do czasu wypada mu dać, bo przecież pod przysięgą małżeńską się zobowiązała a i ta marna sukienka też ma swoją cenę. Te dziewczyny są biedne. Omamione wizją spokojnej, szczęśliwej przyszłości. Bez ambicji. Z mózgami wypranymi telenowelami brazylijskimi. Nie wiedzą, ile są warte. Kiedyś powiedziano im, że są tylko inkubatorami do przenoszenia dzieci. Mają 20 lat i zmarnowaną młodość. Bo albo się od Ciebie odwraca rodzina albo jesteś na jej łasce. I wielkie szczęście, jak Cię facet nie zostawi. Nie masz skończonej szkoły. Dobrze, tak nie dzieje się wszędzie, tylko w mojej okolicy, gdzie w takiej sytuacji szanse na Aufstieg są znikome. Ale wiem, że to prawda. Wiem, czemu tak nimi pogardzam. A w moim otoczeniu prawdziwy wysyp zaręczyn, ślubów, chrzcin. Błagam, bez komentarzy typu: Ale skoro się kochają, to na co czekać? Nie, nie chodzi tutaj o moją zazdrość, żal, ale o to, by nie podejmować najważniejszych decyzji, determinujących całe życie w jakimś ogarniającym szale macicy i to będąc w dwu-, trzyletnim związku, z czego większość przypada na czasy licealne. Prawda jest taka, że zbyt mądrym się wtedy nie jest. Gdzie nawet nie próbowaliście mieszkać razem, nie macie pomysłu na siebie, planu na przyszłość. Zdani na łaskę i niełaskę rodziców i teściów.  I niby jak w wieku lat dwudziestu szczytem marzeń młodej dziewczyny jest coś takiego? Moim jest ciągła praca nad sobą, nad swoim temperamentem, osobowością, nauka języków i w końcu ich praktyczne używanie. Jest we mnie też głód wrażeń, przygód, miejsc i ludzi. I szczerze wierzę, że niedługo będę te wszystkie rzeczy realizować.


"Myślę o moich mniej więcej rówieśnikach. Każdy niesie swoje. Coś. Samotność. Obojętność. Wewnętrzną śmierć. Poczucie niezrealizowania. Pieniądze, to znaczy ich brak. Obowiązki. Dzieci. Brak dzieci. Spieprzone małżeństwa albo ciągły brak stabilizacji. I zawsze tęsknota, za czymś. Za czym? Zawsze za czymś innym. Życie jest gdzie indziej. Zawsze."   ~~Szczepan Twardoch~~        Nie obyło się również od pytań pt: I JAK CI W TEJ WARSZAWIE? ILE TO JESZCZE LAT TEJ NAUKI ZOSTAŁO? Ludzie naoglądali się tych programów typu: „Słoiki” i potem mnie przerażają. W ich mniemaniu każdy ma taką fuchę, która umożliwia im wynajęcie apartamentu i życie jak w Madrycie. Każda laska ma bogatego faceta. Ale.. bieda jest wszędzie. Tutaj bieda bardzo dobrze chowa się między nowymi osiedlami, parkami i Galeriami handlowymi. Widać tylko gwiazdy telewizji i dzieci własnych rodziców w D&G, Stradivariusie. I wszyscy mnie potem pytają, czy po tych moich studiach jest praca, czy upadłam na głowę z tą zagraniczną magisterką, co u niby mojego zza Odry. Wiecie co najbardziej boli? Stałam się całkowicie od nich wszystkich inna, oraz to, jak mało wiedzą o moim życiu i mnie samej. Nie wiedzą, że każdego dnia budzę się przerażona, bo nie wiem, co robić z życiem. Nie wiedzą, że czasem nie mam siły wstać z łóżka. Nie wiedzą, że płaczę z bezradności. Nie wiedzą, że podejrzewam u siebie chorobę dwubiegunową, nerwicę, wrzody żołądka zarazem. Nie wiedzą, że mam ataki furii, że mam ochotę walić pięściami w ścianę, aż zabraknie mi sił i padnę zmęczona na łóżko. Nie wiedzą, jak bardzo nad sobą pracuję.   "Depresja to skutek takich małych ciosów zadawanych przez całe życie, po których jakoś się żyje dalej. I ja też tak miałem. Bo wie pani, to jest tak jak z odkręceniem gazu w mieszkaniu. On się tak ulatnia, ulatnia... i wybucha. Człowiek też wybucha... "


g   y


Nie wiedzą, ale za to lubią dużo mówić, komentować i filozofować. To są najlepsi filozofowie życia, dyplomaci, kaznodzieje. Znajdą Ci męża, naprowadzą na dobrą ścieżkę, wybiorą zawód i miejsce zamieszkania. Besserwisser sami powiedzą Ci, gdzie są dla Ciebie najlepsze studia, pokiwają głową z politowaniem, gdy im powiem, że zbyt bardzo się bałam zaaplikować na Erasmusa. Podadzą przykłady wielu osób z piętnastoma stażami zagranicznymi, zajebistymi studiami, chłopakiem zarabiającym w Euro i przestronnym mieszkaniem w centrum stolicy. Filozofowie życia są w stanie również wymienić masę znajomych w Niemczech, Szwecji, Norwegii, którzy mają zajebiste mieszkanie, pieniędzy jak lodu i żyją w luksusie. Dokładnie w tym momencie siedzą na czterech literach i o tym mówią, zazdroszczą, ekscytują się. Zamiast zrobić to samemu. A podczas takiego spędu trzeba się wzajemnie przekrzyczeć, wygarnąć. Nikt nikogo nie słucha, a ja siedzę zdezorientowana. Zażenowana. I wychodzę wówczas na dumną panią z Warszawy, która nawet nie zna się na żartach i na wszystko kręci nosem. Sorry, ale mam dosyć wysłuchiwania grubiańskich, dwuznacznych żartów. Zawsze, ale to zawsze musiałam w towarzystwie udawać, że mnie niesłychanie śmieszą i jak to wiem, o co w nich chodzi. Szczerze? Nie zawsze wiedziałam. Mamy właśnie przy stole sytuację następującą: M, mama moja mi mówi, bym sobie ukroiła kiełby, wyszła bardzo dobra. Na co widząc moje mozolne jej krojenie uchachany wuj pyta, czy może powiedzieć mi żart. Taaa, w mig łapię jakiego typu to będzie żart, bo co mówi się na wsi, niezamężnej panience? A, że to jest wuj stary i już nie może, tym bardziej narasta w nim potrzeba opowiadania takich głupawych żartów. Podnoszę zatem wzrok, patrzę na niego chwilę i odpowiadam chłodnym tonem, że wolałabym nie. Na co ten wydłabusza ślepia i mówi: "Ta, to z Warszawy przyjechała i nic jej nie pasuje" Wkurw narasta. Jestem tym typem ludzi, których jest łatwo sprowokować, dlatego odparłam: "Nic takiego nie powiedziałam. Powiedziałam, że wiem, jaki to żart będzie" Chyba taki zyskałam respekt, że potem ten sam wuj bał się podać mi ręki i nie patrzył mi już w oczy. Haha!! :))) Czy ja wymagam tak wiele? Trochę kultury i pokory, ludzie!


I co wtedy powiesz tym ciekawskim ludziom mierny studenciaku? Powiem, że to moje życie i będę płakać, pocić się i krwawić, ale w końcu kiedyś będzie dobrze. Tak jak powiedział Pan Leszek: "Pani zrobiła duży krok do przodu. Teraz już nie ma odwrotu. Teraz nie ma kroków w tył, tylko do przodu. I Pani tam nie wróci" .I ja sama wiem, że jestem stworzona do rzeczy większych. Tyle, że cholernie paraliżuje mnie strach. Ale z drugiej strony obserwując ludzi w gminie T zadaję sobie pytanie: A, co sprawia, że myślisz, że jesteś od nich w jakikolwiek sposób lepsza? Bo obracasz się w otoczeniu doktorów habilitowanych i profesorów nadzwyczajnych? Bo starasz się wyeliminować ze swojej mowy oznaki tego skąd pochodzisz na rzecz elokwentnych wyrażeń? Bo jeździsz sobie na konferencje, na których badacze języka mówią o takich abstrakcyjnych rzeczach przy kawce lub herbatce? Bo możesz sobie spacerować elegancko po Łazienkach, pójść do teatru, podczas gdy dla jednych jedyną formą rozrywki jest oglądanie „Familiady”? Niby nie masz takiego prawa, ale jesteś cholernie wyjątkową jednostką i musisz sobie powtarzać to do usranej śmierci, żeby w to uwierzyć.


Sky full of stars.


Dawno nie najadłam się tak strachu. Wybrałam się do Li na rowerze. Jako, że w moim domu nic nie działa, jak powinno, tak samo i feralny rower, który zdążył zepsuć się 2 razy. Pomimo przeszkód dotarłam na miejsce, którym był dom Li. Miałyśmy dla siebie trzy godziny, ale jak wiadomo, wszystko ,co dobre szybko się kończy. A czas naglił. Także na wariata, w odblaskowej kamizelce, z jednym działającym przednim światłem ruszyłam przed siebie. W tamtym momencie dziękowałam, że właśnie ta jedyna lampka działa. Na trasie były zaledwie trzy latarnie^^, a przede mną rozpościerała się droga o widoczności jednego metra. Znaki świeciły tylko, gdy same były oświetlane.  Nie widziałam niczego oprócz, ani tego co po lewo, po prawo, w oddali. Była tylko ciemność i nicość, a nade mną niebo rozgwieżdżone niebo. Nie czułam już zimna. Z jednej strony wzywałam wszelkie bóstwa, by tylko mi łańcuch nie spadł z roweru. W przeciwnym razie straciłabym źródło światła i sama najpewniej błąkała się z godzinę. Co gorsza, telefon był prawie rozładowany, więc do domu też nie zadzwoniłabym. Jedyne co, to skupić się na jeździe i wiele się nie zastanawiać. Odrzuciłam negatywne myśli, strach i rozkoszowałam się jazdą. Ciepły, jak na tę porę roku wiatr smagał policzki. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, poczułam, że taka sceneria jest nawet bardzo przyjemna. Romantycznie nawet. Cały ten nastrój idealnie dopełniła by właśnie ta piosenka:






 


Ciąża we śnie symbolizuje nowe plany i nadzieje, które dojrzewają w nas i zostaną w końcu urzeczywistnione. Kobieta śniąca, że jest ciężarna: oczekuj od życia czegoś nowego, spełnią się twoje życzenia.  Sen w którym główną rolę odgrywają dzieci, zapowiada zawsze dużo radości i powodzenia w rożnych sprawach. Sennik Staropolski Gdy panna widzi we śnie ciążę, kobietę ciężarną bądź sama jest w ciąży powinna spodziewać się kłamstwa ze strony najbliższych osób. Lecz dla kobiety sen taki oznacza tylko i wyłącznie duże szczęście życia codziennego. Sennik Ezoteryczny- Widzieć siebie we śnie w ciąży oznacza nieprzyjemności.     Także ten. Po raz kolejny już śniło mi się to samo. I za każdy razem budzę się zdyszana, z głębszym oddechem. Sparaliżowana. Trzymam się nie wiadomo po co za brzuch. Po kilku sekundach stwierdzam, że wszystko jest w porządku, po czym opadam swobodnie na pościel. What the hell was that?


x


Mea culpa. Mea maxima culpa. My personal, cardinal sins 2016-03-05

      Klasycznagorzka na wskutek PMS, wiecznego bólu (dupska) istnienia i braku jakiejkolwiek motywacji, zamiast ucząc się na egzamin z historii literatury angielskiej (który stuprocentowo oblała, ale poprawi) postanowiła zrobić mały rozrachunek. Żadna z podanych tutaj rzeczy nie będzie ani szokująca ani wielce odkrywcza. Za to bardzo touching, bo pisałam  to o godzinie trzeciej, btw godzinie szatana podobno + bolało mnie serce po trzeciej  wtedy kawie :(  Chciałam jedynie zebrać to wszystko w jednym miejscu. Nie będzie wiele nowości w tym, że ostatnie dni były dla mnie cholernie ciężkie.  Właściwie nie pamiętam, żeby często trafiały się te dobre. Jedyne czego teraz potrzebowałam to ukojenie, a nie gnojenie. Not suprisingly dostałam właśnie to drugie poprzez następującą wiadomość:   „jak nie masz motywacji do nauki to ją znajdź, btw generalnie nikt nie ma motywacji do nauki.. jeszcze nie spotkałam człowieka który uczy sie z przyjemnosci.. „


A ja Wam powiem, że miałam. Aż za wiele. Potem dowiedziałam się, że prawdopodobnie nie będę mieć pracy, potem okazało się, że nie studiuję języka, lecz o języku. Miałam jej za wiele. To trochę jak z biegami długodystansowymi. Trzeba umieć rozłożyć energię, by nie paść w połowie trasy. Na początku pierwszego roku podjarana uczyłam się, choć czasem było to niewymierne lub nawet zbędne. Co z tego wynikło? Przy sesji letniej nie miałam siły. Chciało mi się płakać z niewyspania, bólu głowy i bezradności. A właśnie na końcowym odcinku należy przyspeedować, nadrobić dystans i przybiec z eleganckim czasem na metę. A skoro mam rozliczenie roczne większości przedmiotów sesja czerwcowa była decydująca. Odpuściłam sobie historię. Wystawiłam białą flagę, zamiast usiąść na dupie tydzień i uczyć się. Inną sprawą jest, że nie umiem odpoczywać. Aktywnie. Kiedy myślę sobie o ostatnich latach widzę jebane ławki w szkołach i tablice. A mózg odmawia mi momentami posłuszeństwa widząc stosy podręczników. Wszakże nie jestem dzięciołem i nie muszę całe życie dziobać. Mózg nie jest chyba takim głupim organem i sam daje do zrozumienia, że potrzebuje odpoczynku.     „jeśli masz depresję to musisz sama się z nią zmierzyć nikt Ci nie pomoże.. moja propozycja to wziąść tabletki NIE PIERDOL i iść do kościoła, przeprosić się z Bogiem i poprosić go o to czego się najbardziej potrzebuja, iść do spowiedzi i kożystać z sakramentów, odbyć pokutę. Nie mam innego pomysłu na depresję jeśli Bog tu nie pomoże to nikt. Słuchaj każdy jest sam odpowiedzialny za swoje życie, można marudzić i się użalać nad sobą albo wziąć się w garść i żyć jak najlepiej się da, bo my wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji, każdemu jest ciężko, ale mamy siebie żeby sobie pomagać i musimy razem żyć w zgodzie. „


Wiadomo, miała wiele racji. Jednak było w tym coś takiego, że zamiast mi pomóc zwyczajnie mnie wkurwiło. Wiem. Czułam, jakbym czytała kolejny poradnik. Kilka idealistycznych, suchych rad, zazwyczaj bez pokrycia. Takie, ja chcę dla Ciebie dobrze, daję Ci tutaj same złote maksymy, ale tak naprawdę mam Cię w dupie i radź sobie sam, a nie tracisz czas na czytanie moich wypocin. Whatsoever dzięki za kupno mojej książki, za coś żyć muszę. A Ty pozostajesz nadal ze swoim problemem. Szczerze nie mam ochoty chyba się z nią widzieć przez kilka najbliższych dni. Naturalnie będę się z nią kontaktować, ale jeżeli to dla niej wysłuchanie mnie jest zbyt obciążające, nie będę tego robić. Jak wiele razy powtarzam: NIC NA SIŁĘ.  Ale to nie jest temat mojej notki. Also, los geht's !!!

  1. Czy to aby lenistwo?

Tak jak cały czas piszę tkwię w pewnej próżni, nie robiąc jednocześnie niczego z życiem. Wielu powiedziałoby, że wynika to z tego, że nie chcę brać odpowiedzialności za swoje życie i konsekwencje wynikające z wyborów. Przecież jestem leniwa. Nie chcę zmian. W istocie to prawda. Ale tylko po części. Rzeczywiście przyznaję: zamykam się we własnej strefie komfortu. Albo inaczej w strefie ograniczeń pełnej barier. Face-to-face z paraliżującym strachem i obezwładniającą niedecyzjnością. Gdzieś poza rozpaczą. 24/7 Sam na sam z najgorszą wersją samej siebie. Uczuciem towarzyszącym mi od zawsze jest strach. Właśnie przez ten cholerny strach odebrałam sobie wiele szans. Przykładowo mogłabym udzielać korepetycji. W końcu wielu studentów z mojego wydziału to robi. Łatwy sposób na zarobienie pieniędzy. Wiedza przecież kosztuje. W istocie samej nie stanowiłoby dla mnie problemu wytłumaczenie dziecku z podstawówki czasów angielskich czy nauczenie strony biernej w niemieckim. I tu nawet nie chodzi o niechęć do dzieci. Dzieci cudze i na odległość są znośne. Jednak w mojej małej mózgownicy budzi się potwór, który jak mantrę mi powtarza, że nie umiem nikomu niczego wytłumaczyć, że jestem introwertyczką, że nie spodobam się rodzicom dzieci i podziękują mi po pierwszej lekcji. Że nie jestem wystarczająco dobra.
Nadmierna ambicja= brak sukcesu?                                                                                                                                                Klasycznagorzka zarażona wirusem perfekcjonizmu nie docenia siebie. Nie ufa sobie, poprzez co skazuje sama siebie na samym początku drogi na porażkę. Ba, już sama nie pamięta, że czasem ta droga do celu, podróż w głąb siebie i kształtowanie charakteru jest o wiele ważniejsze niż ten pierdolony cel. Im bardziej się starałam, tym większą presję sobie narzucałam, na wskutek czego rezultat był odwrotnie proporcjonalny. Działało to jak mętne koło. Kiedy poświęciłam czemuś czas, i to coś mi się nie udawało, wywoływało to we mnie jedynie frustrację. Im bardziej byłam zdemotywowana, tym bardziej sprawiałam wrażenie niekompetentnej, nie mającej pojęcia . Takim to właśnie sposobem pozostaję rozedgraną kupką nerwów, która z bolącym sercem obserwuje, jak spełniają się innym jej marzenia. A świat nie zatrzyma się, by ze mną zapłakać. Tak naprawdę nikogo nie interesuje moja historia. Liczy się efekt pracy, a nie potencjał. A to, czy ten efekt został uzyskany uczciwie to już inna sprawa.


    2. Czy można w ogóle użyć dumy jako mechanizmu obronnego?
Nie potrafię przepraszać. Nienawidzę poważnych, „dorosłych” rozmów. Uwielbiam za to dusić wszystko w sobie. Ewentualnie opisać nieudolnie tutaj. Na pierwszy rzut oka jestem żmijowata oraz zbyt dumna, wyniosła. Ironię mogłabym uprawiać jak sport olimpijski. Kto jednak ma ten zaszczyt^^ ( opalać się w moim blasku) poznać mnie bliżej wie, że jest to albo maska albo sposób na rozładowanie negatywnych emocji. A czasem po prostu się tak wyżywam na ludziach. Sorry, w końcu chociaż tutaj nie będę kłamać, co?                                                                                                                              A więc przepraszanie. W odmętach pamięci jestem w stanie odnaleźć kilka mało znaczących znajomości z podstawówki, tym samym kilka dziewczynek, którym ode mnie się dostało. Słownie. Szczerze przez bardzo długi czas nie byłam zbyt świadoma, jak działają słowa. Ale skoro prawie całe życie spędza się pośród intelektualnego dna ( inaczej nie mogłam), toteż późniejszy proces socjalizacji bywa trudny i bolesny. Przeraża mnie to. Lassen wir das. Jest jednak jedna osoba, która zaprząta od czasu do czasu moją uwagę, bo czuję, że potraktowałam ją cholernie źle. Łooooo, klasycznagorzka ma nawet śladowe ilości wyrzutów sumienia. No powiem wam, że czasem to aż sama siebie zadziwiam. Ano zdarzy się. Była o osobie tej mowa już tutaj. Otóż miałam w swojej klasie jednego kolegę. He he zaśmiałabym się, gdyby liczebność facetów wynosiła wtedy chociaż pięć, ale trójka była zdecydowanie zniewieściała, także z pięciu mamy dwójkę i tu jednym z nich się zajmijmy. Jakby to ugryźć? Boże, nienawidzę takich opowieści. Deprymują mnie. Klasycznagorzka, nie rób kabaretu, right? Lat pięciu nie masz? Wiecie, czasem właśnie czuję, że mam. Co więcej jakby ktoś mnie zostawił w hipermarkecie albo wielkim mieście, a ja nie wiem, co mam zrobić, dokąd pójść, do kogo się zwrócić.                                                                                                                              I tak w kółko Macieju. Nic tylko siąść i płakać.                                                                                                                                                                                                Druga liceum. Klasycznagorzka jest wyraźnie zaabsorbowana pewną osobą i nic ani nikt nie może do niej trafić. Cały świat przesłonięty. Nic innego poza nie istnieje. He he, gdyby tylko wtedy miała świadomość jak utopijne to będzie, możliwe, że nie studiowałaby teraz lingwistyki stosowanej ( he he czy aby rzeczywiście stosowanej?) lecz zaczęła leczyć się psychiatrycznie. Jednak życie złudzeniami pozostawia dłużej w euforii i równie mocno daje potem w dupsko. Jednocześnie zaczyna zauważać jakieś dziwne, dla niej raczej niepokojące zainteresowanie swoją osobą przez powyżej wspomnianego kolegę. Znaczy wtedy tego tak nie odbierałam. Rozmawiamy to rozmawiamy. Przecież z każdym można rozmawiać i nic w tym dziwnego. Jednak niektóre sygnały zaczęły tworzyć jakby pewną całość. Kiedy to pojęłam, a bardzo rozumna to wtedy jeszcze nie byłam, a już na pewno nie empatyczna, nie wspominając o jakiejkolwiek inteligencji emocjonalnej, przyjęłam pewną taktykę. Postanowiłam, że będę najbardziej nieznośna, chamska tylko po to, by kolega ten sam doszedł do wniosku, że jestem zdrowo rąbnięta i poszukał jakiejś bardziej wartościowej osoby. ( a tak naprawdę beziehungsunfahig) How sly of me, isn't it? I tymże sposobem moje bycie chamską i dumną było jedynie reakcją obronną. Kiedyś nawet stwierdził, że się mnie boi (akurat uważam, że jak się mnie boją to dobrze :P )) .Wiecie tak naprawdę bałam się. Jak cholera. No błagam, byłam głupiutką 7-nastolatką ( nie, żebym teraz miała dużo więcej, ale po prostu trzeba swoje dojrzeć, zrozumieć, a mi trzeba dać zawsze dużo dużo czasu) Tak, gnoiłam go strasznie, czego sobie nie mogę teraz zapomnieć. A może to tylko moje egoistyczne pobudki, bo ktokolwiek był wówczas jakoś na mnie zwrócić uwagę ( a powiem Wam porównując moje zdjęcia z tamtego okresu, że lustra, to wtedy nie posiadałam, aż tak źle) i teraz mi tego brakuje? Na domiar złego/dobrego** (** niewłaściwe skreśl) złożyliśmy papiery na ten sam kierunek w dwóch miastach. Tych samych tylko kombinacje językowe inne. I tak teraz już drugi rok studiujemy sobie wesoło (he he lyngwa nie je asz tak fajyna) na dwóch różnych wydziałach w tym samym mieście. Boże, niech ja już to wszystko wypluję z siebie i nie przeciągam.. Nie był nigdy zbyt towarzyską osobą, określał siebie raczej jako aspołeczną (he he muszem siem tu zgodzić) i czasem, kiedy mu nasze cipencje dogadywały miałam ochotę coś odpyskować, jednak nie zrobiłam niczego. Jako usprawiedliwienie dodam, że nie chciałam pogarszać swojej i tak już napiętej sytuacji na linii klasa { - 3 osoby}->wychowawca. Najśmieszniejszym jest to, że mimo całej niechęci, po maturze jakoś brakowało mi tego, że chociaż się kręcił w pobliżu. Tak, nie zrozumie nikt kobiet. Nawet one same siebie. Kiedy zaczęłam studia w stolycy zbierałam się wielokrotnie by napisać, odezwać się. Moje zbieranie się trwało nawet kilka miesięcy. I wiecie od czasu do czasu czułam obowiązek napisania kontrolnie, by dowiedzieć się, czy wszystko jest w porządku. Czasem to co słyszałam przerażało mnie. Że wpada w depresję, że nie ma gdzie z kim wyjść i tak dalej. Cholernie mi było żal, chciałam coś z tym zrobić, ale się bałam. Co więcej mało kto z byłej klasy odzywał się do niego. Chciałam jakkolwiek okazać zainteresowanie, ale odpowiedzi były krótkie i zdawkowe, przez co wywnioskowałam, że raczej powinnam się nie wydurniać. Czułam się jak intruz, że dostałam nauczkę. W okolicy grudnia poczułam okropną potrzebę wygadania się. Najlepiej by była to osoba spoza wydziału, byłej pracy, akademika. Napisałam i widzieliśmy się. Oczywiście z godzinę siedziałam nad wyświetlaczem telefonu by napisać, bo czy to wypada? O matgo, jaki słowotok miałam.. tak, powiedziałam o blogu, o tym, jak mi się tu mieszka i innych takich. Zapytał właśnie o T, sam mi opowiedział o kimś. Pomyślałam, że to nawet bardzo dobrze i szczerze ulżyło mi. Ostatnio w styczniu napisałam by złożyć życzenia urodzinowe. Zapytałam jak je spędza, czy ze znajomymi z wydziału, czy melanż. Dostałam odpowiedź, że nie świętuje urodzin i jak ustaliłam spędza je siedząc przez monitorem. Taaaa, nie świętuje. Zapewne chciałby. Wiem coś na ten temat, bo jakby nie patrzeć praktycznie nigdy nie miałam jako takowego przyjęcia, tortu, gości. A bardzo bym chciała. W ostatnie miałam ochotę wyć do księżyca. Sowieso wracając do meritum mam jednak swoje wyrzuty sumienia i to, że coś zostało niewyjaśnione, niedopowiedzone, a ja nie wytłumaczyłam swojego zachowania. Chociażby dla świętego spokoju. I tak mi to chodzi po głowie od października 2014. Lepiej to po wymiotowaniu po mocno zakrapianej imprezie się czułam nawet, a tutaj ciężko mi strasznie nadal. Bo wiecie.. nie chodzi teraz nawet, że szukam nagle pocieszenia. Bo nie. Ale strasznie chciałabym się móc z nim  zaprzyjaźnić, tylko nie bardzo wiem, jak to rozegrać, o ile w ogóle. Wczoraj pisał mi, że nie za bardzo ma z kim porozmawiać, że wszystko jest takie nijakie.. krótko mówiąc wpada w taką samą depresję, jak ja. Znów się wydurniłam, zaprosiłam na szeroko pojętą alkoholizację (piwo), ale stwierdził, że musi się uczyć na poprawki. Okay. Kapiere. Gdy dopisałam, że trudno, najwyżej w najbliższym czasie, odpisał, że to się zobaczy, co dla mnie równa się z pokazaniem środkowego palca. Cholera!! Czy teraz kiedy ja wyciągam do niego przyjacielską dłoń, chcę poświęcić trochę swego czasu i uwagi, próbuje mnie karać, że go spławiłam na drzewo?? To mu nawet nie pomaga, wręcz przeciwnie. Szkoda mi go. Jest tak samo rozpity, przybity. Wrażliwy i smutny.  I sam w tym wszystkim. Jednocześnie coś bym chciała zrobić, a z drugiej nie mogę wyjść na zbyt nadpobudliwą i natrętną, bo pomyśli, że szukam sobie albo frajera albo substytutu za T. 

6


3.Prokrastynacja? Między innymi wynika ona ze złudnego przekonania, że czas zatrzymał się dla mnie w miejscu. Sama zaś utwierdzam się w fakcie, że mam go tak wiele i nie muszę się w swoim życiu z niczym spieszyć. Tak, oczywiście wyznaję zasadę, że pewne rzeczy mają swój czas i miejsce ( e.g małżeństwo). Ale czasem wyobrażam sobie (nie daj Boże), że słyszę diagnozę lekarza, że zostało mi tyle a tyle miesięcy a potem kaputt. Zadziwiłabym zapewne samą siebie, ile zrobiłabym rzeczy, których się zawsze bałam. W końcu wtedy naprawdę nie miałabym niczego do stracenia. Uważam teraz każdy kolejny, dany mi dzień za pewnik, a kiedy coś jest znane i pewne i oczywiste staje się pozbawionym barw. Rutyna. I mówię sobie, że jakoś to będzie. Zrzucam z siebie odpowiedzialność i czekam..



55



4.     Zazdrość? Od kiedy pamiętam porównuję się. Przecież nikt nie powiedział klasycznejgorzkiej, że to tak naprawdę jest funta kłaków niewarte i jest wyjątkowa i wartościowa sama w sobie. Od małego żyję w tym chorym przekonaniu, które tylko przysparza mi wiele nerwów i łez. Muszę odkryć to sama na drodze pracy nad sobą. To jednak ma swoje dobre i złe strony. Kiedy porównuję się do osób wiele wiele biedniejszych finansowo czy intelektualnie czuję ulgę. Myślę sobie, że może rzeczywiście nie jest ze mną tak źle i wyjdę kiedyś na ludzi. Tak, to jest cholernie egoistyczne. Ba, świadczy nawet o moim niedowartościowaniu. Owszem jestem też w stanie wymienić kilka osób z otoczenia, które kombinują na każdym polu i wychodzą z tego jeszcze lepiej niż ja. Nic dziwnego, że czuję wtedy frustrację. W końcu kim jestem? Ta uczciwa czy ta frajerka? Jeszcze gorzej jest natomiast przy sytuacji odwrotnej. Nie potrafię cieszyć się z cudzych sukcesów. Automatycznie zaczynam dopatrywać się negatywnych cech danej osoby. Nie widzę, że może rzeczywiście dana osoba zasłużyła na coś, tylko czuję ukłucie w sercu, dlaczego ja tego nie otrzymałam. Pytanie jest inne: A Ty, klasycznagorzka co zrobiłaś w tym kierunku? I często zdarza się w istocie, że ta osoba technicznie była mniej zdolna ode mnie, ale zrobiła to , czego ja nie. Mianowicie zaryzykowała zrobić coś niedoskonale, zamiast doskonalić się w „nicnierobieniu” I tu tkwi cały szkopuł. Ja wiele planuję, marzę, zamiast naprawdę spróbować i ponieść porażkę. Moje chore, ambitne cele od zawsze nie pozwalały mi ruszyć z miejsca.



5.    Pewnie nie raz, nie dwa pożałuję, że źle myślę o sobie. Pożałuję wiecznego niezadowolenia z samej siebie. Z niedoskonałego wyglądu. Nieposiadania torebek z Stradivariusa. Nieumiejętności w makijażu, doboru fasonów, kroju. Pogardy z tego, że nie jestem Blondyną. Jednocześnie te wszystkie pierdoły brzmią jak bluźnierstwo naprzeciw faktu, że każda kończyna mego ciała jest w pełni sprawna. W końcu na własnych, krótkich nóżkach mogę wyjść poza akademik, za pomocą zdrowych rąk i nóg jestem w stanie nauczyć się pływać. Nie czuję pogardy do samej siebie, bo w najprostszych czynnościach jestem zdania na siebie. Nie, bo nie jestem.



A odpowiedź na moje wszystkie pytania i lekarstwo na ból wydaje się być banalna, tylko albo nie umiem, albo nie chcę jej dopuścić do rozumu : „Tylko miłość może mnie uratować, a miłość mnie zniszczyła.” – Sarah Kane                                                                                                                                                                                     Chciałabym, żeby ktoś powiedział, że spotka mnie jeszcze wiele dobrego i że ja jestem najlepszym, co mogło się komuś trafić.



                                                                                                                                                                                                          




             Szczerze przyznaję, że czekam z niecierpliwością na premierę!!!!



*********************************************************************************************************************



"Do cholery, chłopie! Nie zakochuj się w kobiecie tylko dlatego, że ma ładny tyłek lub niezłą trójkę do oddychania. Nie zakochuj się tylko dlatego, że ma piękne kształty. Zakochaj się raczej w zapachu jej skóry, w emocjach, które daje ci jej uśmiech. Zakochaj się raczej w jej uściskach i pieszczotach. Zakochaj się w jej niedoskonałościach, spraw aby były unikatowe i niepowtarzalne. Uchwyć jej prawdziwą istotę, upij się nią. Nie zwracaj uwagi na zasady, zagłęb się w jej duszę i osiągnij centrum jej serca. Zakochaj się w tym, ponieważ jest to jedyna rzecz, którą będziesz mógł znaleźć zawsze". — Bob Marley    






Tymczasem dobranoc. To be continued. ;)))


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]