klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
All good things come to an end... 2016-02-19

     "Są osoby, które same dla siebie budują klatki i zamykają się w środku. Następnie biorą kluczyk do ręki, robią zamach i wyrzucają go najdalej jak mogą. Wtedy zaczynają przekonywać innych do tego, jakie ich życie jest do bani, bo chcieliby robić tyle świetnych rzeczy, ale jak, skoro dookoła siebie mają kraty? Nie widzą, że te kraty są zrobione ze słów, które same sobie mówią: „Nie umiem”, „Nie mogę”, „Nie mam szczęścia”, „Ona była inna, niż pozostałe”, „To był ten jedyny”, „Takie uczucie zdarza się tylko raz w życiu”.
Odpowiednio asertywna osoba powinna odpowiadać wtedy: „Gówno prawda”.
      To nie życie odbiera ludziom szanse. Ludzie odbierają je sobie sami wierząc w to, że mają do przeżycia tylko jedną piękną miłość, tylko jedną szansę na biznes, tylko jedną taką przyjaźń i tylko jedną karierę, a później tylko nicość. Kiedy już jedną z nich wykorzystają to zaczynają panikować, bo dalej jest tylko otchłań.
      Tylko że to ma miejsce tylko w twojej głowie. Możesz być elektrykiem z wąsem, panią Jadwigą po siedemdziesiątce, nastoletnią fanką Justina Biebera albo prezesem banku w garniturze na miarę i trzema rozwodami na koncie, a to wciąż oznacza, że masz tyle szans na szczęście ile sam sobie weźmiesz.
To, że nie zapominasz nie znaczy, że nie możesz zapomnieć. To oznacza, że jeszcze nie jest odpowiedni czas.
Relacje mają to do siebie, że wszystkie umierają. Najpierw powszednieją, a później, jeśli przestaje się je podtrzymywać, zaczynają się rozluźniać i wreszcie się kończą. Bez bólu. Bez histerii. Bez gniewu i bez żalu. Ludzie odwracają się od siebie i odchodzą czując to, co czuje się po sprzedaniu starej sofy – nostalgię wymieszaną ze słowami: „Wreszcie mam miejsce na coś innego. Może postawię tam lampkę i wielki fotel, w którym będę czytać książki?”.
    W tym momencie są gotowi pójść naprzód.
    Czasem ma się jednak pecha. Wtedy miłość jednej osoby kończy się wtedy, kiedy druga jest jeszcze na niekończącym się dopaminowym haju. Ona odchodzi i zostaje się z poczuciem: „Chcę więcej”. Wykorzystuje się to w restauracjach – im lepszy kucharz, tym mniejsze daje porcje. Wiesz dlaczego? Bo zanim nasycisz swój głód to już całe danie znika. Już go nie ma. Zostaje ci jego wspomnienie, które możesz idealizować.
   Idziesz wtedy na randkę. On ma zarost i skórzaną kurtkę, ale wydaje się zbyt grzeczny, więc stwierdzasz: „To nie to”. Starasz się poznać kogoś innego, ale poznajesz wyłącznie osoby, które są o wiele gorsze od twojego eks, który w twojej głowie stał się już trzy razy zabawniejszy, pięć centymetrów wyższy i na co dzień wyglądający tak, jak modele na zdjęciach w magazynach.
   W końcu dochodzisz więc do wniosku, że takiej miłości już nie przeżyjesz.
    Możesz myśleć, że świadczy to o niesamowitych uczuciach. Możesz też myśleć, że przypieczony tost jest ostatecznym dowodem istnienia boga. Możesz, ale nie znaczy to, że tak naprawdę jest. To świadczy tylko o tym, że jak większości ludzi brakuje ci perspektywy. Zamiast przewidywać przyszłe zagrożenia i szanse jak w analizie SWOT uogólniasz swoje obecne samopoczucie na przyszłość. Jeśli dzisiaj jest dobrze, to z odwagą patrzysz w przyszłość. Jeśli akurat masz doła to wydaje ci się, że to złe życie, a nie jeden zły poniedziałek spędzony wśród upierdliwych klientów. Jeśli rozstajesz się z kimś o tyłku Ryana Reynoldsa to płaczesz, że to taki ostatni w twoim życiu, bo przecież masz już 22/25/31 lub 34 lata i to co dobre jest już za tobą. Czujesz jakie to żałosne?
   W praktyce oznacza to tylko, że uporczywie trzymasz się tych wspomnień, bo czujesz, że ignorowane uczucia odchodzą, a ty jeszcze nie jesteś gotowa na wyrzucenie tej starej sofy, na której przeżyłaś tyle miłych chwil.
  Ale będziesz na to gotowa i wtedy przeżyjesz coś znacznie lepszego.
   Nie zapomnisz jeśli nie będziesz dawać szansy innym ludziom
   Ludzie nie zawsze dostają to na co zasługują. Czasem dostają coś tylko dlatego, że mieli szczęście, tak jak w totka ktoś trafia szóstkę, chociaż jest na to szansa 1 do 10 milionów. To jednak nie oznacza, że liczenie na wygranie w kumulacji jest dobrym pomysłem na życie.
   Niestety znam osoby, które uważają, że to genialna strategia w przypadku związków. „Po prostu tutaj będę i spotkam kogoś cudownego i wtedy pokażę jaką wspaniałą osobą jestem”.
  Problem w tym, że zwykle mocno ogarnięci ludzie spotykają się z tak samo ogarniętymi osobami. Kobieta, która ma skończone studia MBA i samochód służbowy droższy, niż mieszkanie przeciętnej osoby, nie będzie raczej spotykała się z kimś, dla kogo szczytem stylu jest założenie sweterka w poprzeczne paski wyciętego w serek, wyjście najebać się ze znajomymi i pytanie później przypadkowych osób czy chcą wpierdol. W drugą stronę działa to dokładnie tak samo, więc mężczyźni spotykają się z kobietami, które są nie tylko atrakcyjne, lubią seks, techno i czarno-białe zdjęcia, ale też mówią im coś takie słowa jak Bergman, Foucault i kot Schrödingera. Tylko czasem mężczyźni wybierają kobiety oceniając wyłącznie ich kompatybilność z aktualnie noszonym krawatem, ale zdradzę ci sekret – to nigdy nie jest dla nich związek. To jest układ.
    Fakty są takie: jeśli od 1 do 10 oceniasz się na 6, to pewnie możesz spotykać się z kimś, kogo oceniasz na 5, 6 i 7, ale osoby od 1 do 4 zignorujesz, a te powyżej siódemki zignorują ciebie. Czasem jednak się zdarza, że w twoim życiu pojawia się dziesiątka – odpowiednik głównej wygranej w loterii. Osoba, na którą nie zasługujesz. Nie masz pojęcia co w tobie widzi, ale się tym nie przejmujesz, bo jaka to różnica. Masz gdzieś, że cię nie szanuje, bo przecież nie masz za wiele szans na to, żeby spotkać porównywalną osobę. I kiedy ona odchodzi czujesz się z tym chujowo, bo nie wiesz jak to się stało, że ta osoba pojawiła się w twoim życiu i nie wiesz, co zrobić, żeby pojawiła się tam inna.
   To jest idealny moment, żeby przestać wierzyć w farta, a zacząć wierzyć w siebie, bo do wyboru masz tylko:
1) Czekać na kolejny odpowiednik szóstki w totka
2) Stać się lepszą osobą.
   Nie musisz być Sherlockiem Holmesem, żeby zauważyć, że pierwsze podejście nie działa i wiedzieć, że to, co działa to DAWANIE SZANS:
- sobie, żeby każdego dnia być bardziej atrakcyjną, mądrą, zaradną osobą;
- i innym, żeby mogli pokazać, co jest w nich najlepsze.
"  
Słowem wstępu. Cały tekst zaczerpnięty ze strony „Volanification”. Swoją drogą mam nadzieję, że mnie nie przymknie nikt za to kopiowanie. Wprawdzie cytuję, podaję źródło, ale nic nie wiadomo..Zwyczajnie czasem te teksty tak bardzo przenikają mnie od środka, że nie potrafię ich sparafrazować, muszę koniecznie się nimi podzielić i przy okazji zareklamować takiego bloga. Nieeeee, nie kończcie jeszcze czytać!! :)))) By the way: Jest mi niezmiernie miło widząc statystyki odwiedzin. Czasem zastanawiam się, czy są to osoby całkowicie przypadkowe, który zobaczyły fajny tytuł notki, weszły, rozczarowały się i wyszły, czy jednak mam (jeżeli mogę tak to ująć) stałych "czytelników" Ujawnijcie się kiedy!!!!


Siesiesie siemaaaaaa!!! Witam po kilkudniowej przerwie. Była ona potrzebna. Z resztą jak zawsze. Wiecie, chociażby dla uzyskania dystansu, spojrzenia z innej perspektywy, odpoczynku psychicznego itede itepe. A jak wiadomo, auf psychisches Wohlbefinden lege ich groBen Wert. Wróciłam we wtorek z Odzi. Dokładnie, jak w szwajcarskim zegarku o godzinie 15:34 znajdowałam się już na warszawskim Ursusie. Zmęczona niemiłosiernie, głodna i brudna ogarnęłam wzrokiem widok zza okna. Wracałam. Bo przecież miałam dokąd. Swoją drogą to zdanie wypowiadane w tamtym momencie w głowie brzmiało jakoś dumniej. Poczucie ulgi. Jak ci wszyscy pasażerowie, tak i ja miałam miejsce przeznaczenia: WARSZAWA CENTRALNA. Najgorzej jest jeździć bez celu, przekonania; do nikąd i nikogo. Choćby dlatego wpadłam taka szczęśliwa do mojego 110. Wczoraj leżąc w łóżku uzmysłowiłam sobie, że nie wyobrażam sobie mieszkania nigdzie indziej niż w akademiku. Przynajmniej na ten moment. Czasem łapię się na tym, że mówię "wracam do domu" mając na myśli akademik. W grupie pytają mnie czy nie tęsknię.. tęsknić? a co to właściwie znaczy?? Ponadto zapomniałam nawet jak to jest jeść posiłki przy stole z innymi ludźmi. Nasz pokój pełni zaś funkcję jadalni, sypialni, garderoby i salonu. Widok wysprzątanego pokoju zawsze daje mi jakieś poczucie ulgi, spokoju i bezpieczeństwa. Wykąpana, z błogim uczuciem zmęczenia zasnęłam oglądając "Chłopaki nie płaczą" Wierzcie mi albo i nie, ale nie znałam tej komedii zbyt dobrze.                                                                                                                                                                                 Nie trudno domyśleć się, jakie uczucia wzbudziła we mnie  Łódź. Nie byłam tam zbyt wiele razy. W liceum może  raz czy dwa. Właściwie nie zapamiętałam niczego z tych wycieczek, ale patrząc na zdjęcia wyglądałam koszmarnie. Mogłabym śmiało konkurować ze strachem na wróble. Dessen bin ich wohl bewusst. Teraz miałam okazję podziwiać miasto za dnia i nocą. Jestem szczerze przerażona.. oczywiście polecam ulicę Piotrkowską, jako najdłuższy deptak w Europie. Nie odmawiam mu uroku. Poza nią można wyróżnić wiele innych pięknych, starych budynków. Są one niestety zniszczone, pomazane spray'em, obdrapane. Jednym słowem zapomniane. Porównałabym do tutejszego Ursusa. Co więcej jestem pod wrażeniem tego, że maszynista w tramwaju musi przed skrętem  ręcznie  przełożyć jakąś wajchę..?? tu czas się naprawdę zatrzymał..?? Na każdej z ulic jest kilka sklepów monopolowych. Przechodnie patrzą na Ciebie spod byka, a jeszcze łatwiej o jakąś zwadę i bójkę. Raz siedząc w tramwaju z M czułam na swoich plecach wzrok jednego pijaka..Cholera, nie chciałabym żyć w miejscu, w którym muszę każdego dnia obawiać się o swoje życie.. Co więcej.. nie umiem tego oddać, ale tam panuje jakiś smutek.. czuję to w tych jeszcze szarawych  blokach, zmęczonych twarzach ludzi, w tych zniszczonych, a pięknych budynkach. To miasto jest całe pogrążone albo w depresji albo w śnie zimowym. Rozmawiając z I, Z czy M miałam wrażenie, że odbierają mnie, jakbym się wywyższała.. Nie, nie chodzi o to, że jestem teraz wielką szlachcianką z Warszawy.. ha ha!! Bynajmniej! Jednakże po tych kilkunastu miesiącach spędzonych tu przywykłam chyba do innego standardu. Dla mnie to tutaj stało się czymś normalnym. A teraz jeszcze bardziej doceniłam. Przecież zawsze mogło być gorzej. Tak, irytującymi są ceny mieszkań, jedzenia, biletów, no dosłownie wszystkiego w porównaniu do Łodzi, ale to było  do przewidzenia. Wszakże stolyca :/                                                                                                               



Zrozumiałam wtedy jedno.. nigdy, ale to przenigdy nie powinnam godzić się w swoim życiu na byle jakość.. na byle jakie życie, byle jakiego faceta, byle jaką pracę.. I wiecie.. aż uśmiechnęłam się do tej myśli.. bo chyba wiem od kogo, całkowicie nieświadomie się tego nauczyłam.. a właśnie od T. Ten sam podróżniczek z plecaczkiem zasypujący mnie zdjęciami, pocztówkami, wycinkami z gazet, paragonami, ulotkami i opowieściami o swoich wycieczkach (czasem słuchałam z zachwytem, ukłuciem w sercu, a czasem przysypiałam nie przerywając z  grzeczności) obudził we mnie jakieś skrywane ciche pragnienie poznawania. Tyle, że strach jest zawsze silniejszy. Właściwie nie pamiętam, żeby mi nie nie towarzyszył.


"Clark, już prawie słyszę, jak zaczynasz protestować. Tylko nie panikuj ani nie próbuj oddawać
tych pieniędzy – nie
ma tego tyle, żebyś mogła siedzieć na tyłku i nic nie robić przez resztę życia. Ale powinno
wystarczyć, żeby kupić ci
wolność: i od tego klaustrofobicznego miasteczka, które oboje nazywamy domem, i od wyborów,
do których, jak ci
się wydawało, byłaś zmuszona.

Nie daję ci pieniędzy, żebyś za mną tęskniła albo czuła się moją dłużniczką, ani na jakąś cholerną
pamiątkę.
Daję ci je, bo już niewiele jest rzeczy, które sprawiają, że jestem szczęśliwy, ale tobie się to udaje.
Zdaję sobie sprawę, że stałem się dla ciebie powodem cierpienia i rozpaczy, ale mam nadzieję, że
któregoś dnia,
kiedy będziesz mniej zła na mnie i mniej smutna, zrozumiesz, że mogłem zrobić tylko to, co
zrobiłem, ale też że to
pomoże ci mieć naprawdę dobre życie, lepsze, niż gdybyś mnie nie spotkała.
Pewnie przez jakiś czas będziesz się czuła nieswojo w tym nowym świecie. Człowiek zawsze
czuje się dziwnie,
kiedy musi wyjść ze swojej wygodnej norki. Ale mam nadzieję, że poczujesz także radość. Twoja
mina wtedy, kiedy
wróciłaś po nurkowaniu, powiedziała mi wszystko: masz w sobie głód, Clark. Nieustraszoność.
Tylko zakopałaś ją
gdzieś głęboko, tak jak większość ludzi.

Nie mówię, że masz skakać na bungee z wieżowców czy pływać z wielorybami (chociaż cichcem
bym się z tego
cieszył), ale żebyś żyła odważnie. Zmuszaj się do przekraczania własnych granic. Nie spoczywaj
na laurach.
Noś
z dumą swoje pasiaste rajstopy. A jeśli się upierasz, żeby związać się na stałe z jakimś śmiesznym
gościem,
zachowaj to gdzieś w sobie. Świadomość, że wciąż masz przed sobą możliwości, to luksus.
Świadomość, że
mogłem ci je dać, to dla mnie w pewnym sensie ukojenie.

To właśnie chciałem ci powiedzieć. Pozostaniesz na zawsze w moim sercu, Clark. Byłaś w nim od
pierwszego dnia,
kiedy weszłaś do pokoju, ze swoimi odjazdowymi ciuchami, kiepskimi żartami i kompletną
niezdolnością ukrywania
uczuć. Zmieniłaś moje życie dużo bardziej, niż te pieniądze zmienią twoje.
Nie myśl o mnie za często. Nie chcę, żebyś się mazała. Po prostu żyj dobrze.
Po prostu żyj.
Ucałowania, Will""
 
Jojo Moyes "Zanim się pojawiłeś


 


A przecież założyłabym się jakiś czas temu, że jest mi to wszystko i jedno? A jednak nie? Jak to możliwe, że jestem w stanie dopatrzyć się stopniowo coraz to nowszych zalet wynikających z tego położenia? Okay. To brzmi tak dumnie, że aż serce z piersi wyrywa, ale w rzeczywistości.. ale w rzeczywistości trzeba sobie tak tłumaczyć. Bo przychodzą mimo wszystko momenty najgorzej.. najgorzej jak nigdy.Ale  po przeczytaniu napisu poniżej uświadomiłam sobie, że w istocie.. wszystko co najlepsze dopiero przede mną.. a że jestem dojrzalsza niż kilka lat temu, będę przeżywać i zapamiętywać jeszcze bardziej intensywnie. Czyż to nie piękne?? ooo, jakież to porywające  wyznania w przypływie nagłej radości napisałam.. aż sama w nie nie wierzę :/  Jakie pierdy.


 


    Co do samej stolycy.. pamiętam, pamiętam. Mówię i piszę to wszystkim wciąż, że nie ukochałam sobie tego miejsca. Zgadza się. Ale spędziłam tu jakby nie patrzeć kilkanaście miesięcy i z tego, co się orientuję mam ponad tyle samo tu jeszcze mieszkać. Z tego powodu doszłam do wniosku, że nie mogę tak zażymać się na to miasto i ludzi, lecz powoli je poznawać. Kto wie, może kogoś tutaj zabiorę i będę musiała pokazać atrakcje. Najgłupszym pomysłem świata byłoby zatem przez te miesiące siedzieć na fb i scrollować. Picie w tutejszych barach, a potem wałęsanie się w poszukiwaniu drogi i okazyjne poznawanie ciemnych zaułków i ciemnych typów również odpada. Natomiast przyznać muszę, że spodobała mi się jedna wycieczka tematyczna, którą poprowadził administrator strony „ABC Warszawy”. Wycieczka nosiła nazwę „ Zakątki nowej Pragi”. Po niej postanowiłam, że będę sama po trochu starać się zobaczyć tu coś innego, dotąd dla mnie nieznanego. W końcu to bezsensowne spędzić tu łącznie 3 lata, nie wiedząc niczego oprócz adresów pobliskich barów, monopolowych, kebapów.



Wracając do meritum uciekłam do Łodzi właściwie z kilku powodów. Po pierwsze chciałam zobaczyć dawno niewidziane znajome z liceum. Po drugie bezsensownym byłoby spędzanie 14 lutego oglądając „Dziennik Bridget Jones” A skoro nie wracałam na moje piękne włości, jedynym sposobem było znalezienie najtańszego pociągu i w drogę! Wiem, to dziecinne, ale ja jarałam się, że w przeciągu godziny czterdzieści pięć mogę znaleźć się wśród znajomych. Taaa, podróżowanie takie cool#takie proste#takie tanie##tanie#tanie#tanie### (To może ja rzeczywiście rzucam tę lingwistykę i zrobię sobie od razu biust, złapię jakiegoś frajera, a potem popijam drinki w Saint Tropez??) Chyba upłynie jakieś kilkadziesiąt lat zanim się o tym sama przekonam i nauczę niemieckiego perfekt, na ja.. W czasie ferii do T nie pisałam, a już nie daj Boże czternastego.. nie chciałam wiedzieć, co robił tego dnia, ale zapewne w przeciwieństwie do mnie, czasu nie tracił. Ostatnio uświadomiłam sobie, że przyjdzie czas, kiedy będzie trzeba zakończyć zabawę w "przyjaźń" i  Es ist aus.. wyobrażałam sobie scenę, że jakimś jakimś cudem częstochowskim miałabym chwilowo mieszkać w mieście B (he he Mała, wolne żarty), że specjalnie musiałabym zmienić wizerunek, na wypadek gdybyśmy mieli się gdzieś spotkać.. i taki dzień następuje.. jakiegoś letniego dnia w U-Bahnie przypatruje mi się doszukując się dawnej przyjaciółki.. krzyczy coś za mną po polsku, biegnie , a ja uciekam co sił w piersiach i mówię po angielsku, że spieszę się i pomylił mnie z kimś.. przeraża mnie taka perspektywa. Póki co jest fajnie, heheszki śmieszki, odcięcie pępowiny i nieświadomość do pewnego stopnia. Bo jakoś to jest. "Nic nie może przecież wiecznie trwać..". Klasycznagorzka, keep that in mind.. Ja zwyczajnie nie mogę sobie wciąż uzmysłowić, że będzie trzeba pozwolić stopniowo odejść moim znajomym. Pozwolić im ułożyć sobie życie, jak tylko chcą. Ja mogę jedynie stać z boku i obserwować..



Z M spędziłam łącznie  3 dni głównie na jedzeniu, spaniu, oglądaniu serialów po angielsku. Nasłuchałam się o glutenie. Przeraziłam się  przy robieniu zakupów, ,sprawdzałam jak głupia czy na etykietach nie widnieją czasem takie nazwy jak: tłuszcze utwardzone, tłuszcz palmowy, mleko w proszku itd. Smutne, ale wszędzie jest chemia. Doszłam do wniosku, że muszę stopniowo coś w swoich nawykach żywieniowych zmieniać. Przykładowo pieczywo, po którym ostatnio czuję, jakbym miała zamiast brzucha piłkę.. obawiam się, że to co jem, może przekładać się w pewnym stopniu na moje samopoczucie. Poszłyśmy również razem na siłownię. Przyznaję nawet mi się podobało, a i miałam też zakwasy ;)))


  

    Po trzech dniach spotkałam się z I i Z. Mam wobec nich wyrzuty sumienia, bo naburkałam na nie przez telefon. Przeprosiłam potem za nastroje. W pociągu zastanawiałam się dlaczego właściwie tak się zachowywałam? Przecież były ferie, nie musiałam się uczyć na poprawki..ani nic. Co jest więc grane? Chyba próbowałam się wyładować na nich z jednego powodu.. głupia ja. Ich bin mich selber schuld. Zjadłyśmy razem obiad. Nie obyło się bez picia :))) . Jak się nie ciężko domyśleć, klasycznagorzka ma jak zawsze stały problem z proporcjami, szybkością spożywanego alkoholu i jego rodzajem. Królowa sedesu. Nawet do tego potrzebuję anioła Stróża xD Nie trudno odgadnąć, że się nawaliłam  nieco. Ale to nie wszystko. Miałyśmy z I pewną misję. Mianowicie uzyskać parę informacji. Dowiedziałyśmy się kilku rzeczy, aczkolwiek wersja wydarzeń była nieco okrojona. O kim mówię? O dziewczynie z początku mojej ostatniej notki (Z). O zrywaniu i mistrzowskim pluciu jadem :)))  Generalnie to wyszło bardzo składnie, bo każda z nas miała coś do powiedzenia, niby zwierzenia. Ha ha!! Nie chciałby słyszeć tego, co tak naprawdę chciałam wykrzyczeć.. lassen wir das. Ale też nie okłamałam ich. Powiedziałam im o tej mojej zabawie w studiowanie „lingwistyki”, o kiepskiej przyszłości, o tym, że nigdy nie będę nativ'em i dlatego, to takie utopijne.. To było naprawdę nic. Jedno zdanie I dźwięczy mi cały czas w uszach. I Popatrzyła na mnie, wydaje się zmartwiona, i powiedziała:” X..., Ty chyba już się poddałaś..” (o ile moje zaćmienie alkoholowe nie spowodowało zmiany znaczenia ) Tak cholernie chciałam jej powiedzieć, że nie mam na nic siły. Nie potrafiłam nawet tego dobrze w słowa ubrać. Bo jak niby wyrazić beznadziejność tego wszystkiego. Nie mam siły ani na wstanie z łóżka, pomalowanie paznokci, wykąpanie się, ubranie tak po ludzku, przygotowanie posiłku. Bo po co? W końcu miałam bad hair day – tyle, że every day. Widziała przed sobą wrak, niespełna 50 kilogramowy wrak. Sińce pod oczami, zniszczone, przydługie włosy z odrostami, wysuszona skóra, mętny uciekający wzrok i ta wiecznie przylepiona do twarzy mina kota srającego na pustyni.. Das bin ich!! Tsa buuuum!! Widziałam, jak musi się wstydzić wziąć mnie na swój wydział prawa xD, że aż podarowała mi swoją za małą marynarkę. Kocham ją za to.. nie głaszcze mnie jak kota pod włos, tylko mocno potrząsa i mówi, co można by zrobić. M za to dała mi do zrozumienia, że nie tylko nie potrafię zadbać o swoje żywienie, sylwetkę, to również o makijaż.. I niby coś bym zrobiła, ale potem zdaję sobie sprawę, że to takie błahe rzeczy. Nie mam siły być stu procentową kobietą.... Das ist mir nebensachlich. Istnieją w końcu ważniejsze rzeczy.. Dodatkowo denerwuje mnie, że ludzie próbują mi narzucić jak mam wyglądać, jak zachowywać, co mówić, czego nie mówić.. Jak wyglądać nagle nie wiadomo po co uwodzicielsko, jak to podrywać facetów? Ale po co przepraszam bardzo? Trzepotanie rzęsami i cały ten teatrzyk to nie dla mnie. Dojrzałam. Męczy mnie to. Dlaczego ciągle wszyscy próbują mi coś narzucić? Coś, czego może sami nigdy nie mogli urzeczywistnić, coś na co nie mieli wystarczająco odwagi? Albo coś co w mojej opinii jest wręcz niemoralne. Ja tu muszę się zająć czymś, co mi piniążki i satysfakcję przyniesie w przyszłości , a nie "przyjemnym" zabijaniem czasu z tymi ekhem "osobnikami". Poza tym.. może ja właśnie mam  tę cholerną, nieodpartą ochotę chodzić cały dzień w dresach, bez makijażu, w koku i popijać schłodzonego Kasztelana ciemnego (5.8%)  ?  PRODUCT PLACEMENT


'Auf der Suche des Sinnes ' brzmiał dzisiejszy tytuł konwersacji. Powinnam lubić te zajęcia, w końcu praktyczne.. ale wcale tak nie jest. Wprawdzie Pani Ch stara się stworzyć miłą, przyjazną atmosferę, ale mam wrażenie, że gdy zapadnie cisza na choćby kilka sekund albo zacznie wrzeszczeć albo ktoś oberwie.. Jakby zaraz ktoś miałby zostać porażony piorunem, jakieś elektryczne krzesło i tego typu rewelacje. Czy tylko ja jestem tutaj przyzwyczajona do nerwowej atmosfery?  Tak ciężkiej, że można by ciąć ją  nożem? Do tego, że ciągle stoi się nade mną z batem? Do tego, że wolę zawsze przemilczeć?  Jako, że wracamy po 3 tygodniowej przerwie, nijak nie mogłam się rozgadać. Coś tam próbowałam, ale to szło jak za przeproszeniem zatwardzenie. Tak, mówię po niemiecku tak, jakbym chciała się zesrać, a nie mogła. Także widzicie jaki ze mnie cudowny materiał na tłumacza. Dzieci nie znoszę, symultaniczne zbyt stresujące.. a nie mówiła jedna nauczycielka "jak nie chcesz się uczyć, to męża szukaj?" Mając jednak na uwadze chodzące cipy w rureczkach, z teczuszkami, kolczykami, sweterkami i to zadanie nie wydaje się być wiele prostsze. Tak, mam hejta. Czasem jest tak silny, że mam ochotę podejść do takiego i strzelić mu w policzek. Przecież wiem, że nie broniłby się. Podziękować również za to, że przez taki wizerunek faceta schodzą właśnie na psy. Raczej odpowiedziałby, że przeze mnie sobie paznokcia złamał. A momentami w mojej głowie pojawia się komunikat: KLASYCZNAGORZKA!!! TOLERANZ!! NAWOŁUJĘ DO TWEGO ROZSĄDKU!! OGARNIJ SIĘ LASKA!! To jest jakby dwie mnie próbowały przeciągnąć mnie na swoją stronę, a ja nie wiem po której ze nich mam się opowiedzieć. Tylko stoję po środku i drżę mając w pamięci racje obu stron.


Ale wracając powiedziałam, że dla mnie sensem życia jest znalezienie tego co się lubi robić oraz próbowanie nowych rzeczy. Dostarczanie nowych bodźców i emocji.  Czyli dokładnie to czego albo nie wiem, albo się boję robić. To, co jest dla mnie teraz na wagę złota. To, czego najbardziej w tym momencie potrzebuję. Przezwyciężanie strachu. Emocje. Of, course, brzmi to wszystko wyniośle, idealistycznie. Również utopijnie. W rzeczywistości jednak nie chce mi się dla samej siebie podejmować jakichkolwiek działań w tym kierunku. Jestem żałosna. Nigdy tak bardzo jak TERAZ nie straciłam wiary w samą siebie.


I tak moim koślawym niemieckim mniej więcej jej to nakreśliłam. Zajęło mi to półtora roku.. półtora roku by odkryć czemu obawiam się tej kobiety. Po części posiada takie cechy charakteru jakie i ja.. ciągle huśtawki nastrojów. Łatwo irytuje się i wpada w szał. Stara się być taką, jaką ja chciałam zawsze być. Od pierwszego momentu kiedy ją zobaczyłam, pomyślałam „Jaka ona jest piękna, a cóż to za wymowa- ciarki„. Jak każdy nauczyciel wymagająca. Próbuje jednak, przynajmniej w mojej opinii, pokazać jak silny ma charakter. Możliwe, że to dlatego, że ona jedyna musi być twarda dla swojej córki. Nie ma najłatwiejszego życia. Profesjonalistka w tym co robi, z silnym charakterem- taka, jaką i ja chciałabym się kiedyś stać. Tak, chciałabym być silną kobietą, a sama ich się boję. Wieje hipokryzją, oder? Tylko, że pewnie kiedy ona była na studiach buzia jej się na konwersacjach nie zamykała.. w przeciwieństwie do mnie.. Poza tym to trochę groteskowe, gdy siedzimy sobie tak grzecznie, Polki, rozmawiamy z Polką po niemiecku udając, że to takie naturalne.. o, zgrozo.. ha ha!! To jak ci zdesperowani faceci posiłkujący się gumowymi lalami.. jedno i drugie zakłamane i sztuczne, jak materiał, z którego ta "lala" powstała.... Nie zdzierżę tego po prostu na dłuższą metę..



Wracając do mojej listy życzeń całkiem prawdopodobnym jest, że jedno z nich wkrótce się spełni.



7 maja- Fotospacer do dachach Warszawy!!! Can't wait!!! Got already excited!!


Jak nietrudno spostrzec lada chwila nastanie wiosna. Wiosenne porządki. Koty się marcują ( nəʊ ,nawet one?) Gospodynie domowe wywieszą pościele do wietrzenia. Dzieci wesoło wybiegną ze szkoły na wagary, picie piwa przed cmentarzem żydowskim albo przypały z policją..Wyjdą też kumulacje.  Przyroda według niezmiennego cyklu znów nadaje prawidłowy rytm życia ludziom, zwierzętom i roślinom. Przyroda- twór doskonały. Cud, miód i malina in a nutshell. A mi w tym wszystkim tak po prostu zamarzył się rower. Mój, prywatny, osobisty. Tylko mój. W końcu tak niewiele mam swoich rzeczy. W stylu retro. Kolor: jasny róż lub mięta. Zwiedzałabym na nim okolicę, czuła jeszcze nieśmiałe promyki słońca na policzkach, zapach kwiatów. Wiatr we włosach. Woziłabym zakupy (koniecznie wiklinowy koszyk). Pozdrawiała serdecznym ruchem znajome twarze. Coś pięknego. Chyba musiałam sobie w tym momencie wyobrażać szczęśliwych ludzi jadących na takich rowerach uliczkami Paryża (Paryża- wirklich? Klasycznagorzka- Ty Paryża nie widziałaś na oczy??!!) wiozący z samego rana bagietki, rogaliki i kwiaty w tychże koszykach. No nie wiem, jakoś mi się to tak skojarzyło... Mam dziwną wyobraźnię.. ale.. wciąż ją mam!! To chyba przez ostatnią przeczytaną książkę :))))


 


 Chciałabym, aby ktoś mnie namalował. Nie, nie jest to jakaś oznaka narcyzmu z mojej strony. Bardziej ciekawość, jak ktoś potrafiłby oddać mój wizerunek na płótnie za pomocą pędzla i farb. Uchwycenie chwili. Ha ha tak, powiesiłabym go sobie, jak to faceci te głowy dzików albo poroża po polowaniu. Albo jak rodziny arystokratyczne, gdy chlubią się pokaźną ilością klejnotów rodowych w postaci portretów przodków.


Albo przykładowo taka sesja zdjęciowa stylizowana na jakiś okres.


  tak z przymrużeniem oka


 


   


Update: Tuesday, the 23rd of February, 1:29 am


Muszę zakwestionować wszystko, co pisałam o moim dobrym nastroju. Czuję się do dupy. Zdążyłam powyżywać się na kilku osobach. Tak, ja niespełna 50 kilogramowa  osóbka mam ochotę udusić wszystkich własnymi rękoma. Mam ochotę walić w szafę i ściany, aż nie wytrzymam z bólu. Do krwi. Wolę nie ryzykować. Nie mieszkam sama poza tym. Teraz to nawet zbawienne. Nie mogę znieść obecności ludzi. Jest we mnie tyle złości. Nie mogę znieść ich szczęścia, ich trywialnych problemów. Na zajęciach patrzyłam w przestrzeń zamiast słuchać. Boli mnie brzuch jak cholera, mimo iż nic się konkretnego nie stało. Nie zdziwiłabym się mając już w tym wieku wrzody z nerwów. Najpewniejsza śmierć dla mnie to albo przed wpadnięcie pod pociąg albo z rozpaczy.. Źle znoszę wszystkich ludzi obecnych wokół mnie. Chcę by rozpłynęli się w powietrzu. Szczególnie dziś chciałabym móc zostać zamknięta w pomieszczeniu obitym jakimś miękkim materiałem, a na podłodze by znajdowały się materace. Na środku worek treningowy. Od kilku dni nie jestem w stanie normalnie zasypiać. Ukojenie przychodzi między trzecią a czwartą nad ranem. A zajęcia mam na ósmą trzydzieści. Lovely, oder? O dziewiątej wypiłam kawę. Ostatnio kawa i piwo to jedyne rzeczy stymulujące mnie do działania. Kurwa, to jest wręcz żałosne. A teraz mam ochotę wziąć coś na sen.. Czy aby nie rozwali mi serducha?



"Wspominamy nasze zmarnowane życie, nasze umierające uczucia, a to sprowadza się do nosa pełnego smarków, do załzawionych oczu, do konwulsyjnych drgawek. Jesteśmy tylko ciałami, które się poruszają, które się trzęsą, aż śmierć je wybawi."



— Eric Emmanuel Schmitt



Poza tym Moni cały czas namawia mnie na pójście do kościoła... lekko zadziwia mnie jej nagłe nawrócenie, ale to nie jest moja sprawa.Tyle, że ja nie czuję potrzeby tam się pojawiać.. siedzieć jak na tureckim kazaniu, pokornie zwiesić głowę, wszakże grzesznica ze mnie, posłuchać, jednym uchem wpuścić, drugim wypuścić.. kein Sinn. Bez przekonania. Bez świadomości. Na siłę. Nie można niczego robić nie będąc w zgodzie z samym sobą. "Ty,  Bogu, bo słuchaj, ja tu mam problem.. a z czym pytasz? Niech pomyślę: może Cię zadziwi to, ale ze wszystkich ? aaa i teraz mam śpiewać sobie pieśni chwalebne, mamrotać modlitwy niczym zaklęcia i wierzyć, że jakoś się ułoży i czekać na cud, right? W ogóle może się położę tu i teraz i zamiast robić cokolwiek będę czekać na cud, co?  I Ty mi wtedy załatwisz temat pracy lic, sens życia, pracę, nowy UWAGA!! ACHTUNG! WARNING! zagramaniczny Uniwersytet z wymarzonym dla mnie kierunkiem? Potem domek z ogródkiem.. " Tak, wmawiaj sobie dalej. Taki cud może jednak nigdy nie nadejść. Raz się udaje, raz nie.  Bo najłatwiej nic nie robić, czekać na rozwój wydarzeń i zdać się na łaskę lub i niełaskę. A wiecie (pomijając moją stagnację- poniżej krytyki) co jest najgorsze? Brak decyzji to również decyzja..



"Wydaje mi się, że czasem bała się kochać. Była jedną z osób, które lubią rzeczy konkretne, jak ocean. Coś co możesz pokazać i wiesz, co to jest. Chyba dlatego zawsze ciężko jej było wierzyć w boga. I myślę, że właśnie z tego powodu broniła się przed miłością. Nie mogła jej dotknąć."



Carrie Ryan



Przepraszam, wiem. Pamiętam. Miałam napisać recenzję książki. Wrócę tu jednak za kilkanaście godzin, gdy hopefully poczuję się lepiej. Wtedy opowiem jeszcze o jednej rzeczy, o której po cichu myślę, że chciałabym się nauczyć i mojej pierwszej w życiu próbie samodzielnego pływania.


Meanwhile



"To co Cię dręczy, zakopujesz głęboko i myślisz, że tego nie ma? To czemu nie śpisz?"



— K.T. Nowak



Update: Friday, the 26th of February, 11:24 am


"Jeśliby to mogło mnie usprawiedliwić, to chciałbym dodać, że w mojej naturze było wiele z dziecka, wiele z ciekawości, chęci do zabawy i wiele zamiłowania do marnotrawienia czasu. Przyznaję, że trwało to nieco długo, zanim zrozumiałem, że kiedyś zabawa musi się skończyć."



Hermann Hesse "Wilk stepowy"


Musiałam się uspokoić. Na moje szczęście wyszło słońce na dwa dni, co też dobrze podziałało na moje samopoczucie. Bolał mnie przez 3 dni brzuch, a raczej żołądek.. Ungenehm.. Najgorszym było jednak to, że wtedy kiedy najbardziej potrzebowałam, żeby ktoś był, zwyczajnie był i porozmawiał, nie było nikogo. Gdy już do kogoś napisałam czy zadzwoniłam, osoba ta urywała gdzieś w połowie, tego co chciałam tak bardzo powiedzieć czy zwyczajnie pogawędzić. Oczywiście nie mogę nikogo zmusić do rzucania swoich obowiązków, bo trzeba biec co tchu w piersiach na ratunek klasycznejgorzkiej, choć byłoby miło. Właściwie nie mogę nawet oczekiwać od nikogo czegokolwiek. Jednakże  irytowało mnie to, że po kilku sekundach moich wywodów zawsze ktoś urywał na rzecz: zmiany pieluchy dziecku czy pilnowaniu,by obiad nie wykipiał. Potem mówili, że oddzwonią. Mija tydzień, półtora.Cisza. Niektórzy przerywali mi bez niczego, co znaczy nie interesowało ich, co mam do przekazania, tylko ględzili trzy po trzy, cztery wcale o tym, kto umarł, komu się co urodziło. Przecież rozmówcy było wiadomo, że ja tych ludzi nie znam nawet, więc to nic dla mnie nie oznacza i niczego nie zmienia. Wczoraj nawet ktoś tak bardzo miał mnie dosyć, że w połowie zdania napisał "Idę spać. Nara". Ale się pożegnał. Propsy za kulturę, KURWA. Trzeba było dać mi jeszcze w policzek albo zapytać czy szukam przyjaciół sobie czy coś.. Całe życie czuję się jak mały, biały, gruby piesek.Puchowa kuleczka. Psina patrzy na każdego błagalnym wzrokiem, żebrząc o najdrobniejsze oznaki miłości. Cieszy się, skacze, szczeka i merda radośnie ogonem, gdy ktoś  poświęci mu  odrobinę czasu, pogłaszcze, poprzytula, podrapie po brzuchu, za uchem i rzuci ten patyk. Jestem zupełnie taka sama. To hipokryzja, ale właśnie dlatego unikam ostatnimi czasy zażyłych kontaktów.


Ludzie boją się dotyku, bo dotyk przeznaczony jest dla najbliższych, bo nie wypada, bo dotyk ma podtekst erotyczny, bo dotyk ukaże słabość, odsłoni prawdziwe uczucia. Bez ustanku dotykamy tylko klawiatury, klawiatury telefonów...

- Gabriela Gargaś "Jutra może nie być"


 


 

Czy naprawdę umiejętność słuchania innych jest tak trudna? Czy tak ciężko jest zainteresować się rozmówcą? Zapytać o zdrowie rodziny, poczynania w pracy, ogólne samopoczucie czy jebane plany na wakacje?? Przecież trzeba rozmawiać. Przecież jakoś nawiązujemy więzi.. i nie tylko przez mocno zakrapiane imprezy..  Wydawało mi się to zawsze takie oczywiste. Jak się jednak okazuje wcale tak nie jest. Ale przecież jestem tylko jednostką, małą kropeczką, mróweczką. Nie jestem aż tak ważna dla kogokolwiek, żeby stać się czymśkolwiek priorytetem. Bo ludzie kręcą  się  wokół osi własnych problemów. Generalnie mają siebie nawzajem w dupie. Zawsze, absolutnie zawsze stawiają własne dobro ponad czyjeś. Nie oszukujmy się. Wszyscy jesteśmy egoistami. No chyba, że jesteśmy Matką Teresą z Kalkuty czy inną świętą personą.







Update:26/29 th of February     Ze spraw świeżych właśnie równą godzinę temu upłynął nieprzekraczalny termin wysyłania zgłoszeń na Erasmusa. Z bólem w sercu mówię nie. Nie wysłałam. Choć rozważałam. Ale im bliżej  terminu, tym bardziej upewniałam się, że jest to dla mnie coś nieosiągalnego. Jestem świadoma, że spłukałabym się totalnie od góry do dołu. Miałabym obsuwę czasową z pracą licencjacką. I co mnie najbardziej trwoży, to fakt, że byłabym tam zupełnie sama. Niby przywykłam do tego. Tyle, że najdalej gdzie byłam sama przez dłuższy okres to właśnie Warszawa, a więc jestem jakby nie patrzeć na terenie własnego kraju. A to robi różnicę. Totalny zwrot o 360 stopni. Przecież ja wiem, że nie poradziłabym sobie. A najgorsze w tym wszystkim to to, że tylko ja sobie mogę i muszę pomóc. Nikt za mnie tego nie zrobi. Tyle, że ja nie potrafię. Nawet nie tyle nie chcę, co nie potrafię.. a tak cholernie chciałabym.   Także tym właśnie sposobem zrezygnowała z  rzeczy, która mogła okazać się tak ekscytująca. Co następne? Wiecie co jest najlepsze? U nas w grupie wnioski złożyły również osoby, które nie są jakieś wybitne w naszej grupie. Wśród nich są oczywiście 2 mam wrażenie ciągle siedzące nosem w książkach dziewczyny; jedna, która ledwo się pojawia na zajęciach; kolejna, dla której nie ma różnicy między Germany a German i ONA. W zeszły czwartek zauważyłam u Blondiny wsród papierów coś, co przypominało właśnie to zgłoszenie na Erasmusa. W tamtym momencie serce biło mi przez kilka sekund jak oszalałe i zapomniałam, że chciałam właśnie odpowiedzieć na pytanie wykładowcy. Poczułam upokorzenie. Tak, to znowu ona. Ta, która zalicza wszystko na farcie, ta, która dziwnym trafem ciągle nie pojawia się na zajęciach, potem z miną najgorszej grzesznicy pokornie tłumaczy się, że miała wizytę lekarską. Tym razem znów miała farta. Uwierzycie, ze nie pojawiła się na egzaminie, a ma zaliczenie? Ja nie nauczyłam się. Przyznaję uczciwie, strzelałam i  mam w połowie zaliczone. Za "karę" dostanę dodatkowe pytania na końcowym. Ale czaicie, prawda? Spróbujcie sobie wyobrazić, ile nerwów mi ona napsuła. I jeszcze gdyby miała teraz dostać to miejsce, to ja składam rezygnację z życia.. ale wiecie.. kto bogatemu zabroni. Ona nie musi do mnie niczego mówić. Wystarczy, że tylko jest. Cała w swej okazałości. Lekka, kobieca, zawsze zrobiona, dobrze ubrana, kocie, pretensjonalne ruchy i tępy wyraz twarzy. Czasem jest to tak nie do wytrzymania, że nie jestem w stanie przebywać z nią w jednym pomieszczeniu. Wszystko to sprawia, że czuję się jak najgorszy człowiek świata, najbrzydszy, najobrzydliwszy, najobleśnieszy robal. Ja, z kiepskim, godnym pożałowania stylem, zerową umiejętnością makijażu i urojonymi umiejętnościami językowymi. Wiecie co zrobiła rok temu? Moje włosy mają tendencję do puszenia się, zwłaszcza po myciu. Kiedy przychodzę z dworu, idę pod wiatr jest tak samo. Kiedyś przed zajęciami zapytała mnie, czy czeszę w ogóle włosy? To było mega upokarzające. Od tamtego momentu zaczęła prześladować mnie fobia na tym punkcie.  A przecież jestem zdrowa, bez poważnych (wykrytych) chorób. A mimo to wciąż niezadowolona z siebie. Ostatnimi czasy jestem zdumiona, jak ogromne pokłady nienawiści, złości i agresji mam w sobie. To jest wręcz niezdrowe. Co mam z tym zrobić? Już teraz kiedy o tym myślę, boli mnie brzuch. Cholernie. Myślałam, że smutek mam za sobą, jestem jednak dalej: gdzieś poza rozpaczą rozpadam się, rozsypuję na kawałki. Smutek nachodzi mnie falami. Fala za falą. Są coraz mocniejsze, a mi jest po każdej ciężko dojść do siebie.


Napisałam do Moni. To był taki moment kiedy jedyne czego potrzebowałam to móc wypłakać się w silnym uścisku i usłyszeć zapewnienie: Będzie dobrze, maleńka, jeszcze sama się zdziwisz jak dobrze. A usłyszałam mniej więcej tyle co: IDŹ DO KOŚCIOŁA, POGÓDŹ SIĘ Z BOGIEM, NIE OCENIAJ INNYCH, CHCIELI TO POJADĄ NA ERASMUSA, TO ICH ŻYCIE; MASZ DEPRESJĘ TO SOBIE Z NIĄ RADŹ SAMA, NIKT CI NIE POMOŻE, NIE MASZ MOTYWACJI DO NAUKI, TO JĄ ZNAJDŹ. WEŹ TABLETKĘ NIEPIERDOL, NIE BIADOL CAŁE ŻYCIE, JESTEŚ ZA NIE ODPOWIEDZIALNA.


3


 "heeeey, jedziecie na Erasmusa beze mnie? eeeeey, poczekajcie!!!"


"Synku, w piekle na powitanie pokazują ci wszystkie twoje niewykorzystane szanse, pokazują, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś we właściwym czasie wybrał właściwe wyjście."



— Wojciech Kuczok


I wiecie.. non scholae sed vitae discimus. Przy całym natłoku pracy ( teorii antropocentrycznej, młodogramatykach, szkole praskiej + innych kąskach), zmęczeniu materiału, poczuciu bezsensu i wiecznych depresjach zmieniłam się. Każda rzecz, która się teraz dzieje kształtuje mój charakter. Jestem kimś innym niż nawet pół roku temu, rok czy dwa. Wybór Uniwersytetu Warszawskiego był i dobry i zły. Dobry, ponieważ o tej porze mogłabym znajdować się w Bydgoszczy, nudząc się na mało komu znanym wydziale z niską renomą i poziomem. Zły, bo mogłabym studiować sobie na jakimś zagranicznym uniwersytecie i kłaść przysłowiową laskę na przedmioty typu: opisowa gramatyka i stylistyka języka polskiego czy wstęp do językoznawstwa. Generalnie zawsze mogło być inaczej. Nie znaczy to, że nie mogę niczego zmienić. Podobno zawszę mogę. Obawiam się jednak, że przegapię właśnie przez taką stagnację najlepsze momenty w życiu. Współczuję moim wykładowcom. Ja po drugim roku licencjatu będę czuć, jakby ktoś mnie przeżuł, zwymiotował i potem znów przeżuł i ostatecznie wypluł. Podziwiam pasję, oddanie i zaangażowanie. Ba, nawet mam wrażenie, że mimo mniejszej ilości źródeł informacji ludzie mieli kiedyś większą motywację i siłę przebicia.Mnie teraz dodatkowe pięć lat nauki i pracy wykończyłoby doszczętnie. Jednocześnie nie mogę pojąć rozumem, jak ci moi kochani "badacze języka" potrafią się razem zebrać przy kawce i herbatce i godzinami rozprawiać o czymś tam w świetle poszczególnych teorii. Dla mnie to pranie mózgu, a nie praca naukowa. Przez pracę naukową rozumiem działania dążące do stworzenia czegoś, co przysłuży się ludzkości. Przepraszam, co nam po jakiejś tam frazeologii prawniczej, kiedy nie mamy lekarstw na wiele śmiertelnych chorób? Dlatego na podstawie tych rozmyślań stało się dla mnie jasnym, że nie chciałabym być pracownikiem naukowym na uniwersytecie. Nie chciałabym mieć głowy napchanej odstającymi od życia niuansami. Nie chciałabym poświęcać swojego życia ślęczeniu nad pisaniem publikacji naukowych w obawie przed odebraniem mi nadanego tytułu. Nie chciałabym zaniedbywać na rzecz tego wszystkiego swojego życia prywatnego ani przepłacać zdrowiem psychicznym. Nie chce paść trupem, jako zgorzkniała 30- letnia stara panna...Także, łatwiej jest określić to,  czego się nie chce. Gorzej już przychodzi znaleźć cudowny plan na życie, pracę, w której się spełniasz i nie masz ochoty każdego dnia obrzygać szefa, Nawet nie tak ciężko jest znaleźć swoje priorytety. Najtrudniej jest umieć pogodzić to wszystko, cieszyć się życiem, umieć ponosić porażki, kochać, marzyć, przeżywać całą gamę uczuć  - wszystko to pomimo przeciwności losu. Tak ciężko jest po prostu być.


i


 Kto wie gdzie to zdjęcie zostało zrobione?? :))) Ilekroć tam jestem, nie mogę oderwać wzroku od tego graffiti.



 


 



In Schwung 2016-02-12

"Kobiety kochają o wiele mądrzej. One nie kochają mężczyzny dla jego wyglądu. Nawet jeśli on im się podoba. Kobiety kochają cię przez wzgląd na twój charakter. Twoją siłę. Twoją mądrość. Albo dlatego, że potrafisz zaopiekować się dzieckiem. Bo jesteś dobrym człowiekiem, masz honor i godność. One kochają cię inaczej niż mężczyzna kobietę. Nie z powodu kształtnych łydek ani nie dlatego, że w swoim garniturze budzisz zazdrość u jej koleżanek z pracy. Owszem, istnieją takie kobiety, ale są tylko jak zły przykład dla innych."- Nina George "Lawendowy pokój"
       Jestem wężem. Najgorszym, najpodlejszym  gatunkiem. Nie, nie pamiętacie, albo może i ja sama nie nakreślałam tej sytuacji wcześniej. Rzecz w tym, że mam koleżankę z mojej Alma, która miała cudownego chłopaka. (tak przynajmniej wydawało się z moich obserwacji) Niedługo potem powiedziałam się za pomocą różnych źródeł, że prowadzi się ona bardzo źle, a chłopak ten miał jej wybaczyć. Wiem, nie zawsze należy wierzyć temu, co się słyszy. Znam jednak jej skłonność do wpadania w złe towarzystwo, autodestrukcji i umiłowanie do imprez. A co najgorsze.. to nie jest głupia dziewczyna. Pierwsza myśl jaka mnie wtedy naszła to, „cholera, to niesprawiedliwe, to musi się kiedyś rozpaść, dlaczego nawet i w tej materii mają tacy ludzie farta?”. Tak też się i stało. Pisałam z nią łącznie może z dwie godziny. Okazało się, że kilka dni temu zerwali. I co wężu? Zaspokoiłaś swoją chęć sprawiedliwości? Usatysfakcjonowana? Oliwa sprawiedliwa? Już nie plujesz jadem? W pierwszych sekundach po przeczytaniu jej wiadomości automatycznie na moje usta cisnęło się: KARMA WRACA. Wraca szybciej niż się tego spodziewałam. Ze zdwojoną siłą. Po chwili poczułam jednak współczucie, smutek. Obwiniała go ona nie bardzo wiem o co, ale tam musiało pójść o coś grubszego i nie tylko z jednej strony. Wziąć trzeba jednak pod uwagę, że każdy medal ma dwie strony.
     Jako że okolica godziny trzeciej nie wiadomo czemu jest najlepszym czasem na poufne wiadomości, rozmyślania, szczere rozmowy i sekretne wyznania napisała mi owa koleżanka: "Jakoś mi lżej jak sobie pogadam z ziomkami xd Dzieeena " Momentalnie moje serce zalała fala ciepła. Zadziałała jak opatrunek, plaster miodu na rany :)))) Poczułam się tak wspaniale. Dla takich chwil warto jest uporczywie gonić za ludźmi. To właśnie skłoniło mnie do następującej refleksji: Jakkolwiek ludzie i ich zachowania doprowadzają mnie do szewskiej pasji, potrzebuję ich. Słuchania ich, spędzania z nimi czasu, poprawiania nastroju. Wiadomo nie wszystkich, ale tych, którzy ciągną mnie ku górze, motywują w pewien sposób. Pokazują światełko w tunelu, rozjaśniają moje myśli.

       Ach!!! Oficjalnie dla mnie sesja zakończyła się w piątek i to sukcesem. Przedmiot ściśle związany z psychologią, który przyprawiał mnie o migrenę zdany na 4!!! Jednak bardziej z równowagi wyprowadził mnie egzamin ustny z translatoryki. Cholera!! Przygotowałyśmy z Gosią w mniejszym lub większym stopniu zagadnienia z syllabusa ( how sly of us!!!), poszłyśmy pełne wiary, że jakoś to pójdzie. W końcu na forum wyczytałyśmy, że trzeba się  jedynie uśmiechać do dziadeczka, a on wszystko za Ciebie powie. O ile jest pro studenckim wykładowcą, o tyle język jakim wyraża się na temat wszystkich teorii i ekwiwalencji jest zbyt trudny jak na mój dwudziestoletni mózg. Im dłużej mówił za pomocą naukowej terminologii, tym bardziej lasował mi się mózg, wyłączałam się, zrezygnowana patrzyłam tylko na niego i potakiwałam. Naprawdę, nie jest on złym człowiekiem. Tylko jest ponad przeciętnie inteligentny i sam egzekwuje tego samego od studentów. I tu pojawia się problem. Mi zawsze trzeba tłumaczyć wszystko najprościej jak się tylko da. Jedynie wtedy jestem w stanie pojąć pojęcia i mechanizmy. Tak jak z fizyką.. nigdy nie mogłam zrozumieć, że pewna siła istnieje skoro nie mogłam jej zobaczyć.. W taki sposób pokazywał ten profesor jedynie swoją wyższość nad nami. Ale tutaj właśnie mamy samych takich , jak się oni określają „badaczy języka”, którzy przez swoją wieloletnią pracę i pasję mają zlasowane mózgi. I takim właśnie sposobem nie po raz pierwszy, ale również nie ostatni poczułam się jak skończona idiotka. Taki ot paradoks.  W domu to ja jestem dla nich na tyle wyrafinowana, że bezpieczniej jest nie podejmować jakichkolwiek naukowych tematów. Właściwie żadnych, które nie dotyczą krów, świń czy tego, kto umarł, a komu urodziło się kolejne dziecko. Na uczelni sytuacja jest zaś odwrotna. Na naszym Uniwersytecie czuję się jak przekupka z bazaru.Tak źle, tak niedobrze. Ale starczy o tych egzaminach. I wiecie co? Cała ta sesja pokazała mi, że całe, calutkie, caluteńkie życie (a długie ono to nie było) i edukację mierzyłam swoją wartość przez te pieprzone cyferki. Piątka minus? Trójka plus? I nagle dzięki tej pierwszej stawałam się zajebista, najlepsza, mogłam przenosić góry, a moja przyszłość rysowała się w tęczowych barwach. Byłam niepokonana. W przypadku tej drugiej cyferki cały świat zawalał się, byłam najgorszym człowiekiem na Ziemi. Karykatura samej siebie. I tylko o to mi w tym wszystkim chodziło? W maturze o procenty i statystyki na liście przyjętych na studia? W ocenach na podziwie i szacunku w oczach innych ludzi? Tak, dokładnie tak było. Byłam/Jestem do tego stopnia niedowartościowaną osobą. Czy aż tak bardzo potrzebuję kogoś, kto pokaże mi, że nie jest tak, jak myślę? Tak, trzeba umieć to przed samą sobą przyznać. Przecież nikt nie zrozumie mnie lepiej, jak ja sama. A ten blog jest swego rodzaju terapią. Drogą. Fazą przejściową zanim będzie naprawdę lepiej.



Będzie. Najgorsze jest, że mówię to wszystkim dookoła. Powtarzam to kłamstwo raz po raz, by przypadkiem sama  w nie uwierzyć. Przecież  rzecz powtarzana wiele razy ma nabierać realnych kształtów. Sama potrafię ekscytować się tym przez 1-2 dni, napisać dla samej siebie motywującą notkę i jarać się tu nią. Mija kilka wzniosłych dni i nie zmienia się nic.


„Depresja może być źródłem specyficznie rozumianej przyjemności, ponieważ czasami czujesz, że nie musisz brać odpowiedzialności za swoje życie skoro cierpisz. „
Zdałam sobie sprawę, że stagnacja, w której trwam jest w takim razie luksusem.. O ironio! Słyszycie to? !! Ja mogę leżeć w łóżku, patrzeć w sufit, mogę spędzić 14 godzin przed komputerem zmieniając tylko miejsce żerowania na legowisko!! Jakie to chore z mojej strony.. to nie w moich czterech ścianach toczy się prawdziwe życie!! Tam, na zewnątrz pracują ludzie, zmagają się z chorobami, zakładają rodziny, cierpią, marzą, kochają.. a jak się okazuje moim szczytem luksusu jest natomiast możność leżenia w łóżku i płakanie, że nie korzystam z życia. O litości!! Niech mnie ktoś sieknie!! Nie chcę, nie umiem, nie potrafię żyć. Istnieję, bo mnie stworzono, nie pytając nawet o zdanie. Ba, gdyby zapytano podniosłabym głośne: hola hola!!!! LIBERUM VETO!! Nie pozwalam!! Oddajcie życie potrzebującym i chorym!! Przecież na pewno jakaś umierająca osoba chciałaby żyć jak i ja!!! A tak.. ciut rychło w czas.. I tym właśnie sposobem tylko i wyłącznie istnieję. Ponadto.. ja nie chcę nawet brać życia w swoje ręce, brać ze nie odpowiedzialności.. jestem leniwa. Gdybym powiedziała to teraz komukolwiek, kazałby mi puknąć się w głowę i iść spać (02:38 am). W rzeczywistości jednak tak jest. Bez względu na to, jak zawsze byłam ambitna, sumienna i rzetelna, pracowita, nie ważne, że  wybierałam coraz to lepsze szkoły.. jestem cholernie leniwa. Nie mam albo siły albo ochoty zmieniać swojego życia...
I w końcu po długim czasie rozmyślań i przeczytaniu jednego wpisu znalazłam na to odpowiednie określenie: SAMOROZWOJOWA MASTURBACJA. Wiem, wiem, jak to brzmi. Sama tego drugiego słowa wręcz nienawidzę, ciężko przechodzi mi przez gardło. „Ojej, dziewczyno, Ty z od 12 lat nie grasz już w klasy, nie zbierasz karteczek z czarodziejkami Witch, nie oglądasz skaczących miśków, pod wpływem jagodowego soku i chyba miałaś jakby zajęcia z wychowania do życia w rodzinie, heloooooł?!”  Powiem krótko: Owszem, ale mam to tam, gdzie światło nie dochodzi :D To nic takiego.  Na ogół nie nazywam rzeczy po imieniu. Ba, mi często ciężko przychodzi powiedzenie samego „dziękuję” „ przepraszam”  Taka sobie właśnie jestem. Jedyna w swoim rodzaju. I prosiłabym bez komentarzy typu: „Homo sum; humani nihil a me alienum puto”. Błagam, ostatni raz wymiotowałam po Andrzejkach i nie chcę tego powtarzać.
    Bo widzicie: naturalnie jestem w stanie dojść do różnych wniosków, potrafię obwieścić całemu światu przeogromną chęć zmian, obejrzeć filmy i przeczytać artykuły motywacyjne. Czuję się wówczas rewelacyjnie!! Tak, klasycznagorzka, „bo jak nie my to ktoooooo?”. Tak, owszem. To uczucie jest jednak krótkoterminowe. Spoko, z tego co pamiętam przy funkcji kwadratowej z ujemnym współczynnikiem wykres rośnie. Osiąga maximum, jakiego ja doznaję przy każdej chęci zmiany. Jednak potem coś się jebie i znów jest dół... a, że ta tendencja powtarza się regularnie pokłóciłabym się nawet o sinusoidę. Boooyah!! Nie ma miłości, jest matematyka. 64% z matury podstawowej robi swoje, nicht wahr? Das ist ja aber victious circle sowieso!!!
                                                                    Wiecie dlaczego jakakolwiek zmiana jest cholernie ciężka?
Wymaga mnie podjęcia ryzyka czy też inwestycji (kapitał, uczucia, zmiana środowiska) Muszę wyjść ze strefy komfortu (robić rzeczy, które są obciążeniem, stresują, których najzwyczajniej boję się robić, nie umiem) Czas. W międzyczasie pojawia się pokusa powrotu do starych nawyków.  I wszystko strzela chui, gdyż sama, a raczej mój mózg dąży do utrzymania obecnego stanu.  Przecież skoro jest stabilnie, po co to zmieniać? Skoro teraz wiesz czego się spodziewać, czemu to zmieniać, narażać się na stress. Największym jednak zaskoczeniem było to:   „ Natomiast zjawisko dotyka najczęściej inteligentne osoby, które mają wszelkie predyspozycje do tego, by rozpierdalać na wielu płaszczyznach: umiejętności miękkich, biznesu, zdrowia itp. Z moich obserwacji wynika też, że im bardziej inteligentna osoba, tym przebieglej potrafi oszukiwać samego siebie – zracjonalizować brak działania, stworzyć zasłonę dymną. Wirtualną rzeczywistość, w której wygrywa życie, na peryferie świadomości spychając brutalne fakty.”  
http://www.charaktery.eu/wiesci-psychologiczne/10200/Problem-bystrych-kobiet/
W ten właśnie sposób daje się wywnioskować, że wszystko co robię powinnam robić dla SIEBIE? Co wówczas kiedy tylko i aż dla siebie mi się nie chce? I tak oszukuję się po raz kolejny.
Rozpaczliwie zależało jej na tym, by zmienić coś w swym życiu, jednocześnie zaś była wybredna - także na swój sposób, piękna - ale mimo to brakowało jej widocznie atutów, by stać się kimś, kto sprostałby jej wyobrażeniom na temat własnej osoby.” — Bukowski 
         Mówię wszystkim dookoła, że chcę wrócić do ćwiczeń. Bo jestem świadoma tego, że ruch mi pomoże. Najlepiej boks, bym mogła wyżyć się. Wyobrażać sobie, za każdy razem, że to jest osoba, której nienawidzę, która zrobiła mi coś złego. Bo naprawdę potrzebuję wysiłku fizycznego , dużo bardziej niż psychicznego. Potrzebuję kłaść się do łóżka, a raczej padać bez siły, nie myśląc o ludziach, miejscach ani sytuacjach, które mnie dotykają. Ale tak.. powtarzam to ludziom nie robiąc niczego jednocześnie... BRAVO, KLASYCZNAGORZKA, BRAVO KURWA. Poczekaj sobie jeszcze kilka lat, a Twoją dobrą przemianę materii szlag trafi..
       Co więcej powtarzam wszystkim i sobie, że zrobię magisterkę za granicą. Heheszki. W rzeczywistości nie mogę tu wytrzymać. Tych ludzi. Ich nastawienia. Ich mentalności. Ich nienawiści. Swojej do nich nienawiści. Ale wiecie.. zawsze myśli się, że jest lepiej tam, gdzie nas nie ma. Oczywiście pod względem językowym szansa. I co? Będę się tak wszędzie wlekła sama? Mam wprawdzie wolność. Nikt ani nic mnie nie ogranicza. Nie muszę poświęcać czegoś na rzecz czegoś innego. Jednocześnie nie robię niczego z tą wolnością. A muszę się koniecznie jak najszybciej dowiedzieć co dalej..przynajmniej na najbliższy czas... A tu ani widu ani słychu o moim "nowym i fajniejszym" Uniwerku...
 ~~LADIES AND GENTLEMEN~~  mamy przerywnik!! Statuetka złoty Suchar 2016 wędruje do autora tejże wypowiedzi:
"Wiosna halt. Kann man nix machen kiedy wszystko miłości sprzyja. Trzeba rzygać albo udawać że jest się niewidomym." Ach. Lepiej bym tego nie ujęła. Miód dla mych uszu :))))) Mów mi dalej...
Monika często pyta mnie ,co tak naprawdę chciałabym zrobić czy mieć w życiu. Zazwyczaj milczę, nie do końca chciałabym wszystko wyjawiać. Ostatnimi czasy jednak i ja zaczęłam się nad tym zastanawiać. Zaczęłam myśleć nad mniejszymi i większymi rzeczami, których się boję/ których nigdy nie robiłam/ które sprawiłyby mi przyjemność.
       Przykładowo wspominałam kiedyś, że lubię spacery przy świetle latarni. Wyobraziłam sobie, że pięknie byłoby obserwować oświetlone miasto nocą z dachu jakiegoś wysokiego wieżowca. Romantico. Najlepiej latem. Wieczory są wtedy chłodne, a powietrze orzeźwiające. Zaczyna się nocne życie. Ludzie z góry są tylko małymi punkcikami. Sami w swoim mniemaniu pępkiem świata, ale to nieprawda. Zupełnie jak planety: obracają się wokół osi własnych problemów: „Ja, mój, moja, moje, nie mój, wasze”.                     W rzeczywistości to tylko rozrzucone ziarnka na rozrzażonych piaskach pustyni. 
     Poleciałabym balonem. Nie wiedzieć czemu mam przed oczyma jedną scenę: jesteśmy na osiemnastych urodzinach I. Po północy wychodzimy na zewnątrz, puszczamy lampiony. Mroźna, styczniowa noc. Lampiony wznoszą się coraz wyżej, w końcu znikają gdzieś za dachami budynków. Są już poza zasięgiem naszego wzroku. Moje zaciekawienie może wynikać z tego, że nigdy nie leciałam samolotem. Wiadomo, chciałabym. Zdziwienie? W czasach „oszałamiająco tanich” (tu moja ironia) lotów lepiej w „warszaskim” towarzystwie nie wspominać o tym. Wakacje w Grecji? Checked. Szybki trip w Paryżu? Checked. Mamusia i tatusia wyjęli z konta jakieś „drobne” Jedź więc dziecko. Checked.  Co z tego , że nigdy nie zarobiłeś ani złotówki. Co z tego, że nie musisz się liczyć z każdym wydatkiem. Geiles Leben, oder?
Wiecie.. ja słuchając tych ludzi stałam się głucha na ich słowa. Otępiała. A jednocześnie krew we mnie buzuje. To jeden z powodów dlaczego nie pałam sympatią do tego miasta i ludzi.
       Nie potrafię tańczyć. Przez wrodzoną nieśmiałość podpierałam ściany. Z resztą, kto by mnie do tego tańca poprosił? Zawsze były to dziewczyny dobrze ubrane, niekoniecznie mądre. Widzę to teraz wyraźnie przez pryzmat ich dokonań. Zawodówka/Technikum/dziecko w drodze/ ślub/wiejskie dyskoteki. Niewiele wymagań od siebie samych, a już od życia na pewno. Ot, takie laleczki umiejące w dodatku dobrze zagadać. Za to już w gimnazjum musiały ściągać pracę domową. Chyba liczba szarych komórek była już wtedy niewystarczająca (mocno ograniczona). Już wtedy nie lubiłam takich „teatrzyków”. Do dziś wolę tańczyć sama, ale w towarzystwie znajomych. Raz jednak musiałam nauczyć się choć trochę walca. Coś na wzór wiedeńskiego, by nie było wstydu. Musiałam na potrzeby jednej szkolnej imprezy, którą najchętniej usunęłabym z pamięci. Obliviate. Obliviate. Obliviate. Cholera, nie da się!! Cóż, do dziś mam odruch wymiotny słysząc już pierwsze dźwięki „poloneza” Nie mehr :)))) Tak, pamiętam T zarzucił mi, że jestem taka „sztywna” Dziękuję kurwa. Wtedy nie wiedziałam co jest tego powodem. Dziś wiem. Wtedy zmieszana siedemnastolatka (o kurde, ja serio miałam tyle lat?! Wiek taki szczenięcy :))) ), która dla własnego dobra ograniczała kontakty z płcią niemyślącą, miała tańczyć z chłopakiem? W dodatku nie swoim? Głównie to tak, że swojego mogę chociażby dotykać w inny sposób. I sama ta świadomość mnie onieśmielała. A tak musiałam się nauczyć jego zachowań, ruchów, nauczyć się jego samego. Zwyczajnie zupełnie inaczej czułabym się psychicznie wiedząc na ile mogę sobie pozwolić, na ile trzymać fason. Bo wiecie.. największe bariery to te, która sama tworzę w głowie. Rozbieżność pomiędzy tym co wiem, czego chcę, co powinnam, a czego nie. Dodatkowo nie mam świadomości swego ciała. Tak, taka bidna ze mnie dziewczyneczka. Nic,tylko siąść i zapłakać. Nawiązując do tej historyjki chciałabym znów zatańczyć tego walca. Na Starym Mieście. Jakiegoś majowego czy czerwcowego dnia podczas deszczu. Ciepłe krople spływają po mojej twarzy. Zwiewna sukienka w kwiatowym wzorem przykleja się do mego ciała. A ja szczęśliwsza niż kiedykolwiek odgarniam włosy. Śmiech przepełnia moje płuca, a ja ledwo łapię oddech. Kondycja już nie ta :)))) Głupiutkie, ale sama mysl o tym cieszy.
"On mi nigdy nie mówił, że mnie kocha, że mu się podobam, nie padły żadne takie zaklęcia. On mnie po prostu lubił. Był zwyczajnie miły, ale głupiej młodej dziewczynie to wystarczy. Resztę dośpiewa sobie sama. I ja tak zrobiłam. Chciałam, tak bardzo się zakochać i się zakochałam. (…) Ale on mnie nie zranił. To moja własna głupota zadała mi tyle bólu. Widziałam coś, czego nie było. Koniec opowieści."
   "Pewnego dnia zauważyliśmy, że coś się wydarzyło, coś, co mogło być początkiem przyjaźni. Przyjaźń rodzi się często ze spotkania, od którego nikt nie oczekuje cudu. Ale przyjaźń to jest cud, tego mnie nauczyło życie. Henning Mankell "Mężczyzna, który się uśmiechał"
         W dalszej kolejności chciałabym znaleźć się na koncercie Florence and the Machine. To nie są takie zwykłe, z czapy wiejskie dożynki. To jest prawdziwe wydarzenie!!! Powiedziałabym nawet, że duchowe.Zespół ten poznałam jakieś 3 lata temu. Uwielbiam ich wszystkie 3 albumy. Ostatnio w Polsce byli 12 grudnia. W Łodzi, w Altas Arenie. Wprawdzie miałabym pieniądze bez problemu, ale stwierdziłam, że będą potrzebne na ważniejsze rzeczy. Teraz nieco żałuję, ale obiecałam sobie, że jeszcze pojadę na ich koncert. Dołączyłam nawet do polskiego fun clubu zespołu i przyznaję, to są prawdziwi fanatycy. Tak, każda gwiazda ma takich fanów. Oni śledzą ją i osoby z nią związane na wszystkich portalach społecznościowych, wymieniają się/ kupują/sprzedają płyty i nie tylko. Na koncertach Florence Welsh dzieją się niesamowite rzeczy. Niezliczone ilości ludzi ma na głowie wianki, tony brokatu (tak, faceci podobno też...) Wszyscy śpiewają. Florence biega po scenie, skacze, paraduje nawet w staniku.. ciężko mi to opisać prostymi słowami zważywszy na fakt, iż na żadnym ich koncercie nie byłam. Panuje jednak jakaś magiczna atmosfera. Sama publiczność jakby w transie.  W końcu to indie rock.

Jakiś czas temu postanowiłam zmusić się choć trochę do robienia rzeczy, których nie potrafię lub boję się. 


Raz byłam na łyżwach. W drugiej liceum. Poszłam tam ze znajomymi, którzy już potrafili jeździć. Gdy znaleźliśmy się na lodzie, one zaczęły jeździć, a ja bezradnie trzymałam się balustrady, nie wiedząc co robić. W końcu nikt mi nie pokazał co i jak?!! Jako, że każdą porażkę przeżywałam sto razy mocniej, moje policzki zaczęły płonąć, a do oczu napływały łzy. Znów po raz pierdylarny czułam się jak dwuletnie dziecko pozostawione w sklepie.Wprawdzie później podjechały dziewczyny i zaczęły mnie ciągnąć jak worek ziemniaków, bym i jak miała z tego jakąś frajdę. Nie miałam. Wróciłam przegrana do internatu. Zawzięłam się i postanowiłam nigdy więcej nie wejść na lód. Zrobiłam to. Po czterech latach chciałam zrobić coś dla siebie, coś czego się boję, zrobić to w miłym towarzystwie i wykorzystać czas ferii. W pierwszym momencie znów poczułam strach i automatycznie złapałam się tej balustrady. Wejście na lodowisko było darmowe, toteż zainteresowanie było spore.  Z głośników leciała Beyonce i The Weeknd, co poprawiło mi humor. Monika jeździła wybornie. Czasem podjeżdżała do mnie namawiając  do samodzielnej jazdy. Nie byłam jeszcze gotowa, dlatego kazała mi się trzymać i sama pojechała pośmigać.Po dwudziestu minutach zauważyłam, że jestem w stanie coraz mniej trzymać się. Po pół godziny stawiałam samodzielnie kroki. I odbijasz się, raz jedna noga, raz druga do zewnętrznej strony. I tak powtarzając sobie raz po raz stawiałam coraz śmielsze kroki. Nie obyło się bez upadków na tyłek. Raz złapał mnie jakiś starszy pan, który sam odczuwał z tego „łapania” większą przyjemność niż ja z bycia łapaną, ale lassen wir das. I byłam cholernie szczęśliwa. Co z tego, że byłam tam niemalże najgorzej jeżdżącą osobą, skoro byłam w stanie utrzymać równowagę? :))) Tamten moment wpisałabym do listy najpiękniejszych momentów. Zrobiłam coś, czego się bałam. Pokonałam siebie. I mam większą chęć jeszcze tam wrócić.

 Jak widać, ktoś tu pokusił się o bardzo wyczerpującą definicję mojej osoby: "Neurotyzm jest jedną z cech osobowości. Jego znakiem szczególnym jest nadwrażliwość emocjonalna, chwiejność oraz permanentne poczucie lęku. Neurotykowi trudno odnaleźć się w świecie. Ma problemy z nawiązywaniem i utrzymywaniem bliskich kontaktów.
Podstawowym znakiem rozpoznawczym neurotyka jest przesadna emocjonalność. Z jednej strony mówi się o nadwrażliwości, z drugiej zaś – o chwiejności. Neurotyk wciąż się czymś zamartwia. Często pojawiają się u niego napady lęku, bez konkretnej przyczyny. Potrzebuje ciągłej akceptacji, która często wynika z deficytów w sferze miłości.
Paradoksalnie swoim zachowaniem odsuwa się od ludzi, bojąc się odrzucenia i nie akceptując wzorców innych niż własne. Ludzie tego typu mają jednocześnie wygórowane wymagania. (...) Neurotyk ma skłonności depresyjne, impulsywne oraz tendencje do nadmiernego krytycyzmu.
Neurotyk jest trudnym partnerem. Ze względu na stale towarzyszący mu lęk, wrażliwość na odrzucenie, daleko posuniętą potrzebę miłości oraz bezwarunkową akceptację, zazwyczaj nie jest w stanie nawiązywać stałych i zdrowych związków. (...)
Związek z takim człowiekiem wymaga mnóstwa pracy, cierpliwości i głębokiej miłości."

  ~Edyta Matula~
2
"Już mi nie znikaj. Wiesz przecież, jak boli samotny spacer. Tak w środku miasta łatwo się zgubić bez Twojej ręki. Niebo tnie jak brzytwa. Krzyczy przeciąg. Bez oddechu jak smutny obłok. Bądź. Na każde słowo. Na jutro i na zawsze. Na najpiękniejsze listy. Na wszystko i na cokolwiek."
Kaja Kowalewska, Play listy, czyli nie wszystkie fobie są o miłości
Kochani!! Na teraz to tyle. Pakuję najpotrzebniejsze rzeczy i swoje serce do plecaka i jadę. Nach Lodsch!! Wracam we wtorek, naskrobię coś więcej. Seeee ya!! :))))
    


Cisza- najgłośniejszy krzyk. 2016-02-02


 


Update: Tuesday, February the 2nd





"Balansuję wciąż pomiędzy pragnieniami zupełnej samotności, by czytać i pracować, a tak wielką potrzebą ludzkich gestów i słów." Sylvia Plath


     Yes!!! Business już napisany. Jeszcze dwa egzaminy i jestem wolna na dwa tygodnie.
Kilka temu przez dwie doby męczyliśmy się w akademiku z brakiem wody. W tym momencie zauważyłam ,jak tak prozaiczna rzecz, a raczej jej brak może przeszkodzić w zwykłych czynnościach i rozwalić organizację całego dnia. Nie myślę nigdy o takich rzeczach, bo jak wiadomo, przyjmuję je za pewnik, że tak być powinno, że to jest takie naturalne. Z tego powodu musiałam jedną noc przekoczować u Moniki. Ją samą moje towarzystwo jak się okazuje bardzo ucieszyło. Powiedziała, że ogarnia ją spokój i jest wręcz zrelaksowana kiedy u niej nocuję. Nie sądziłam, że ktokolwiek może tak uważać. Raczej  za co najmniej uciążliwe, to bym się zgodziła. Sowieso bardzo miłe i subtelne :))))) Nie potrafię ocenić jej roli w mojej już  marnej egzystencji, ale na pewno wyglądała by ona gorzej. Wprawdzie nasze charaktery to zupełne przeciwieństwa, ale dzięki wartościom jakie wyznaje, jestem w stanie zobaczyć w niej samą siebie. Dosłownie. To niesamowite. Tak samo nie rozumiemy życia. Nie pojmujemy tych samych zachowań.  Przyjmuję, że różnica tkwi w wychowaniu, w tym z jakich pochodzimy domów.
        Wczoraj poznałam jej tatę. Rodzice Moniki to bardzo sympatyczni, troskliwi i zapobiegliwi ludzie. W miarę majętni, wszystkiego dorobili się swoją ciężką pracą.  Największy szok przeżyłam, gdy Pan tata komentował kawalerkę, w której mieszka Monika. Bo widzicie, oni są przyzwyczajeni do innego standardu życia. IKEA to zło, tam są sklejki, które znajdziecie w domu u zwykłych, szarych zmęczonych życiem ludzi. Takich jak ja, którzy będą tę sklejkę uważać za błogosławieństwo, bo niczego innego nigdy nie mieli. Ot, widocznie każdy ma inny wyznacznik luksusu. Właściwie nigdy nie byłam wymagająca.  .Oni moją wybierać bez mrugnięciem oka między "wypadem" w  góry w Słowacji/Czechach a  w Szwajcarii, podczas gdy ja nie  myślę nawet o żadnych wakacjach, żadnych wypadach. Bo gdzie ja.. Nie chcę wiedzieć, co powiedziałby ten pan na mój akademik. Dodał również, gdy Monika skarżyła się na wieczne awantury zza ścianą, że stajemy się tacy, jak ludzie w naszym otoczeniu, cofamy się mentalnie, że to ogólnie rzecz biorąc ogłupia nas takie towarzystwo. Nie wiedziałam jak się czuć, kiedy rozmawiali o jakimś chłopaku pracującym w banku, którzy miał zarabiać 4 tysiące. Sądząc po tonie ich głosu, odniosłam wrażenie, że ta suma jest jakaś absurdalna dla nich. To by się nieźle zdziwili słysząc o naszych dwóch emeryturach... I tu w mojej głowie rodzi się konflikt. Z jednej strony wiem, że ten pan miał rację. O tej mentalności. Ilekroć wracam do T.W również czuję to wyraźnie. To mentalne cofanie się. Degradacja. To zadowolenie byle jakością. Byle jak, byle do jutra, byle jakoś to było. Automatycznie panikuję, wpadam w szał. Tracę i tak już niskie poczucie bezpieczeństwa. Grunt pod nogami...
        Z drugiej strony mam taką rodzinę Moniki. Ponadprzeciętni. Monika i jej brat. Z dobrego domu.  Porządne, popłatne kierunki studiów, bardzo dobrze zarabiający, elokwentny tata. Nigdy niczego im nie brakło, skoro mogli lecieć do Stanów, a rodzice sami też jeździli np do Indii. Nasi Zachodni sąsiedzi powiedzieli by "ot, taki standardzik" Tak, wiem, pluję jadem. Jestem połączeniem oślizgłego, plującego, węża i lwa. Powoli cedzę słowa (syczę), odgarniając moją lwią grzywę włosów.  Ey, czy czasem nie było takie potwora w mitologii greckiej?? Eureka!! Tak, może nie do końca, ale miałam w głowie obrazek z mojej książeczki, nagrody za konkurs ortograficzny.. to była chimera..             Tak, drodzy Panowie :) Właśnie w  to zwierzątko powyżej zamieniam się po północy :D Passt auf! o, proszę mam do tego  bardzo liczne jak się okazuje rodzeństwo: Cerber, Sfinks, Orzeł Kaukaski, Lew nemejski, Smok Ladon, Hydra Lernejska oraz Pies Ortos. W mitologii zawsze przerażało mnie, że wszyscy mieli ze sobą romanse, dzieci i inne dziwne historie.  Mhm Lassen wir das. Wiecie, ja naprawdę nie umiem cieszyć się z sukcesów innych ludzi. To jest przerażające.
Co do rodziców Moniki.. przy takich ludziach jak oni zwyczajnie głupieję. Nie wiem jak się zachowywać, o czym mówić, o czym nie mówić. Z nimi wydaje mi się, prowadzi się rozmowy na poziomie. Wiecie uhuhu tutaj polityka, ekonomia, globalne ocieplenie, głód na świecie... Jestem dzikusem.

     Zmieńmy temat!!!!   Jak kiedyś wspominałam należę do American Culture Club (taa, byłam tam aż całe dwa razy) postanowiłam pójść tam w tamtym tygodniu, jako że znalazłam odrobinę czasu. Byłam sama (widocznie dla studentów mojego najukochańszego wydziału możliwość spędzenia czasu z nativ'em jest mało zachęcająca). Na piątym piętrze zobaczyłam przypiętą kartkę z numerem telefonu Ms.P. Jeszcze w tamtym momencie nie miałam pojęcia jak cudownie będzie wyglądała reszta wieczoru. Po telefonie Ms.P przyszła i zapytała, gdzie chciałabym pójść i co lubię jeść!!! Wow, wychodzę na miasto, na żarcie z wykładowcą!! Superancko!! Zabrała mnie do Groole :))) I powiem szczerze: Nie denerwowałam się już tak moim średnim poziomem angielskiego. Ba, ona sama po jakimś czasie patrzy na zegarek i mówi: Zobacz, siedzimy tu od dwóch godzin, ja rozumiem Ciebie, Ty rozumiesz mnie, jest fajnie :))))) Rozmawiałyśmy o wydziale, o wykładowcach, o jej programie wymiany ect. Traktowała mnie na równi ze sobą. Najbardziej ujęło mnie kiedy mówiła, że muszę dać sobie czas, poszukać tego, co mnie interesuje. Właściwie wszyscy teraz dookoła mówią mi to samo... Sie haben leicht sagen..Ona mnie nie pouczała, nie straszyła. Patrzyła zatroskanym wzrokiem. To sobie cenię. Indywidualne podejście do człowieka. Jak się potem w trakcie rozmowy okazało, mieszka bardzo blisko mojego akademika i jeżeli chcę, będziemy mogły się spotykać. :) Najpiękniejszy moment to ten,w którym śmiałyśmy się ze ze zmęczenia.. nie potrzebowałyśmy słów. Granica między językami a krajami jakby zanikła. Sama potem powiedziała, że poza wydziałem nie jest już moim wykładowcą, lecz przyjacielem i może pójść ze mną nawet na piwo!!!. Czyż nie jest przesłodka? Ba, ona na to, że w piątek tydzień temu piłam z Kate piwo stwierdziła, że również kiedyś się napijemy :D Jaram się nią niezmiernie. Nie tylko mogłam z nią przez 4 godziny rozmawiać, najadłam się do syta, to jeszcze poprawiła mi bardzo humor. Dawno nie wróciłam tak lekka do akademika.
         Następnego dnia miałam egzamin z opisowej gramatyki niemieckiej. Dałam radę, ale bałam się, że mój cudowny wieczór będzie mieć swoje konsekwencje. Nie, nie uczyłam się zbyt wiele.I wiecie.. nie zasłużyłam na tę czwórkę. Z resztą, jak część mojej grupy na swoje oceny. Ba, jak ostatnio wyraził się kulega z wydziału konkurencyjnego, że nie cisną nas na naszym azbeście. Zrobiło mi się przykro jak cholera. Nie chcę ich oceniać, byłam tam raz na zajęciach. Wiem jednak, że z nich próbują robić geniuszy na siłę i mają mózgi rozjebane od tej nauki i zero życia towarzyskiego.. to wiem na pewno. Poza tym na łacinie uczą się najpierw greki, potem tłumaczą to na łacinę,następnie na polski. Taaak, to jest bardzo wzniosła idea; filolodzy, badacze języków.. ale jestem ciekawa, jak to będzie działać w prawdziwym życiu..Ale najogólniej mówiąc przez naukę łaciny chce nam się jedynie uzmysłowić, jak wiele  współczesnego słownictwa czerpiemy z dziedzictwa z tegoże języka. Ponadto mamy znać kilka sentencji, by móc w sytuacji towarzyskiej brzmieć inteligentnie, wykazywać się ponadprzeciętną wiedzą .Wydaje mi się przynajmniej, że to jest główny cel. Ten to musiał dodać swoje trzy grosze. Heh, jak zwykle wszystko i wszyscy próbują mnie ściągnąć na ziemię bym nigdy nie poczuła, że jest zbyt pięknie. .Jednak potem pod koniec dnia zaczęłam myśleć o tym pod prysznicem. Taaak, to jest najbardziej odpowiedni czas do różnego typu rozważań -,-. I będąc na tym konkurencyjnym wydziale zauważyłam, że tam studiujący ludzie wydają się być  bardzo dumni z bycia tam gdzie są. . Potem zaś pomyślałam:" Cholera, gdybym miała taki fajny wydział to i ja byłabym z niego dumna"  A przecież ze swojej Alma Mater byłam. Zawsze w towarzystwie mówiłam o niej z nieukrywaną wyższością. Czułam się lepiej niż moi "cudowni" znajomi, którzy wybrali pobliskie technika i zawodówki. I wcale nie chodziło o typ wybranej przez nich szkoły. Chodziło i ich brak ambicji, zainteresowań. O poziom inteligencji, którego nie mogłam znieść. Prostactwo. Niskie pobudki. Kiepski sposób spędzania wolnego czasu. Tymczasem moja Alma Mater to była szkoła stara, z tradycjami. Bywały momenty kiedy jej nienawidziłam, ale również i takie, kiedy duma rozpierała moje małe serce.
"– Jak żyć, gdy już nie chce się dłużej żyć? Ile razy sam sobie zadawałem to pytanie? – pomyślałem. – Po jednym dniu naraz – odpowiedziałem cicho. – Po jednym dniu naraz." -Richard Paul Evans
       Egzaminy w pełni. Póki co bilans pozytywny. Przeraża mnie jednak, że ludzie z mojej grupy tak po świńsku ściągają. Rozumiem bunt, przecież nie wszystko, czego się uczymy jest przydatne.. niestety, ale czasem to lenistwo przechodzi pojęcie. Nikt nie lubi się wysilać. Przecież potrzeba czasu, cierpliwości i siły. Nienawidzę ich momentami, bo wydaje mi się, że nawet pracę dostaną szybciej i łatwiej ode mnie. Ludziom przestaje chcieć się wysilać nie tylko w nauce, pracy ale również w relacjach międzyludzkich. Easy comes, easy goes. Zdecydowanie zbyt wiele rzeczy przychodzi im zbyt łatwo. Wówczas przypominam sobie o karmie. Przecież nie można być cały czas karanym i mieć pod górkę, czy też całe życie „jechać na farcie”, oder? Tak, z taką niesprawiedliwością to ja się nigdy nie pogodzę i wręcz nakręcają mnie komentarze typu „takie jest życie, Maleńka”, „tak jest i już nic nie zrobisz..” No skoro ludzie się godzą na to, żeby tak było, to zostają takie zachowanie przyjęte jako norma i rzeczywiście już nic z tym nie zrobisz..
"Myślałam, że różnicy za bardzo nie będzie. Naprawdę. A powoli okazywało się, że jest. Że ludzie są o wiele mniej sympatyczni, że ja nie mam przekonania co do swoich możliwości. (...) Że się przejmuję. Że się wszystkim przejmuję. Że jestem non stop przerażona tym, co mam robić. Codziennie budzę się z atakiem paniki, co mam robić. Co mam robić w życiu." Małgorzata Halber, "Najgorszy człowiek na świecie"
I wiecie.. wprawdzie miód malina. Przede mną perspektywa dwóch tygodni wolnych. Rozpisałam sobie nawet co takiego super  będę robić, ale szczerze boję się, że będzie jak zawsze. Po trzech pierwszych dniach ogarnia mnie panika. Zaczynam wymyślać, wypisywać do ludzi, wałęsam się po parkach szukając nie wiadomo czego, kupuję słodycze (bo przecież mam takie ciężkie życie i mi się należy), piwo (z tej samej przyczyny), płaczę tuląc się się do poduszki, wdycham jej zapach. Zmęczona, spłakana, dławię się własnymi łzami. Ostatecznie  zrezygnowana zasypiam z bolącą głową . Jak maleńkie dziecko.
"Bar­dzo sta­rałam się za­pano­wać nad płaczem. Pa­miętam, jak pew­nej no­cy, zwi­nięta w kłębek w tym sa­mym ro­gu tej sa­mej sta­rej ka­napy, zno­wu za­lewając się łza­mi pod wpływem tych sa­mych co zaw­sze żałos­nych myśli, spy­tałam samą siebie: Czy jest w tej sy­tuac­ji coś, co mogłabyś zmienić, Liz? Byłam w sta­nie wy­myślić tyl­ko ty­le, by zwlec się z ka­napy i nie przes­tając szlochać, próbo­wać stać na jed­nej nodze pośrod­ku po­koju. Sko­ro nie pot­ra­fiłam pow­strzy­mać łez ani zmienić te­go po­nure­go wewnętrzne­go dialo­gu, chciałam udo­wod­nić, że wciąż jeszcze spra­wuję nad czymś kon­trolę: przy­naj­mniej mogłam się zapłaki­wać, ba­lan­sując na jed­nej nodze. To już było coś." Elizabeth Gilbert
Znajomi powyjeżdżają pewnie do domów, mają inne plany a ja posiedzę sama w akademiku. Wiadomo, mogłabym zrobić to samo, ale nie mam raczej czego tam szukać ani tym bardziej czym się zająć.  Pomysły to ja miałam niezgorsze: basen z G,  wycieczki po Warszawie z przewodnikiem (z racji, że mieszkam tu drugi rok przydałoby się zobaczyć coś więcej), rozpisałam sobie body shape i wspinaczkę z swfis, przejrzałam darmowe wydarzenia na waw4free. Mam jeszcze sprzątać, czytać, powtarzać gramatykę, piec ciastka, uczyć się historii literatury angielskiej. I wiecie co? jajco.. obawiam się, że SAMA dupska nie ruszę za wzięcie się za którąkolwiek z tych rzeczy. Po trzecim dniu dopadnie mnie chandra. Znów będę pierdolonym warzywem. Może Lauch od razu?  Będę tylko spać i jeść i płakać. To może skoro płakać to jednak Zwiebel?  Istny teatr masek. T  zna mnie za dobrze.  Jednak usłyszenie  niektórych rzeczy akurat z jego ust poniża mnie podwójnie. Jest lepszym psychologiem niż się spodziewałam. Nie doceniałam. Za każdym razem zadziwia mnie to, śmieszy do łez i przeraża.  Powiedziałam mu o blogu. Stwierdziłam, że wypada skoro widziało go  prawie 6 tys osób. Nie, nigdy go nie przeczyta. Bez sensu..
"Kogoś nie ma, ktoś powinien być i to jest właściwie koniec argumentacji. Powoli się tonie, schnie się, kurczy w sobie. W kilometrach pustych przestrzeni pościeli jak białe przepaście, Syberia. Może to choroba cywilizacyjna, może już jestem tak skrzywiony, że takie rzeczy mnie w życiu omijają, a może po prostu jestem predestynowany do nieustającej selekcji przejmująco przygnębiających utworów, których się słucha z zaciśniętą szczęką i ściśniętym gardłem. I jeśli jeszcze raz ktoś mi napisze, że smutek jest w takich momentach wyborem, że głupcami są ci, którzy zamiast cieszyć się, smucą, zapytam czy wiedzą co to znaczy przez całe lata nie znać dotyku innego niż własny, myśleć i funkcjonować w trybie solo przez tak długo, że wyobrażenie sobie bycia w związku jest tylko pięknym abstraktem, fatamorganą. To jest gorzkie, może nadto wylewne, ale przecież prawdziwe. Pewnie, mógłbym się cieszyć, szczerzyć zęby i klepać w kolana. Same dobre strony: całe wielkie łóżko dla siebie, nieograniczona wolność i niezależność od kogokolwiek, brak zobowiązań. Ale ja, jak Rod Stewart, just don’t want to be free. Nieistotne. Nie mówmy więcej o tym."  Nad moją osobistą szerokością geograficzną szaleje burza z piorunami . Chowam się pod jakimś samotnym drzewem , pokornie zwieszam głowę i przepraszam. Nie będę już tak bredzić. Po mojej twarzy spływają strużki łez zmieszane z deszczem. Trzęsę się w przemokniętej koszuli. Die Haare stehen zur Berge. Genauer gesagt  Gansehaut. Po raz n-ty i na pewno nie ostatni mówię DOŚĆ.  Mam być twarda i grać dalej. Swoją rolę. "Jak teraz. Lecz wiem, bo przekonałem się nie raz że nie ma co wychodzić z kina, póki trwa seans..." Zatem poczekam  aż przestanie padać... Ale dokąd potem?
So what are you waiting for
Tell me what's the hesitation?
What are you waiting for
Your special invitation?
What are you waiting for
Tell me what is the delay?
       Ponadto miałam dwa ustne z teorii komunikacji i stylistyki języka polskiego. Poszłam nawet na wydział, jednak poczułam się tak źle, że wróciłam do akademika. Jak tylko zdążyłam wydobrzeć po przeziębieniu, to organizm dał o sobie znów znać. Tym razem kwestia delikatniejsza i  poważniejsza. No, trudno, będzie trzeba interweniować. Cholera, jak się sypie to po całości.  I brakuje mi ruchu. Robi się coraz cieplej, więc nie będę mieć wymówek by nie pójść na głupi spacer. A gdyby znów powrócić do Chodaka?
Co najważniejsze odezwała się I. Yeaaaah!! W końcu. Ulżyło mi. Nie odzywała się ze względu na ciężką sytuację rodzinną. Udało nam się ustalić, że być może  w tej przerwie zawitam do Odzi. Po części chciałam sama siebie wypchnąć z tego szklano-betonowego miasta na rzecz innego, mniej betonowego,  tu przemysłowego. Po ostatniej wizycie mam wrażenie, że nienawidzi się tu przyjezdnych.. Podobno w Krakowie również nienawidzą Warszawiaków. Ale wait... kto powiedział, że czuję "tutejsza"? Achso.. niemand :)))) 
Z drugiej strony tak bardzo chciałam się zobaczyć z I i byłą współlokatorką z internatu. Przyda mi się zmiana miejsca na kilka dni.
Dziś bez weny. Wybaczcie. Całkiem przypadkowo odkryłam wczoraj dwa fantastyczne blogi. Venila Kotis i V1ncent. Piszą w taki sposób, że zwykła wprawa po bułki staje się emocjonującą przygodą. Minimalizm i prostota opisu dotykają najgłębszych tkanek mojego ciała (o ile można coś takiego powiedzieć). Chcę czytać więcej i więcej. Biję pokłony i chowam się z moim niby "blogowaniem".Ale potem łapię się na tym, że Venila Kotis z tego, co zrozumiałam musi pisać zawodowo, przynajmniej po części. Nie mogę się znów porównywać. Jestem tu dla samej siebie. Nie piszę dla poklasku, nagród, wynagrodzenia. Sowieso szacunek dla niej!!! :))))
Zanim jeszcze ucieknę powałęsać się chciałam wspomnieć o filmiku wstawionym przy ostatniej notce. "Living with depression" Tak, utożsamiam się. W chui. Ponadto zdziwiłam się, że ta dziewczyna jest Polką!!!! O Bogini!! Twój akcent!! Oddałabym wszystko za taki :))))))
***********************************************************************************************************************************************************




 
Myślenie nie boli, szanowni Panowie!!
Aber was dich nicht umbringt macht dich stärker. - Memoria tene!!!
I to tyle w tym temacie na teraz. Bajos. :)))))


 



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]