klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
Hipotermia 2016-01-24

Hipotermia!
Zimny wiatr rozwiewa ślad po niespełnionych marzeniach,
Gdzieś tam głęboko na dnie mojego zmarzniętego serca,
 
A ja nie umiem znaleźć w sobie światła, nawet w świetle dnia.
  
  Czeeeeeeść! Zimno. Boże, jak tutaj zimno.. znaczy w naszym kochanym akademiku. Na domiar złego przeziębiłam się. JA, mocna zawodniczka, jako, że „złego licho nie bierze” {unkraut vergeht nicht :D} nie spodziewałam się nawet. Przecież ostatni raz był dwa lata temu. Poszłaś na dwór bez czapki? Przemoczyłaś buty? Owiało Cię i wracasz z gilem do pasa? Taaak, zawsze biorę za pewnik, że będę zawsze zdrowa i nic, absolutnie nic mnie nie złamie. Bagatelizuję. Jak widać mój organizm bez trudu wyczuł, że zbliża sesja, więc potrzebowałabym się pouczyć i odpocząć.. . Choć może być i tak, że mój organizm daje mi znaki (Hilferuf), bym zaczęła się w końcu nim interesować i dbać. W końcu jak ostatnio wspominałam chcę dla siebie coś zrobić. Nieeee, jeszcze nie wymyśliłam, co konkretnie. Odkładam to w czasie „na lepszy moment” Cała Ja. Prokrastynacja. Zawsze odkładam na rzecz pilniejszych, ważniejszych spraw, czy też mam nadzieję, że dostanę nagłego olśnienia, zostanę zasypana pomysłami lub wydarzy się coś niesamowitego, co odmieni moje życie. Taaaak, czekaj sobie a czekaj. "Tańcz głupia, tańcz, swoim życiem się baw!" Tym sposobem jestem nawet skłonna powiedzieć, że odwlekam  swoje życie i tak trwam w czymś rodzaju próżni. Nie powiedziałabym, że żyję.  Życie na czekanie. Czekanie na życie. Całe moje życie jest czekaniem. Tylko sama już nie wiem na co...

„Wierzysz w to, że masz jeszcze dużo czasu. Kiedy byłem w liceum mówiłem sobie, że jestem fajny, mądry i mam dużo czasu. Rok później mówiłem sobie to samo. Dwa lata później też, bo wciąż nic się nie zmieniało. Typową cechą osób, które sobie nie radzą tak w aspekcie finansów jak i relacji międzyludzkich jest brak szanowania czasu. Oni zawsze mają go wystarczająco dużo, żeby poświęcić trzy godziny jadąc na drugi koniec miasta i oszczędzić 15 złotych. Oni zawsze mają czas, żeby spotkać miłość swojego życia i na razie mogą być z kimś kto pełni funkcję supportu występującego przed gwiazdą wieczoru. W ich życiu są tylko dwie pory: „Mam jeszcze czas” i „Już jest na to za późno”. Nadejście tej drugiej zawsze jest zaskoczeniem.”    o cholera.. oni mnie rozgryźli... o.O



Ten tydzień zapowiada się pracowicie. (Właśnie dlatego piszę notkę, słucham Abby- „Voulez Vouz”) Dwa ustne, na które nie wiem, czy uda mi się wejść. Plus dwa kolokwium ze zwykłej i opisowej gramy niemieckiej. Z sobą mam już dwa: ustny niemiecki. Dostałam temat taki, jakiego się spodziewałam „online-dating”. To było nic. Owszem starałam się mówić jak najwięcej, by pokazać Ch. że opracowałam tekst. Dziewczyny podobno patrzyły po sobie i przewracały oczyma,modląc się o rychły koniec moich rozważań.Ale ja tak cholernie chciałam mówić jak najwięcej, by udowodnić samej sobie, że potrafię. Nie poszło źle, bo dostałam czwórkę, ale było mnóstwo błędów. Ale potem rozwaliła mnie na łopatki: Zapytała mnie o to, jaki powinien być mój idealny partner... WAT? Wiem, das war nicht bose gemeint. Drugi to egzamin z Ukrainką, dla której szczytem  umiejętnosci jest powiedzenie 'samsink' 'ewrisink'. Wyczuwam, że zakupiła na Ukrainie tytuł doktora, by móc nam kopiować z mądrych książek definicje i potem odczytywać je ze slajdów. Dziękuję UW!! Coraz bardziej oswajam się z myślą, że magisterskich tu nie robię.. ale skoro nie tu, to gdzie? Wiecie, czasem to nie mam ambicji już ani na ten licencjat ani na magistra. Ale rychło w czas i w zasadzie powinnam rozmyślać nad tematem pracy.  Nie, nie nauczyłam się. Po pierwsze to było zbyt wiele materiału jak naraz. Po drugie moja głowa pulsowała, Febrisan  (uwaga, product placement) stygł na parapecie, a ja czytałam głupie artykuły na DIE WELT.  Jednym z nich był oto taki:





"Ich sehe Menschen neutral. Sie sind einfach da."



Julian, 27, Informatiker, lebt in Berlin. In seinem Leben spielt Sex keine Rolle: Er begehrt weder Frau noch Mann. Warum er keine Lust empfindet, verstand er lange Zeit selbst nicht.


Możecie się śmiać, patrzeć na mnie lekceważąco.. I don't give a fuck. Ale uśmiałam się za to bardzo. Tak, jestem dzieckiem i kocham sama siebie za to!!! Ba, z Moniką rozmyślałyśmy nawet, czy z nami tak nie jest czasem.. Atrakcji nie koniec..
„Will ich das wissen?"
Über sein nicht vorhandenes Sexualleben sprach er lange Zeit nicht. Weder mit seiner Familie noch mit Freunden. "Wieso auch? Wenn du in einem gewissen Alter noch Jungfrau bist, ist doch eh alles klar. Stempel: Versager." Wenn Freunde oder Bekannte über Sex redeten, hielt Julian den Mund. Mit der Zeit war er geübt darin, anderen das Gefühl zu geben, er könne mitreden, obwohl er nichts sagte. Er hörte einfach nur zu. Hörte, wie sich die anderen gegenseitig übertrumpften. Max hatte mit einem Dutzend Leuten geschlafen, Felix auf einer Party schöne Mädels kennengelernt, und Paul hatte einen Dreier.
"Cool", sagte er dann ab und zu. "Hammer." Und dachte: "Will ich das wissen?"  Er wunderte sich schon ein bisschen über das Gerede. Sollte Sex nicht eigentlich was Intimes sein? Etwas, das du nicht jedem gleich aufs Brot schmierst? (osobiście też tak uważam :) Für ihn wirkte das alles so aufgesetzt. Künstlich. Lange dachte er, das ganze Getue sei nur Show, "Sex sells", ein Klischee. Irgendwann verstand er, dass es für viele tatsächlich Realität war. Nur eben nicht seine.

Boziu, to jest naprawdę najgorzej !!!!! Tutaj użyłabym emoji with the tears of joy :D :D Szczerze współczuję chłopakowi. :P


Kolejnym punktem tej notki (bo sobie zrobiłam po raz pierwszy jej plan, żeby nie pieprzyć bez sensu) jest ocena moich niektórych znajomych z Almy i miasta P.
Ze mną najgorszy problem jest, że koncentruję się w pełni na osobach, na których mi w pewnym stopniu zależy. Czasem objawia się tym, że jestem nadmiernie zapobiegliwa, zazdrosna i zaborcza. Wymagam od nich, że będą do mnie pisać, dzwonić i spędzać czas. No może ja za dużo wymagam.. Ja jestem w stanie zawsze dla nich znaleźć czas. Dzwonisz do mnie o 23 w czwartek, choć następnego dnia zajęcia zaczynają się o 8.30? Spoko, biorę pidżamy i szczoteczkę do zębów w plecak i jestem u Ciebie. Biegnę jak głupia z wywieszonym jęzorem i sercem na dłoni. Sama zaś niekoniecznie otrzymuję to samo. Nie chodzi nawet, żebym to robiła z taką myślą.. jednak oczekiwałam jakiejś reakcji. Bo to zawsze dwustronny układ, nicht wahr? A może coś mi się w tej małej główce poprzekręcało..

Tym sposobem przechodzimy do mojej I. Rozumiem, że ma cholernie ciężkie studia. Te wielkie księgi do konsty na jej biurku.. istna pamięciówka. Moje studia przy tym są wielką improwizacją. Wydaje mi się wręcz, że to jest taki abstrakcyjny kierunek, a ja lawiruję wśród słówek, słóweczek, regułek gramatycznych i nic konkretnego z tego nie wychodzi. Lassen wir das. Boję się, że ją tracę. Stopniowo, powoli. Btw nie wiedziałam, że ona wraca tutaj na swojego bloga!!! Mogła widzieć mojego. Nie, nie powiedziałam jej o nim. To jest miejsce, w którym niemalże obnażam się i nie chcę się wszystkim dzielić z moimi znajomymi. Dziś śmiać mi się chciało myśląc, że ktoś w Wawie mógłby mnie zaczepić na ulicy i zapytać: Heeeey, to Ty? TA KLASYCZNAGORZKA,right?  Mógłby zrobić to wszędzie.. w metrze, pod moim wydziałem czy na nawet na korytarzu w akademiku. Ba, to mogłaby być każda osoba z grupy czy starej klasy. Wyobraziłam sobie  nawet tę sytuację.. zatkałoby mnie na miejscu. Ale przecież to niemożliwe! Nikt nie wie, jak wyglądam:))))


Rozumiem również, że znalazła kogoś i kibicuję. Ma do tego prawo, jak każda chodząca po tej Ziemi istota. No stuknął im roczek. Fajno. Swoją drogę patrząc na tych wszsytkich długodystansowców sama łapię się na tym, że chyba nie dałabym rady. Jednak co jest dla mnie sygnałem to to, że nie ma czasu ze mną pisać. Nie mówię codziennie. Ale co tydzień czy dwa.. któtkie streszczenie tygodnia. Albo jeszcze lepiej zadzwonić. Szybciej. Nie pamiętam czy kiedykolwiek ona sama z siebie do mnie zadzwoniła. Ja zrobiłam to kilka razy. Okay, nie miałam nigdy hajsu na prezenty, ale od kiedy jesteśmy na studiach, staram się choć wysyłać kartki. Ilekroć na nie spojrzy, będzie przypominać sobie o mnie. Kiedy ja miałam swoje pamiętała, to prawda i nawet denerwowała się, że pomyli daty. Ale nadal ciężko było mi błagać przez miesiąć o godzinę na skajpie.. to upokarzające. I to tak zawsze już będzie? Będę żebrać o wolny czas moich przyjaciół? On zna ją od roku, ja teraz czwarty.. wiem, wydawałoby się więcej.. choć teraz sama nie jestem tego pewna. Ona teraz zajmuje się poznawaniem jego, jego rodziny, myśleniem (o zgrozo!!!) o przyszłości. Ich współnej przyszłości. To przerażające. Pewnie to jest tak, że ja swoją rolę już spełniłam. Zawsze byłam, kiedy potrzebowała. Plątała się pod nogami taka mała dziewczynka. Śmiała się z nią, piła i płakała. Czas pójść swoją drogą. Postanowiłam nie pisać przez tydzień, dwa i zobaczyć, czy zauważy cokolwiek.   Wiem, że chce dla mnie dobrze. Czuję po tym jak pisze. Ale innej rzeczy ja tak cholernie nienawidzę: gdy wszyscy myślą, że wiedzą, czego mi najbardziej potrzeba. Próbują ułożyć mi życie, póki co jeszcze mnie nie swatali (GOD SAVE THE Queen) A może ona tylko dlatego chce żebym kogoś znalazła, bym nie wypisywała do niej jak popieprzona codziennie? Mówiąc krótko bym zajęła się swoim życiem a nie jej zawracała gitarę? I wiecie.. ja za dużo myślę. Nihil novi. Ale zauważyłam problem. Między innymi czemu mi tak ciężko zacząć od nowa.. po czterech latach. Oprócz kiedyś wspominanych aspektów pojawił się kolejny. Obojętność. Bo wiecie.. co z tego, że ja sobie popatrzę na tychże nieszczęsnych facetów. Widzę co mam widzieć: ubrania, samochody, pieniądze, ciało i tego typu rzeczy. Najbardziej przerażające jest, że nie dostrzegam w nich niczego więcej. Ani pasji, ani uczuć, charakteru.Same puste twarze.  Totalna pustka. Jak więc po czymś takim mam się do czegokolwiek zmuszać. Widzę tylko fizyczność. I konsekwencje w postaci szybkiej, lekkiej zabawy. Nic oprócz tego. I nagle otrząsnęłam się i myślę: "Heeeey, dziewczyno, przecież to nie jest to, co jest dla Ciebie najważniejsze. Nie tego szukasz. Ty masz inne wartości. " Od razu zrobiło mi się lepiej po dojściu do tego wniosku. Czasem to aż potrzebuję się rozbiec i uderzyć głową w ścianę i sprawdzić czy żyję!! Seryjne!!!  :)))) Następnie pomyślałam: Kurcze, ale zobacz. Masz nawet trochę czasu, który możesz podarować znajomym. Wypełnić go różnymi rzeczami od kursów dance hall'u, pieczenia, pijackie błąkanie się po mieście, spanie do późna, bez obowiązku wyglądania perfekcyjnie.  Możesz wyjechać na magisterkę, możesz zrobić drugi kierunek. Nadać jakiś sensowny kształt swojej (wątpliwej póki co)  karierze. Zająć się sobą.  I co, teraz chciałabyś z tego zrezygnować na rzecz rodzinnych obiadków? Na rzecz poznawania jego kolejnych członków rodziny i odpowiadania z sarkastycznym uśmieszkiem na pytania babć kiedy wnuki? Na rzecz kazań, że za dużo piję? Że powinnam się ubierać  bardziej wyzywająco, bo nie może się pochwalić przed kolegami? Na rzecz sprzątania po nim (mamusia nie nauczyła), gotowania i wszelakich form zaspokajania zachcianek zainteresowanego?? .  Na rzecz utraty statystycznie dwóch przyjaciół? Na rzecz odmawiania znajomym wyjść? Na rzecz poświęcenie wszystkiego do czego dążyłam od liceum, co miałam już jakby zaplanowane (mając już wryte od dzieciństwa różne wizje i obrazki) Na rzecz zmuszenia mnie już teraz do zostania w jednym miejscu i poświęcenia samej siebie?? No serdecznie  Wam gratuluję odwagi czy też lekkomyślności.   FIGA Z MAKIEM!!!  Teraz wyobrażam sobie to jak bycie ptakiem zamkniętym w złotej klatce. Dusiłabym się, cholera. Ja potrzebuję przestrzeni. Własnych dróg. Własnych zasad. Bez morałów, bez kazań..  Trzeba być moim przyjacielem. Zawsze. Słuchać. Rozumieć. Patrzeć. A nie pokazywać swoją wyższość intelektualną.


I wiecie.. nie sądziłam jeszcze kilka lat temu, patrząc na moich wszystkich znajomych zmieniających dziewczyny/chłopaków jak rękawiczki, że można wykorzystać swoje całe pokłady miłości na jedną osobę. Można tak bardzo ukochać sobie taką, że wszystko inne nie ma sensu. Że każda inna taka jest tylko próbą wypełnienia sobie pustki. Nadaremnie. Czuję się w środku jak wydrążony owoc.


 Za nagłe zniknięcie, przepraszam.
Nie miałem nikomu nic do zaoferowania poza własnym zamętem w głowie.
— Jack Kerouac - W drodze

Wracając po jak długim wywodzie drugą postacią jest tutaj moja Pani korepetytorka języka niemieckiego z liceum (29l). Możliwe, że to tak różnica wieku zadecydowała, że jednak nasza znajomość nie przetrwa. Po liceum utrzymywałyśmy kontakt. Opowiadała mi o swoich różnych rozterkach, pracy, magisterce i takich tam. Rozumiałam, że nie miała czasu. Nie wymagałam natychmiastowych odpowiedzi. Ostatnio zorientowałam się jednak, że nie mogę jej napisać wiadomości na fb ani znaleźć jej w znajomych. Aha-pomyślałam- pewnie mnie jak nic zablokowała. Spróbowałam skontaktować się mejlowo. Tak, odpowiedziała. Napisałam jej długiego mejla, na którego nie odpisała. Spędziłam nad nim chyba z dwie godziny i wiecie co? Znów się oszukałam, że trzeba próbować i dawać szanse i tak dalej. Wkurzyłam się.


Zatem dlaczego tak gonię za tymi ludźmi, którzy dla mnie nie mają ani chwili? Dlaczego tak rozpaczliwie piszę po raz kolejny licząc na spotkanie czy cokolwiek? Dlaczego daję tak wiele od siebie? Jeszcze mi mało po tym wszystkim? Jakkolwiek nie przywiązuję się do obcych, tak bardzo do osób już mi lepiej znanych. W kontaktach międzyludzkich jestem nieco jak kot.. ostrożna, powściągliwa. Powściągliwa, bo nie rozmawiam ze wszystkimi o wszystkim. Daję sobie zawsze czas, by wyczuć kogoś. Jestem obserwatorem. Wiele czasu zajmuje mi zaangażowanie się, przywiązanie. Nie odkrywam wszystkich kart od razu, w przypadku gdybym musiała zawrócić i uciec. Wtedy bezpiecznie jest zrobić zwrot, spalić mosty. Ale na pewno znacznie łatwiej jest mi po prostu pogłębiać dawne znajomości niż zaczynać „od zera”. Jest jakby bezpieczniej. Jakby. Angeblich. "Zawsze biegłam w ogień. Musiałam się poparzyć, aby coś poczuć. Musiałam się spalić, aby coś zrozumieć. Możesz latami stać i patrzeć na ognisko, dystansować się, pozwolić myślom jedynie się żarzyć. Mi szkoda było życia na patrzenie. Wolałam zapłonąć takim ogniem, jakiego nie ugaszą żadne łzy." Charlotte Nieszyn Jasińska.I ja zawsze taka jestem.. rzucam się w ogień, bo inaczej nie umiem, albo dawać od siebie wszystko, angażować się całkowicie, albo przejść obojętnie niewzruszona. Taka właśnie jestem. Typowa lwica. "Urodziłam się zbyt wrażliwa, zbyt dumna, ale też zbyt krucha". - Maria Callas


Jeżeli sesja pójdzie pomyślnie będę miała półtora,jak nie dwa tygodnie wolnego.. o zgrozo!! Co ja z tym czasem zrobię? Przygotowałam sobie małą listę, tego co mogłabym zrobić, co przemyśleć i tak dalej. Na niej znalazły się takie rzeczy jak:


  • achso.. historia literatury angielskiej.. skoro się cały semestr nic nie robiło, trzeba odpokutować.
    mam ambitny plan poczytać teorię z fonetyki z Dudena, poślęczeć nad gramatyką, uzupełnić braki

  • przeczytać 2-3 książki. Zaczęłam już „Wstęp do psychoanalizy” Freuda. Stwierdziłam, że chcę czytać inteligentne dzieła, by nie być pustą lalką, która tylko potakuje i się uśmiecha. Wiem, takie akurat oni lubią najbardziej. Jeżeli już któraś ma nad nimi przewagę intelektualną,odbierają kobietę jako niebezpieczną, sukowatą, przemądrzałą. Ale co jak co, ale muszę nadrabiać mózgiem, bo z wyglądem to tak średnio.. Co do książki.. jest trudna...cholernie



  •       Jak niektórzy pamiętają niedawno wspominałam o „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek.” W przeciągu trzech dni, w trakcie dwóch egzaminów i przeziębienia przeczytałam wszystkie trzy części. I szczerze ciężko mi się ją czytało. Czego się właściwie spodziewałam? Po cholerę po nią sięgałam??? Przy niektórych scenach serce łomotało mi jak opętane. Powtarzałam sobie wpół przytomna: „przecież na pewno tak nie jest, to jest jakaś nieprawda!!!! Cholera jasna, powiedz mi ,że tak nie jest, rozumiesz!!!” Nie do końca wierzyłam w to, co tam odkrywam. Szukałam jakiegoś podobieństwa.. Dotrwałam jednak do końca. Niektóre momenty wzruszały, inne jeszcze śmieszyły do łez. Nie, ostatecznie nie żałuję przeczytania jej. Ale coś we mnie pękło.. nie pierwszy raz zresztą. Zawsze pęka tylko powoli, żebym się dłużej męczyła, dłużej zbierała. Jestem tego świadoma.


"– Rasmus, patrz, tam na polanie! – szepcze Harald, pokazując palcem. W oddali po otwartej polanie snuje się biały łoś, ten, którego tak wielu chce zastrzelić. Od innych różni się tylko barwą, ale mimo to przypomina raczej postać z bajki, kiedy tak się wynurza z ciemnego lasu. – Ale kto chciałby zastrzelić takie piękne zwierzę? – pyta Sara. – Wielu! – odpowiada rzeczowo Harald. – Wielu uważa, że tu nie pasuje. Że jego istnienie jest błędem. – Ale on przecież jest! – buntuje się Rasmus. – Tak, jest, bez wątpienia – wzdycha Harald. – Gatunek – tata Rasmusa próbuje bronić myśliwych – cała populacja, całe stado łosi są ważniejsze od pojedynczego okazu łosia, od jednostki, zwłaszcza jednostki, że tak to ujmę… zgniłej! Tata dalej coś tłumaczy, ale Rasmus zaczyna płakać nad biednym łosiem i bez względu na to, co Harald powie swoim łagodnym głosem, Rasmus nigdy tego nie zrozumie. " Bo widzicie.. ten łoś jest tu kluczem do odczytania tej książki. Łoś symbolizuje odmienność, inną jednostkę, która poprzez to, jaka jest, nie pasuje do społeczeństwa. Pogardza się nią, poniża. Myśliwymi są wszyscy nietolerancyjni ludzie. Ograniczeni. Nierozumiejący niczego. Tak in the nutshell określiłabym to wszystko.Wybaczcie, zawsze miałam problemy z interpretacją tekstów. Ich vermute aber ich habe hier genau ins Schwarz getroffen. Swoją drogą jedną z rzeczy, która mi się w tej książce podobała były właśnie RETROSPEKCJE.
"Rozpacz i osobność spłynęły na niego jak fala samotności. – W sobotę umarł mój ukochany mężczyzna. Przez krótką chwilę, może ze względu na zwykłą codzienność wizyty w aptece, udało mu się poczuć zupełnie normalnie, jakby nic się nie zmieniło. Potem uświadomił sobie, przypomniał. Że wcale nie było dobrze. Że, wręcz przeciwnie, było strasznie, bo jego świat się właśnie zawalił, wszystko się rozpadło, została tylko jakaś nierealna rzeczywistość, potworne post factum, kiedy już nic nie mogło być dobre, bo wszystko legło w gruzach. Czasem nie chodzi o to, by żyć. Chodzi o to, żeby przeżyć. Tę sekundę, a potem następną. Trzeba brnąć, kontynuować oddychanie, jeden oddech po drugim. Nie będzie dobrze, ale może być lepiej. Benjamin to wie. Sam to przeżył. Sam w tym tkwi. Nie zawsze będzie tak jak teraz, bo teraz jest koszmarnie, a koszmarnie nie będzie przez cały czas. Tak już po prostu jest, chociaż trudno w to w tej chwili uwierzyć. Nie zawsze będzie koszmarnie." Moją ulubioną postacią jest Benjamin. Wierny do końca. Na zawsze. Pomimo iż ten fragment nie jest pozytywny daje swego rodzaju otuchę i nadzieję. Nie umiem tego wytłumaczyć. 





    - skoro mam mieć tyle wolnego czasu może powinnam gotować i upiec coś? Pomysł wydaje się być cudowny!! Już czuję ten zapach świeżo upieczonych ciastek!!!




  • tradycyjnie poświęcę się sprzątaniu, gdyż będzie to moja kolej na ogarnięcie naszego „wielgachnego” pokoju i aneksu.
    Nigdy jakoś nie wspominałam zbyt wiele na temat naszego akademika. Nie, nie zdradzę jego lokalizacji. Przez to mogłabym łatwo narazić się na konfrontację w realnym świecie z kimkolwiek, kto czytał te wszystkie zamieszone tutaj notki. W każdym razie jest on dwa razy większy od dawnego internatu. Co jak co, ale takiego luksusu jak w internacie tutaj nie ma. Mieszkają tutaj ludzie różni. Wiele Erasmusów, Ukraińców, zdarzają się Rosjanie i Białorusini. Hmm nie chcę być jakaś uprzedzona ani nikogo poniżać, ale szlag mnie trafia, kiedy w takiej sytuacji dla Polaków nie starcza miejsc w akademikach..    Wszystko ma jednak swoje cienie i blaski. To właśnie tutaj w weekendy łazienki i kuchnie wyglądają obrzydliwie. Wszędzie walają się butle po boskim nektarze, pety, jedzenie. Zlewy są pozapychane. Tak, toalety również. To wszystko zaczyna śmierdzieć.. W powietrzu czuć odór poprzedniej nocy. Powoli zaczyna się nowy dzień. Korytarz stopniowo zapełnia się „wczorajszymi” ludźmi. Słychać gwar i śmiech. Akademik tętni swoim życiem. I mi służy to mieszkanie tutaj. Zważyłam się dziś. Waga pokazuje: 46.6 kg. Wow!!! Nie jest źle, naprawdę. W większości przypadków ludzie tutaj chudną z prostej przyczyny.. otóż nikomu nie chce się gotować!! Oczywiście pozostają jeszcze kebsy, stołówki i bary mleczne, może komuś najzwyczajniej być szkoda kasy i ja to rozumiem. Sama uwielbiam oszczędzać. Jednak największym fenomenem, jakiego nadal nie jestem w stanie pojąć jest to, że student może nie mieć pieniędzy na jedzenie, a na piwo zawsze go znajdzie. Niesłychane!! Życiodajny napój!! A może jednak oni żyją wszyscy powietrzem i miłością? Mhmm to tym bardziej muszę jeść :)

  • Kolejnym minusem mieszkania w akademiku są odwiedziny gości do godziny 22.00. Potem naliczana jest stawka za dobę.. To działa już trochę jak areszt.. do 22? przecież o tej porze zaczynają się wszystkie imprezy!! I co? Ktoś mnie odwiedza i mam mu chamsko powiedzieć: mmhm nie chcę nic mówić, ale mogłabyś już pójść? To właśnie uwielbiam przychodząc do Kate czy Moni i ich wynajmowanych mieszkań. Wychodzę kiedy chcę, kiedy jest to stosowne. Areszt.. prawie jak w internacie.. mogliśmy być na mieście do 20.00. Potem przypał i zakaz wychodzenia.. nie ukrywam, że zasady są po to, by je łamać, więc przy sprzyjających okolicznościach robiłam to. :) A właśnie!! Co takiego dobrego było w internacie?   
            Poznałam wielu ludzi. To był akurat czas, gdy zyskałam prawdziwych przyjaciół, czas do którego będę powracać z sentymentem. Cóż, że są to jakieś pojedyncze osoby, ale przynajmniej udało mi się w drodze selekcji wybrać tych najlepszych! ha ha! Posmakowałam alkoholu i papierosów. Hahahahahaha!! tak, mocna ze mnie zawodniczka. Być może nie ma się czym tutaj chwalić, ale zrozumiałam potem, że takie rzeczy łączą ludzi. To jest jak wspólna tajemnica. Przekraczanie prawa. Jest Nervenkitzel. Beztroska. Szaleństwo. Liczy się tu i teraz. Co do używek miałam zawsze jakąś swoją dziwną teorię.. oczywiście w tamtym czasie nie byłam nawet tego świadoma, że takowa istniała, ale na jej podstawie oceniałam ludzi. Otóż dzieliłam zawsze ludzi na dwie grupy: Pierwsza to byli ludzie z którymi ja się chciałam przyjaźnić. Zawsze zależało im na nauce, najlepszych stopniach, zachowaniu- echte Streber/ Uberflieger. To po stosunku do nauki oceniałam ich w pierwszym momencie. Osoby te były dobre i uczciwe. Były piękne, poważane. Kryształowe. Sama taka być zawsze chciałam. Do nich się porównywałam.  Drugą grupę stanowiły osoby dla których nauka była przykrym obowiązkiem i zawsze robili wszystko ,by jej uniknąć. Zrywali się z zajęć na chlanie. Imprezowali co weekend. Robli tatuaże, przekuwali uszy w kilku miejscach, robili dredy. Było w nich coś co mnie lekko przerażało.Automatycznie nie ufałam im. A wiem łamali regulaminy, zasady. Zwłaszcza w drugiej liceum zaczęła mnie moja klasa przerażać. Teraz rozumiem ich.Czasem nauka, presja społeczeństwa, rodziców, jakieś osobiste rozterki sprawiały, że często ciężko było dać sobie radę bez piwa czy fajka. Łamało się coś we mnie widząc moją I z fajkiem, bałam się, że stopniowow pakuje w coś. Tak jednak się nie stało. Moja I ma własny rozum.  Dopiero niedługo potem na własnej skórze miałam się przekonać się, że nic nie jest tylko czarne lub białe. Nie ma krystalicznie czystych, uczciwych ludzi i tych ,tylko złych. Z natury wszyscy mają być dobrzy. Potem poprzez swoje decyzje dokonują wyboru.


W internacie posiłki były duże. Nasza kochana kucharka G nakładała nam zamaszystym ruchem górę ziemniaków (w końcu najtańsze) i oszczędnie wymierzała wzrokiem ile nałożyć mięsa. Buhahaahhaha!! Na samą myśl o kradzionych batonach Grzesiek śmiać mi się chce. Posiłki były duże i regularne. Z tego powodu nie wiedzieć czemu byłam zmuszone pewnego dnia kupić spodnie w rozmiarze 38.. o zgrozo!! normalnie noszę 34/36. Do dziś pamiętam smak niektórych potraw :) Stołówka była przyjemnym miejscem. Miejscem zawiązywania kontaków, „obczajania” ludzi^^. Pomieszczenie było pełne gwaru, żartów. Najlepszym momentem była jednak wigilia :) To przez cały miesiąc dostawialiśmy postne niemalże posiłki, by móc w ten jeden wieczór poszaleć :D I w ten wieczór wszyscy kradli to jedzenie do toreb by mieć zapas na tydzień, albo chociaż jako zagryzkę do chlania, które za chwilę po dyżurze miało się odbyć :) Stołówka, która zazwyczaj przesiąknięta była zapachem starego, spalonego tłuszczu,tego wieczoru była pięknie przystrojona. Atmosferę dopełniał blask lampek choinkowych i świec.Generalnie każde pomieszczenie przy zapalonych świecach nabiera jakiegoś magicznego charakteru.  Tutaj wszyscy ludzie znali się. Niekoniecznie lubili, ale znali. Wszyscy żyli aferami, pobiciami i tego typu sprawami.
Tak, picie było zabronione. I to było coś, co jeszcze bardziej nakręcało. Zakazany owoc. W akademiku to codzienność. Najgorsza była procedura z wyrzucaniem z internatu. Zwoływanie Rady, mieszanie w to władz szkoły. Upokarzające. Przypał. Byliśmy wprawdzie dorośli, ale nadal podlegaliśmy szkole. To był główny problem. Tak czy inaczej nie żałuję tych trzech lat...
"Przyjaciół się nie dostaje - nawet nie zawsze się ich wybiera. Przyjaciół się znajduje, jak skarb, jak talizman, jak czterolistną koniczynę. Często myślę, jak to dobrze, że można kochać więcej niż jedną osobę naraz i jak różne są tej miłości piętra i poziomy. Ale trudno jest o tej miłości opowiadać - czasem po prostu się do niej przyznać. Łatwo pamiętać o zmarłych, trudniej o żywych - zbyt często się zmieniają i nie zawsze są tacy, jakimi chcemy ich widzieć. Ale dobrze jest czasem powiedzieć "dziękuję". I nie wiadomo, czy im, czy nam bardziej tego potrzeba. Mówiąc wprost: czasami jesteśmy na siebie skazani." - fragment felietonu Romy Ligockiej w Pani

Update:  Saturday, January the 27th.
Nastrój: Neutralny ze skłonnościami do nagłych, nieuzasadnionych wybuchów złości i frustracji.
Stan zdrowia: Nie w pełni wyleczona z przeziębienia. Wspomagam się Rutinoscorbin'em, Febrisanem (product placement), miodem i cytryną.
Stan żołądka: Głodna, zbyt leniwa by podnieść das Hintern um irgendetwas vorzubereiten. Demmnoch ist schon zu spat.Ale rozważam zrobienie jajecznicy :D Tak, brat przywiózł mi grzałkę i mogę przygotowywać wszystko błyskawicznie. Cholernie mnie to cieszy.
Sesja: ten tydzień: 2 pisemne, 1-3 ustnych w zależności od moich chęci. tydzień kolejny: dwa pisemne. Ferie: 05-18. Nicht schlecht, oder?
"Powiem ci tylko, że świat nie istniał dla mnie poza tobą, chociaż to niewiele mówi. Kochałam cię oczami, myślami, każdą tkanką swojego ciała, każdym drgnieniem serca, kochałam cię w snach i na jawie. Kochałam cię jakby na przekór mojemu życiu." Wiesław Myśliwski "Ostatnie rozdanie" No hard feelings.

to be continued in several hours...







                                                     







Bist du heute schlechter gelaunt? Das kannst du auf blauen Montag schieben :D 2016-01-18

Siemaaaaa! !Hello, Halo, Ahoj!!


         Trzecia to już notka w tym miesiącu.. no wow, idę jak burza, oby jednak była ona treściwa!! :D  Zanim jednak o blue Monday, napiszę o czymś, co w pewnym stopniu mnie dotknęło.Być może  dlatego, że każda krytyka mnie w pewnym stopniu dotyka, nawet jeżeli nie jest bezpośrednio skierowana w moją osobę. Ale w porządku, nie jestem zła. Wręcz przeciwnie. Jednak przypadkiem przeczytałam dziś jeden wpis na temat co wolno, a czego nie blogowiczowi. I zaczęłam analizować, czy popełniam te wszystkie wymienione błędy. Potem zaś zaczęłam myśleć dłużej na ten temat i poczułam jak zwykle bunt.



      „WON Z BLOGOSFERY” dla dyslektyków? Cholera, to nie jest dyktando w szkole, konkurs na najpiękniejszy esej ani żaden artykuł do poczytnego pisma dla kobiet czy poważnej politycznej prasy. Każdy pisze tutaj z własnej nieprzymuszonej woli, nie zarabia na tym pieniędzy, oddaje część siebie i czuje się przez to lepiej. Tak przynajmniej pojmuję sens prowadzenia bloga. I bardzo dobrze. Ja rozumiem, uczęszczaliśmy czy nadal uczęszczamy do szkół i powinniśmy reprezentować sobą przyzwoity poziom składni, słownictwa itd., ale do cholery nie przyszło mi nawet do głowy, żeby dyskryminować tutaj dyslektyków.. jeżeli choć trochę poprawia im to pisanie samopoczucie, robią to w sposób ciekawy, jestem skłonna nie zwracać uwagi na te błędy. Co więcej, prawdą jest, że książki powinniśmy czytać i widzę to sama po sobie. Oczywiście, sama nie jestem purystą językowym;czasem łatwiej mi o słowa z niemieckiego i angielskiego niż ojczystego, ze względu na specyfikę moich studiów, ale na Boga, nie szukajmy problemów, gdzie ich nie ma. Są poważniejsze.  A co do tych pieniędzy.. bardziej doprowadzają mnie do szewskiej pasji blogi reklamujące klimatyzację czy jakieś inne usługi..



       Poza tym przez bardzo długi czas istnienia bloga nie zastanawiałam się, czy dobrze czyta się to co piszę.. i to był wielki błąd!! Podejrzewam, że to właśnie dlatego ludzie wchodzili, czytali tylko początek, wychodzili zdezorientowani nie mając rozeznania w sytuacji. W dalszym ciągu robię to raczej dla siebie, ale jeżeli komukolwiek się to spodoba, zawsze bardzo miło :D Bloggerką jednak nie określiłabym się nigdy. Zresztą cholera, komu ja się tłumaczę.. ja niczego nie muszę.. ja mogę co najmniej chcieć :)
Poprawne zwroty? Bardziej już przysparzają mi problemy kolokacje. But I am doing my best!! :D
Akapity? Kopiowanie cytatów? Mhm to tym bardziej naraziłam się na publiczną pogardę :P Ale szczerze czuję, że większości ludzi to nie interesuje :P Przyznać jednak muszę, że najzwyczajniej nie znam się na tym wszystkim, a częściowo z lenistwa czy braku czasu nie dbam o „szatę graficzną” raczej wpadam, piszę i uciekam.
Na szczęście nie używam zdrobnień. Praktycznie wcale. Uff :)
Tak, daję się ponieść emocjom. Ciągle.  Zamiast zdań wielokrotnie złożonych notorycznie rzucam mięsem. Wiem, nie przystoi to damie, ale lepiej tutaj niż tak w towarzystwie :)
Własne słownictwo? No jacha xD Idiolekt tak bardzo :)
Więcej błędów już nie pamiętam i za nie żałuję :D Ale tak serio traktuję to z przymrużeniem oka. Doceniam, że autor notki chciał w pewien sposób pomóc piszącym. No hard feelings :)




      Całkiem przypadkowo dowiedziałam się, że dziś przypada blue Monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku. I powiem szczerze bardzo dobrze się dziś czuję!!! Generalnie mam wrażenie, że całe życie nie tylko mam pod górkę, to jeszcze idę gdzieś pod prąd, wbrew wszystkiemu i wszystkim.
 
Blue Monday według Wikipedii




„Pseudonaukowy termin Blue Monday (ang. Smutny, przygnębiający poniedziałek) wprowadził w 2004 roku Cliff Arnall – brytyjski psycholog, pracownik Cardiff University. Arnall wyznaczał datę najgorszego dnia roku za pomocą wzoru matematycznego uwzględniającego czynniki meteorologiczne (krótki dzień, niskie nasłonecznienie), psychologiczne (świadomość niedotrzymania postanowień noworocznych) i ekonomiczne (czas, który upłynął od Bożego Narodzenia powoduje, że kończą się terminy płatności kredytów związanych z zakupami świątecznymi). „





Spoko, nie należy jednak traktować tego do końca na serio. Miewałam jednak i takie dni, kiedy blue Monday dopadał mnie codziennie. Nie polecam.




A co u mnie tak prywatnie?
Zamiast smęcić o sprawach miłosnych, tradycyjnie przechodzę do uczelni. Mam sesję przed sesją i szczerze nie chcę się denerwować czy nastrajać negatywnie. Jak nie zaliczę, będę poprawiać aż do skutku. Egzaminy i tak nie decydują o moim całym, przyszłym życiu. Lecz ja. Potrzebowałam wiele czasu, by to zrozumieć. Ale zrozumiałam i to jest najważniejsze. Generalnie zajmuje mi dużo więcej czasu niż przeciętnie pojmowanie różnych rzeczy.Mnie zawsze trzeba podarować trochę czasu w zanadrzu. Jestem w dalszym ciągu takim dzieckiem o smutnych, aczkolwiek pięknych oczach i sercu pełnym nadziei, gotowym do skoku, głodnym wrażeń i emocji. Podczas nocki w Empiku znalazłam kilka bardzo ciekawych książek do przeczytania, dosłownie must-read. Pierwszą z nich jest „Przerwana lekcja muzyki”. Udało mi się znaleźć kilka fragmentów, opisów w których mogłabym znaleźć odzwierciedlenie własnej osoby:







Dana osoba często doświadcza niestabilności obrazu siebie w formie
chronicznego poczucia pustki i znudzenia”. Moje chroniczne poczucie pustki i
znudzenia brało się stąd, że wiodłam życie oparte na własnych nieudolnościach, a
miałam ich sporo. Oto niepełna lista takich nieudolności. Nie potrafiłam i nie
chciałam: jeździć na nartach, grać w tenisa i chodzić na gimnastykę; uczęszczać do
szkoły (z wyjątkiem lekcji języka angielskiego i biologii); pisać wypracowań na żaden z
podanych tematów (na angielskim zamiast wypracowań pisałam wiersze i
dostawałam same niedostateczne); składać podań na wyższe studia; nie umiałam też i
nie chciałam w racjonalny sposób wyjaśnić swojej buntowniczej postawy.”






Wydawało mi się, że życie wymaga od człowieka umiejętności, których nie
posiadałam. Konsekwencją tego myślenia było chroniczne poczucie pustki i
znudzenia. Były jednak także bardziej zgubne konsekwencje; uczucie wstrętu do
samej siebie, występujące na przemian z „niewymiernie intensywnym gniewem
połączonym z częstymi wybuchami złości...”




Pan Leszek jest moim mentorem. On jedyny potrafi MI, kiedy akurat wpadam z przetłuszczonymi włosami, bez makijażu, zziębnięta z dworu (nos czerwony, gil do pasa), powiedzieć, że ładnie dziś wyglądam. Nie robi to w jakiś odpychający sposób. Patrzy na mnie pokornym wzrokiem i uśmiecha się, jakby przyszła do niego w niedzielne popłudnie dawno niewidziana wnuczka. I tak się ja właśnie czuję. Ale nie tylko dlatego go szanuję. Tym razem wyraził się tak i ja poczułam, jakbym dostała czymś w głowę. Otrzeźwiałam na chwilę. Jak zwykle zaczynamy z Panem temat facetów, bo i jakże inaczej.Martwi się o mnie jak dziadek i jak zwykle przestrzega z racji swojego życiowego doświadczenia. Uwielbiam, gdy na mnie patrzy i mówi :”Pani taka kruszyna, taka istota jest stworzona do kochana, a nie do dźwigania” Nie, nie jest to obleśne. Gdyby tak było, już dawno unikałabym z nim rozmów. I ostatnio nagle on mi mówi, że ja tak opowiadam, jakby samo posiadanie kogokolwiek było dla mnie jakimś warunkiem koniecznym. A przecież wcale tak nie jest. Przecież w istocie samej nie jestem taka słaba, bym sobie rady miała nie dać. I cholernie dobrze poczułam się z tym stwierdzeniem. Konkretnie to mam problem z tym, co mam robić dalej z życiem. I przez długi okres wydawało mi się, że gdy z kimś będę, zmieni się wszystko diametralnie. Pociągnie za rękę i zaplanuje i poprowadzi przez długie i szczęśliwe życie. Za wszystko zdecyduje i będzie cacy. A ja nie będę wychodziła ze swojej strefy komfortu? I co? Naprawdę czy tylko i wyłącznie mi o to chodziło? Przecież to jest egoistyczne. Więc może ja i rzeczywiście nie rozumiem istoty tego wszystkiego. Na szczęście jestem jeszcze młoda i na wszystko jest czas i miejsce. Tak sobie przynajmniej tłumaczę. Tłumaczę, że mam dużo więcej czasu niż mogłoby się wydawać. Tego jednak nigdy nie można być pewnym.




Uświadomiłam sobie, że ważnym jest bym szanowała swój czas, osobę, godność. Jeżeli ja siebie nie docenię, to czemu miałby zrobić to ktoś inny? I nawet zaczynam się godzić z myślą, że być może musi być tak jak jest teraz. Norweski kot leśny wydaje się być bezpieczną inwestycją.




"So you gotta fire up, you gotta let go
You'll never be loved till you’ve made your own
You gotta face up, you gotta get yours
You never know the top till you get too low" 
Imagine Dragons "I am so sorry"




W takim razie, jaki może być wymierny poziom intensywności mojego gniewu,
kiedy ma się poczucie odcięcia od świata? Moje koleżanki z klasy snuły fantazje na
temat przyszłości: prawnik, etnobotanik, mniszka buddyjska (nasza szkoła była
bardzo postępową szkołą). Nawet te najgłupsze, mało interesujące dziewczyny,
utrzymujące w klasie tylko odpowiednią równowagę sił, opowiadały o swoim
przyszłym małżeństwie, domu i dzieciach. Wiedziałam, że nie będę miała nic z tych
rzeczy, ponieważ wiedziałam, że ich nie chcę. Ale czy to znaczyło, że nic nigdy nie
będę miała?”




Powinnam skupić się na samorozwoju. Na swoich uczuciach. Wyglądzie. Czymś dla siebie. Ogólnie rzecz biorąc, czymś czego dla siebie nigdy nie robiłam. Opowiedziałam o moich spostrzeżeniach I. Prawie zawsze to robię. Odniosłam wrażenie, że przyjęła to chłodno, mając w pamięci moje wybuchy, załamania. Chyba stwierdziła, że to tylko słomiany zapał i powiedziała, że czeka na efekty moich słów. Zirytowało mnie to. Zamiast dopinować, wylała na mnie kubeł zimnej wody. A może tylko ledwie ogarniała o czym mówię spod sterty podręczników do prawa? Tak czy inaczej muszę w najbliższym czasie spisać to, co chciałabym zrobić dla siebie, czego się bałam itd. Spisać, opisać, pomyśleć.






Przerwana lekcja muzyki. Tak jak przerwane zostało moje życie - przerwane w
muzyce siedemnastu lat - i tak jak przerwane zostało jej życie - uprowadzone nagle i
rzucone jasną farbą na płótno - tak w obu przypadkach jedna chwila sprawiła, że życie
znieruchomiało, zatrzymało się. I ta jedna chwila zastąpiła wszystkie chwile następne,
czymkolwiek one były lub czymkolwiek mogłyby być. Co życie może z tego jeszcze
odzyskać?”






Po lekturze powyżej wspomnianej książki „wzięłam się „ za coś z zupełnie innej beczki. Nieciężko stwierdzić, że lubuję się ostatnio w tematyce cierpienia,smutku, bezsensu istnienia i takie tam. Czemu? „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek” Nie potrafiłam przejść obok niej obojętnie. Nie, nie szukałam jej z uporem maniaka. Sama trafiła w moje ręce. Wiedziałam, że czytanie jej może zadać mi wiele bólu, mogę poczuć obrzydzenie, rzucić ją w kąt i już do niej nigdy nie wracać. Mogę się zapierać lub i nie, ale tam opisane jest samo życie. Nie, nie będę zdradzać. Może i za moją namową ktoś po nią sięgnie :D
Bałam się, że podczas czytania poleją się strumienie łez, jak to kiedyś miałam w zwyczaju. Tak tym razem nie było. Niektóre opisy sprawiały, że serce waliło mi jak młot. Nie umiałam tego powstrzymać. „To tak naprawdę jest? To tak to wszystko wygląda?”- I thought to myself hardly catching the breath. A lump had come to my throat.
Wiedziałam, co mnie tu czeka. Chciałam jednak coś zrozumieć. Nie być jak ta ciemnota. I znalazłam. Strach. Ucieczkę.(Nie)akceptację.Niepewność. Po siedemdziesięciu dwóch stronach mam dosyć.That's enough for me. Es reicht... Przynajmniej na dziś. To zdecydowanie najtrudniejsza książka, z jaką się miałam zmierzyć. Stop!! To nie jest przyjemne..a na pewno nie łatwe.




"Z Tobą mogę mówić swobodniej niż z kimkolwiek, bo nikt nie był przy mnie w ten sposób, jak Ty jesteś, z całą wiedzą o mnie, z taką świadomością, wbrew wszystkiemu, pomimo wszystko."
Franz Kafka
Naszukałam się tego cytatu dobre 40 min. Es hat sich gelohnt.  Jedyne co mogę powiedzieć to:
T, dziękuję :) Nie jestem w stanie wyrazić ogromu swojej wdzięczności oraz wymienić wszystkich tych rzeczy i właściwie za co, po co i  dlaczego. Jednego jednak żałuję. 















 


"Tell me lies, tell me sweet, little lies" 2016-01-14

     Cholera..Nieco wpadłam jak śliwa w kompot. Moje zdolności niby to aktorskie przechodzą oczekiwania. Kurde. Już pomijam rozmowy z pijanym dziadem przez telefon, bo tutaj byłam pewniejsza siebie i nie przeszkadzały mi wówczas nie zawsze smaczne żarty. Mieszka daleko i nic złego mi nie zrobi. Poza tym na szczęście był tam T vorhande. Inną sprawą jest, że wczoraj miałam moment zawahania. Kłamać czy nie kłamać? Przecież będę musiała iść potem po całej bandzie.. skłamałam. Jedna ze starych "znajomych" (ta sama wspomniana, która mnie wrobiła w pójscie po piwo z jakimś psychopatycznym chłopakiem) jako, że jest mega ciekawska, zapytała:" ej a wy jesteście w końcu razem czy nie???" Szczerze powiedziawszy zdziczałam z leksza.Nie tego się spodziewałam. Już dawno nikt tej kwestii nie porusza a ja stałam się spokojniejsza i nagle BANG!
      Znów to samo. Znów ta sama paranoja. Wszyscy wokół myśleli, że byłam o niebo szczęśliwsza niż w rzeczywistości. To ja musiałam się męczyć i cierpieć. Słuchać w około jak oni dopingują, dogadują itd. Znów poczułam się jak w Alma. Znów wszystko na chwilę wróciło.Nawet gdy jego już w niej nie było, kiedy odzwyczajałam się od jego obecności, pamięć po nim żyła w pojedynczych osobach. Z tego powodu często mnie o niego pytali, nie zdając sobie sprawy, ile mnie to kosztowało. Dlatego właśnie nie wiedziałam, jak jej odpowiedzieć. Z jednej strony nie chciałam pisać TAK. TAK to wyraźna deklaracja, jakby było to coś oficjalnego, co można wszem i wobec ogłaszać i chwalić się publicznie. Mówiąc NIE potwierdziłabym tylko pewne insynuacje, które dawała mi już gdy piliśmy ostatnio na Rakowcu wino i piwa. Czy internat naprawdę tym żył wtedy? Skłamałam więc. Nie pamiętam kiedy robiłam to ostatnio. Najzwyczajniej na świecie nie odczuwałam takiej potrzeby. Już wolę nawet ścisnąć wargi w gorzkim uśmiechu i powiedzieć, że wszystko jest okay, mając w rzeczywistości gulę w gardle. I wiecie co? Cieszę się, że skończyliśmy tę „elitarną” szkołę. Było wesoło, szczeniacko i beztrosko. Poznałam tam kilku wspaniałych ludzi i nie żałuję. Nauczyłam się tam funkcjonowania w większym ośrodku miejskim. Dało mi to naprawdę wiele. Wiele też zabrało. Po części złamało psychicznie. Był to jednak tylko kolejny etap w mojej wędrówce, który miał przygotować mnie do rzeczy większych.
Wracając nie napisałam jej ani tak ani nie. Wysłałam kilka emotikonek: z wypiekami na twarzy, czy taką, która coś świętuje i napisałam „domyśl się” A to, co pomyslała to już jej problem. Ich habe mich die Haende nicht schmutzig gemacht. Tak mi się przynajmniej w tamtym momencie wydawało. Widujemy się rzadko, więc będę na gorąco wymyślała takie rzeczy, które nie do końca będą kłamstwem. Ba, może nawet i sama w nie uwierzę.. ps. Chyba przy najbliższej rozmowie telefonicznej powinnam powiedzieć T o tym małym przekręcie.
Ale wiecie, to było przez fb. Nie wiem, jak zachowałabym się na żywo. Tutaj nie musiałam unikać kontaktu wzrokowego, nerwowo poruszać rękoma czy nogami. Zgaduję, bo nie wiem. A może byłabym w tym profesjonalna? Wiecie, po tej akcji siedziałam z 15 minut,biłam się po udzie i śmiałam bezgłośnie jak foka :D :D Bo tak naprawdę z perspektywy czasu śmieszyło mnie to niezmiernie. Ale musiałam tak się zachować. Zrobiłam to dla świętego spokoju jego i swojego. A spokój psychiczny jest bardzo ważny. Poza tym wiem, że jemu i mnie nie robi to teraz żadnej różnicy. Nie żyjemy w tamtym mieście, nie mamy kontaktu z wieloma osobami z tamtejszego środowiska.To jest jakby zamknięty rozdział, do którego możemy wracać, ilekroć nam się spodoba i też tylko do tych fajnych chwil. Do złych nie warto. Ta sytuacja skłoniła mnie do następujących refleksji:
a)Czy ja byłabym dobrą aktorką ,skoro jak sama odkrywam kłamanie idzie mi niezgorzej? Niestety nie było mi dane sprawdzić czy ów talent posiadam. Przy tak wspaniałym (nie)wychowywaniu byłam zawsze dziecięciem zastraszonym, zaszczutym, zawsze gdzieś na uboczu. Nie brałam udziału w akademiach, a jeżeli już to z musu. Na dyskotekach podpierałam ściany, bo przecież ktoś musiał pilnować, żeby się nie zawaliły A potrzeba było tylko odpowiedniego podjeścia.. kein Kommentar. Tutaj miałam choć na chwilę okazję poczuć, jak to jest okłamywać ludzi. I szczerze ucieszyłam się, że nie muszę robić tego na co dzień. Nie muszę uciekać, ani chować się. O tyle jest dobrze.

b )Ja naprawdę nie muszę znosić tych wszystkich ludzi wypytujących na temat tamtej sytuacji. Już od 2 lat naprawdę nie muszę!!! Naprawdę jestem wolnym człowiekiem. Od dawna przyjęłam to za pewnik; za codzienność, właściwie za szarą i smutną, ale jednak nie muszę się tłumaczyć. Odpoczęłam od tej sytuacji w jakimś stopniu. Oczywiście zdarzają się dni, kiedy myślę: ojej, super, tak naprawdę jest dobrze i nic się nie stało, żyj dalej! Carpe diem! Niestety następują też takie kiedy wydaje mi się, że ani z tego ani z żadnego schematu się nie uwolnię, bo nie umiem, bo nie chcę, bo w to nie wierzę. Ale wiecie, jakoś to będzie. Czasu jest dużo. I przy tej okazji przypomniało mi się, że jutro jest 15 stycznia. Pamiętam dokładnie, co robiłam tego dnia 3 lata temu.Cholera, ale trzeba być stukniętym, żeby "świętować" takie rocznice.  Rok temu uroniłam jeszcze łezkę na myśl o tym. Teraz nie będę się smucić. Napiszę egzamin. Zjem wcześnie obiad i pójdę się z kimkolwiek spotkać.

 


*********************************************************************************************************************


" Biedna dziewczyna. Wmówiła sobie że jestem jedynym człowiekiem na świecie który byłby w stanie dać jej szczęście. A tymczasem mam tak mało do zaoferowania. Biedna dziewczyna. Trwała przy mnie bardzo wiele lat. I zdaję sobie sprawę jak wiele straciła. Na litość boską, uparła się że miłość zwycięży wszystko. Nie kurwa, nie zwycięży"


**********************************************************************************************************************



Steigen Sie aus, bitte!!! 2016-01-11

Czeeeeść po bardzo długiej przerwie.Pisać tę notkę zaczęłam z 3-4 dni wcześniej, ale niestety komputer wymagał naprawy, a i ja zajęta Erbrecht, które nie poszło rewelacyjnie, nie miałam ani głowy ani weny. Sowieso wróciłam!! Jest tak wiele kwestii, które chciałabym poruszyć, że nie wiem, od czego zacząć.. więc von Anfang an.. :D I przy okazji pozdrawiam z lodowatego pokoju. Mam tutaj istną Syberię. Przyjmę koce i grzejniki elektryczne, może też ktoś uszczelnić przy okazji okno w pokoju.


 


Właśnie wróciłam sobie szczęśliwa i zmęczona piątego stycznia z miasta B. Przywlokłam się po ciemku, obsrana z gazem pieprzowym w jednej dłoni, w drugiej z walizką i plecakiem na plecach. Nie byłoby fun'u gdyby i podczas czekania na metro się coś nie wydarzyło. Jakaś pani mieszkająca pod Monachium zwróciłą na mnie uwagę, bo miałam na policzku wymalowaną flagę DE (ze zmęczenia zapomniałam, że ją nadal mam). Tak zaczęła się rozmowa. Ba, ona nie oczekiwała, że będę wiele mówić. Chyba sama potrzebowała się wygadać. Oto więc i byłam do jej dyspozycji :D Potem podeszli jacyś dwaj z Indii czy Turcji whatever i pomogłyśmy im znaleźć drogę na ul. Słomińskiego (gdziekolwiek ona jest) wiadomo, z wrodzonej przezorności i dzięki instynktowi samozachowawczemu;wiedziałam, że najbezpieczniej będzie rozpisać drogę i wysadzić ich na odpowiedniej stacji, a potem niech radzą sobie sami. Pierwszy raz jechałam metrem tak rano. Miasto powoli budziło się do życia. Z lenistwa ani nie kupiłam biletu ani nie doładowałam karty miejskiej. Stwierdziłam, że o 5.40 am nie spotkam żadnego kanara. Tak więc i było. Nie tylko nie spotkałam żadnego, ale również dotarłam bezpiecznie do akademika. Zmarzłam za to.Uwielbiam ten rodzaj zmęczenia gdy padam na ukochane łóżko i nie mam siły ani ochoty rozmyślać nad sensem czy bezsensem życia. Jakby ktoś rzucał mi na powieki pył, a ja już nie mam siły ich podnieść. Odpływam..


 


Wróćmy jednak do samego miasta B. Przyznaję,po części nie docierało do mnie, że jestem w miejscu, które widziałam jedynie na pocztówkach, zdjęciach, w telewizji. Czułam, jakby była pijana. Hahaha! Po części bałam się, nie wiedziałam, czego oczekiwać. W końcu A. stara krowa (a powiedzieć Wam mogę, bo w sumie w drodze dedukcji łatwo policzyć, że mam 20 lat) po raz pierwszy wybrała się tak daleko. To przykre, bo małe srajtki z podstawówki jeżdżą z rodzicami do Chorwacji/Hiszpanii/ Włoch itd. Ale w końcu i ja miałam szansę zobaczyć, przeżyć coś innego. Overall po raz pierwszy tak bardzo odpoczęłam, nie denerwowałam się aż tak bardzo.Może nie nazwałabym tego idealnym Sylwestrem( przez wzgląd na obcych ludzi i język) Mimo to chłonęłam wszystko, co tam się znajdowało. A wszystko było nowe i inne. I wiecie? Po powrocie ta cała Warszafffka wydała mi się mniejsza i mniej straszna niż by się to wydawało. Miasto jak miasto.


 


Co zatem podobało mi się, a co dobijało?


 


Moje studia to żart. A to co ja potrafię to istna komedia. Taaaak, można się śmiać, wytykać mnie palcami. Gdy przyszło co do czego, gdy odwiedziliśmy sąsiadów obok i miałam rozmawiać z nimi po niemiecku, popłakałam się. Jak dziecko, co nie? Częściowo byłam rzeczywiście zmęczona i nie myślałam, a po drugie trzęsłam się jak osika. Poczułam się jak w szkole. Ktos mnie wyrwał do odpowiedzi, a ja stoję i nie wiem.. nie wiem, jak się usprawiedliwić, nie wiem, co zrobić. Jakby cały czas, w każdej szkole (- nie licząc zerówki:6lat+3lata+3lata+2lata) ktoś stał nade mną z batem. I zaraz będzie linijką po łapach. Bo po cholerę taki rodzajnik, taki rzeczownik, przymiotnik itp. I wiecie co było najbardziej groteskowe? Im bardziej się starałam, tym gorzej wypadałam, bardziej bezsensowne błędy robiłam. I żeby sytuacja była bardziej tragiczna, wyłapywałam te błędy automatycznie od razu po paru sekundach.Oczywiście sekundy po wypowiedzeniu danej kwestii. Tym sposobem zrezygnowana siedziałam. Patrzyłam i słuchałam towarzystwa.Potem się nawet okazało, że chyba psułam atmosferę, bo turystyczny dopiero po moim wyjściu się rozluźnił. Słabe, co? Na domiar złego rozumiałam prawie wszystko, o czym mówili. Jednak sama zapytana o cokolwiek nie miałam pojęcia, co powiedzieć. I nie chodziło, że nie potrafiłam złożyć zdania z podmiotu, orzeczenia, z rekcją, przydawką rozwiniętą i tego typu rewelacje. Ja nie miałam zdania na dany temat. Wczoraj zaczęłam się zastanawiać nawet, czemu tak jest. Przecież nie można nie mieć zdania na żaden temat. I chyba już wiem... Ja ciągle słuchałam i słucham ludzi, lecz nie mówię. Nie zabieram głosu. Bo to ja zawsze musiałam słuchać tego, co ma mi się do powiedzenia,a sama nie miałam nic do gadania. Trochę, jakby to co czuję, myślę, czego chcę nie miało znaczenia. A teraz widzę, że ma. Tylko, co mi teraz po tym?? Skoro nie jestem w stanie wyrazić w zgrabny sposób swoich myśli? W tenże właśnie sposób zbłaźniłam się tak, jak tylko mogłam. Pani Greczynka pomyślała, żem niestabilna emocjonalnie (co jest prawdą), a ta para Turko- coś tam, że pewnie uciekłam z domu wariatów. Mhm. Z drugiej strony prawdą było, że gdy turystyczny zostawił mnie samą czy w sklepie czy w mieszkaniu, dawałam lepiej radę mówić. Przy nim im bardziej się starałam, bym bardziej odwrotny efekt to miało.It backfired. Wiedziałam, że muszę dać sobie choćby przez i tę godzinę sama radę i jakoś dawałam. Nie wiem ale w jego towarzystwie, to zawsze czuję, że się strasznie poniżam. I generalnie patrząc na siebie stwierdziłam, że jestem strasznie ograniczona. Tam to zrozumiałam. Ale czy będę kiedykolwiek potrafiła być inna? Czy to tylko dlatego, że mieszkam tu, gdzie mieszkam? Pewnie tak. To wszystko przez tę mentalność. Kiedyś myślałam, że tylko dzieci trzymane pod kloszem, na które się 'chucha i dmucha' są niezaradne i pogubione. Otóż nieprawda. Ja również jestem. Ale przez to, że nie dostarczano mi żadnych boźdzców do działania, w konsekwencji czego nie zbierałam doświadczeń. Bo przecież łatwiej było trwać w strefie komfortu i drżeć w środku. Czyli nihil novi. I najgorsze jest to, że teraz widzę wyraźnie, jak wiele moich dawnych postaw ma swoje odzwierciedlenie w tym, jaka jestem teraz. Klasycznagorzka jako dziecko w świadectwach opisowym ma mniej więcej tyle co: niechętnie uczestniczy w zajęciach ruchowych, w grach zespołowych, nieufnie traktuje koleżanki i kolegów... (były też i wpisy chwalące angielski i opisujące trudności z matematyką). No a jak miałam, skoro te ślicznie ubrane dziewczyny patrzyły na mnie jak na gówno, gówno w dresach i na przypale przyciętych włosach. Smutne to i śmieszne, ale ja w tamtym czasie chciałam mieć taki długopis z dziesięcioma czy piętnastoma wkładami naraz.Albo też dużo kolorowych pisaków i zeszytów z ładnymi okładkami. A pamiętać należy, że dzieci są okrutne. Jakkolwiek potrafią być szczere i kochane ( taaaak, jako zagorzała ich przeciwniczka, jestem nawet w stanie dojść do takiego wniosku patrząc na sześcioletniego M.), jak i również okrutne i niewyrozumiałe. I to niestety sprawia, że słabym jednostkom najzwyczajniej ciężko jest potem funkcjonować w normalnym świecie.


 


Po drugie bardzo bardzo miło było spędzić dużo czasu z turystycznym przyjacielem. Trochę głupio, ale zdążyłam do tamtego czasu nawet zapomnieć, jak jest spędzać z nim czas. Kiedyś, w drugiej klasie nie mogłam sobie wyobrazić, że będzie inaczej. Jak widać odzwyczaiłam się od jego obecności. I zdałam sobie sprawę z kolejnej rzeczy: matgo, zapomniałam jak to jest się z kimś budzić (nie mylić z u boku), jeść śniadanie, przygotowywać obiad, słuchać muzyki i się wygłupiać i w ogóle wychodzić. Naśmiałam się co niemiara. Nawet przebiegło mi przez myśl, że nawet fajnie było by na takich zasadach mieszkać razem. Ale z drugiej strony czy nie przysparzałoby to więcej bólu niż radości? Nie, wiem. Tak ot, przebiegło mi to przez myśl. Były też i smutne momenty. Wiadomo. Cisnęło mi się na usta wiele rzeczy, ale w gardle miałam kamień. Nie mogłam tego przebrnąć. A tu coś za dużo usłyszałam, za dużo zobaczyłam i przypomniało mi się wiele rzeczy. Na chwilę odżyły wspomnienia, uczucia i nadzieje. Dosłownie ułamek. Na przykład któregoś ranka wychodząc spod kąpieli zobaczyłam już przygotowane śniadanie. Ujęło mnie to niezmiernie i aż ścisnęło serce na myśl, że tak nie będzie zawsze. A jeżeli będzie, to przez kogoś innego.Tylko na moment. Ale jestem już kimś innym, co miałam zrozumieć, zrozumiałam lepiej lub gorzej. Przynajmniej nich jedno z nas będzie szczęśliwe. Zdarzało się w żartach i na ten temat robić aluzje. Zaczynam doceniać, że możemy poruszać coraz więcej tematów. Naprawdę super mieć kogoś takiego. I ja wiem, że on chce żebym była szczęśliwa i żeby się to wszystko ułożyło. W ogóle, co ostatnio mi moi znajomi dają do zrozumienia, żebym w tejże sprawie poczyniła kroki. YYYY? Pojebawszy? Z jednej strony rozczula mnie to prawdziwie (ich troska), ale z drugiej ludziska kochane: nie, nie jestem zdesperowana!! So verzweifelt bin ich nicht!! Czy ci oni wszyscy myślą, że można się zakochać na zawołanie? Czy można tak zakochiwać się raz po raz i to najlepiej w krótkich odstępach czasowych? Kogo oni chcą wszyscy oszukać? Chyba najbardziej siebie i innych ludzi. Czy strach przed samotnością może być tak silny, żeby uciekać się do takich metod? Przecież to nie jest ten sam czas, miejsce i przede wszystkim osoba. I co, bądź sobie z Panem X, myśl o Y? I miej pretensje do drugiego, że nie jest właśnie w punkt taki sam, jak ten pierwszy? Przecież to paranoja.. Potem po raz n-ty zdałam sobie sprawę, co takiego sprawiło, że zwróciłam uwagę na tę akurat osobę i że doszukiwałabym się takich samych cech u każdej innej, kolejnej osoby. A na dłuższą metę mogłoby być to destrukcyjne,a co najważniejsze nieprawdziwe. Raniłabym siebie i kogoś innego. Traciłabym czas i nerwy. Co więcej, potrafię chyba kochać w dalszym ciągu te same, bliskie osoby, ale już nie pokochać. I szczerze nie dziwi mnie to. Bo wiecie.. trzeba zaczynać wszystko od nowa.. znów to poznawanie i oswajanie. Wysłuchiwanie pierdół na temat czyjegoś życia, wychodzenie z nim, poznawianie jego przyjaciół, obok swoje obowiązki, poznawianie rodziców, natrętne pytania o przyszłość i presja: bo nie chcesz jego urazić bo coś tam coś tam. Ram pa pa pam ram pa pa pam Maaaaaaan down!! Znów trzeba się angażować, poświęcać komuś czas, przekaraczać granice (nie, nie granice kraju :P, przecież wiecie ) i tego typu rewelacje. Chyba jestem zbyt stara i zmęczona na to wszystko. Tak, to brzmi na pewno groteskowo, mając na uwadze mój wiek.Niech się tak bawią licealiści czy gimnazjaliści (bez obrazy, bitte) Są tacy pełni ideałów, łagodni, wrażliwi. Dobra, przynajmniej ja taka byłam i wydaje mi się, że nadal jestem. Przynajmniej chciałabym czuć i widzieć więcej. Bardziej natomiast dziwi mnie, że byłam to w stanie przewidzieć 3 lata temu, że potem będzie i tak cholernie ciężko w tej materii. W ten właśnie oto sposób drogą logicznych argumentów przekonuję cały czas sama siebie, że powinnam przeczekać. Wprawdzie już to robię od dłuższego czasu, ale nic na siłę. Naprawdę. Co więcej, zrozumiałam, co jeszcze takiego odrzuca mnie w stolicy, czemu tak ciężko mi tutaj poznawać ludzi, nie mówiąc już o niczym więcej. Nie, nie chcę obrazić praworządnych obywateli i mieszkańców tego miasta. Nie odnosi się to do wszystkich. Ale mając przed oczyma ludzi tutaj mieszkających, ich tryb życia, pewne zachowania i brak moralności już wiem. A możliwe, że to tylko bunt dziecka, które na dobrą sprawę o życiu niczego nie wie, a wszyscy ci „dorośli” (jak moja Karolina) popatrzyliby na mnie z dezaprobatą. Brzydzi mnie ta cała gra. Podchody. Podrywanie, które bardziej przypomina polowanie na zwierzynę ( tu zamiast dzidy, harpunów mamy dostępne tabletki gwałtu).Brzydzi mnie nadmierny, niezdrowy kult ciała. Nie, nie mówię, że pałam uczuciem do niemyjących się bezdomnych czy też zapuszczonych hipisów. Oczwyście każdy chce wyglądać w miarę dobrze, atrakcyjnie i zdrowo. I ja to rozumiem. Tylko denerwuje mnie, że ktoś tylko na jego podstwie myśli, że jest w stanie stwierdzić, że byłabym „dobra”. Odrzuca mnie również brutalność i obleśność w każdej postaci. Wiadomo, pożartować do pewnego stopnia można, ale tylko do pewnego i nie ze wszystkimi. Ale wracając mam w tym momencie większe problemy. Dla mnie przynajmniej są one olbrzymie. W tym momencie. Głownie dlatego, że zaczęłam zdawać sobie sprawę z rzeczy, które powinnam była zauważyć w sobie wcześniej. Jednak najwidoczniej nie potrafiłam o wielu rzeczach myśleć, rozmawiać; nie byłam wystarczająco dojrzała. I tak naprawdę teraz zamiast zawojować świat, wciskać ludziom listy motywacyjne, załatwiać praktyki i Erasmusa, siedzę i myślę...


I wiecie co? Parę dni temu w Mc Donald's usłyszałam rozmowę jakiejś pary i chłopak właśnie mówił, że strasznie żałował, że nie skorzystał z tego Erasmusa. Pomyślałam wówczas, że to są najpewniej  i moje słowa, tylko wypowiedziane przez kogoś innego i że pewnie sama przed sobą nie chcę tego przyznać.


"Ona była niezła. Z wyglądu co prawda lekko powyżej średniej, ale miała to, czego nie posiada duża część ładniejszych kobiet – charakter. Była towarzyska, entuzjastyczna, zadziorna i wymagająca. Ona nie klaskała z radości, kiedy zainteresował się nią jakiś przystojny facet. Ona przewracała wtedy oczami. Jak była dziewczynką to słuchała od babci, że kobieta musi być przede wszystkim damą, więc kiedy było jej zimno, czekała aż facet okryje ją marynarką. Później patrzyła na niego najpiękniej jak umiała i oboje byli z siebie zadowoleni. Znała też swoją wartość i z tej znajomości wynikało, że Krzysiek na nią nie zasługuje. Wiedziała, że ją kocha, bo jej o tym powiedział. Wiedziała, że wystarczy powiedzieć mu, że chce z nim być, a on będzie biegł w jej kierunku jak w filmowych scenach pokazywanych w slow motion. Wiedziała, że jest dobry, całkiem zaradny i nawet się jej podobał – na tyle, żeby o nim czasem myśleć, zatęsknić i zadzwonić, ale nie na tyle, żeby z nim być.
Z opisu może wyglądać to na friendzone, ale nim nie było. We friendzone nie ma nic poza urojeniami, a tutaj była chemia, było jakieś uczucie, ale nie było poczucia, że to odpowiednia osoba.
Właśnie dlatego odesłała go na ławkę rezerwowych. Wisiały nad nią słowa: „Może kiedyś”.
Jeśli coś w tym miejscu trzeba powiedzieć o ludziach, to że nie mają problemu, kiedy słyszą słowo: „Tak”. Dzielnie znoszą usłyszenie słowa: „Nie”, ale totalnie nie radzą sobie ze słowem: „Może”. Zawsze wtedy mają nadzieję, że uda się je przekuć w pełnowartościowe „Tak”, więc kują. Często latami. Chodzą za kimś jak słodkie popiskujące psiaki, chcą, żeby ktoś wziął je na ręce i cały czas liczą na to, że w ten sposób wychodzą sobie miłość. Przy okazji nie widzą jednak dwóch rzeczy – tego, że można być dla kogoś tylko pierwszym wyborem albo żadnym, bo pomiędzy nimi jest tylko nasza nadzieja. Druga rzecz jest za to taka, że nadzieja – zgodnie ze słowami Stephena Kinga – to największe skurwysyństwo jakie wyszło z puszki Pandory.
Bez względu na płeć osoby, która siedzi na ławce rezerwowych, nie działa to z trzech prostych powodów:
Po pierwsze, gracze na ławce rezerwowych są… graczami rezerwowymi
W idealnym świecie ludzie zakochiwaliby się w sobie w tym samym momencie, z taką samą siłą i nigdy nie spotykaliby się z jedną osobą, kochając inną. Nigdy nie tęskniliby za kimś kto ich skrzywdził lub nie chciał. Nie kłamaliby i nie przedstawialiby wyidealizowanej wersji siebie na wyfotoszopowanym zdjęciu profilowym. Nie traktowaliby też kogoś jak opcję i nie pompowaliby sobie ego świadomością, że gdzieś w innym mieszkaniu ktoś ich bez wzajemności kocha.
Tylko, że nie żyjemy w idealnym świecie, a w nim ludzie cenią moralność. Na przykład w publicznych oświadczeniach i na plakatach wyborczych. Na co dzień bardziej cenią wygodę. Na przykład w postaci osób, które myślą, że cierpliwość kiedyś zamieni się w chemię, dzięki czemu liczą, że skoro usłyszeli: „Jeszcze nie teraz”, to kiedyś usłyszą: „Już”.
Dlatego Krzysiek cierpliwie czekał. Przestępował z nogi na nogę i czuł się jak w kolejce do lekarza, bo zawsze kiedy myślał, że już jest jego kolej, ktoś wchodził bez numerka, a on wracał na swoje miejsce, licząc na to, że w końcu się doczeka.
Jeden z największych mitów polega na przekonaniu, że da się wpływać na inne osoby i zrobić coś, żeby nas kochały. W rzeczywistości z miłością jest, jak z sukcesem – nie da się go zaplanować. Można tylko zwiększyć szanse na to, że się go odniesie. Można zadbać o swoje umiejętności, nawiązać dobre kontakty i przeczytać milion książek, a na końcu wciąż zostaje ta sama alternatywa – albo to co robisz wyjdzie, albo nie. Kiedy kogoś poznajesz – albo ktoś ciebie pociąga albo nie. Jeśli ktoś ciebie pociąga w 70% to dopóki nie skombinujesz sobie dodatkowych 30%, to czas nie sprawi, że stanie się atrakcyjny w 100%.
Dlatego też jeśli nie jesteś dla kogoś pierwszym wyborem to zawsze pojawi się ktoś kto nim będzie.
Po drugie, nie przysparza ci to szacunku
Poznawanie się nie zawsze wygląda tak samo. Czasem jest jak w kreskówkach, kiedy od razu wybuchają dookoła fajerwerki. Czasem poznaje się kogoś i żeby z nim być trzeba sobie poukładać rzeczywistość. Są też sytuacje, kiedy nic nie zwiastuje wielkiej miłości, ale powoli zaczyna czuć się do kogoś przyciąganie.
Inaczej mówiąc – może być różnie.
Nie działają tylko te relacje, w których jedna ze stron ustawia się w pozycji petenta, któremu wydaje się, że coś osiągnie cierpliwym czekaniem. Wartość nie jest obiektywną cechą. Jest wypadkową obiektywnych cech i ich subiektywnego postrzegania. Jak w ekonomii działa tu popyt i podaż. Im więcej towaru na rynku, tym mniejsza jego cena. W tym wypadku towarem jest twój czas i twoje uczucia. Jeśli czekasz na to, aż ktoś się na ciebie decyduje to zachowujesz się tak, jakbyś wywiesił szyld: „Przecena 99%!!!”. To jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że stoisz z tym szyldem w deszcz, śnieg i mróz, a nikt nie kupuje twoich uczuć. Wtedy osoba, na której najbardziej ci zależy myśli: „O łał! Nikt tego nie chce! Ale to musi być szajs!”.
W ten sposób uczysz kogoś tylko tego, że zawsze tam będziesz stać. Błąd polega na tym, że powinieneś być dla kogoś szansą, którą trzeba złapać zanim zniknie. Taką, jaką ona jest dla ciebie.
Po trzecie, nawet jeśli doczekasz się „Tak”, to nie będzie to trwały związek
Nawet w najlepszej relacji na świecie są problemy. Bez względu na swoją pozycję, doświadczenie, trzy fakultety i piękną buzię będą spotykały cię sytuacje, z którymi będzie trzeba się zmierzyć.
Jeśli osoba, z którą jesteś była twoim pierwszym wyborem (a ty jej) to wiecie po co mierzycie się z problemami. Wiecie, że jest warto. Jesteście przekonani, że to co jest między wami to coś wyjątkowego i jesteście zdecydowani tego bronić. W przeciwnym wypadku podczas pierwszej lepszej sytuacji kryzysowej siadacie z założonymi rękami i stwierdzacie:
- Po co mam coś z tym robić? Może lepiej będzie nam oddzielnie? Może dzieje się to, co miało się dziać?
W przeciągu wszystkich lat prowadzenia bloga, najczęstsze pytanie dotyczące związków brzmiało jak wyraz emocjonalnego masochizmu:
- Co zrobić, żeby chciała mnie osoba, która mnie nie chce?
Odpowiedzi na to pytanie nie ma, bo przede wszystkim nikt nie powinien chcieć osoby, która go nie chce.
Nikt nie powinien marnować swojego czasu na relacje, które zawiera się pod warunkiem: „Jeśli nie trafi się nikt lepszy to z tobą będę”, bo w miłości warunków nie ma.
Nie powinien przyjmować uczuć używanych, wyczekanych i odrzuconych przez innych, bo nikt nie zasługuje na bycie opcją rezerwową.
Jeśli więc ktoś nie jest pewny kogo ma wybrać, to powiedz mu, żeby nie wybierał ciebie, bo słowo „MOŻE” jest tylko jedną z wersji słowa: „NIE”.
Z second-handu można mieć wszystko. Tylko nie powinno się mieć stamtąd uczuć.
*
P.S. A co do Krzyśka… Czekał na nią cztery lata. Wtedy ona poznała nowego faceta. Zakochała się, zamieszkali razem po półrocznej znajomości, a o Krzyśku nawet nie pomyślała. Happy endem jest to, że kiedy w końcu stał się emocjonalnie wolny to okazało się, że świat jest pełen mądrych kobiet. Dziś ma żonę i syna. Mówi, że jest szczęśliwy." 

Znalezione na stronce "Słowem w sedno"
*************************************************************************************************************************

“Wiesz dlaczego niektórzy ludzie udają, że nic nie czują?
Bo czują za dużo. I to ich przeraża." 
cała definicja mnie samej.

Charlotte Nieszyn Jasińska

****************************************************************************************************************************************

"(...) powinienem być sam, kiedy uważam, że świat jest dla mnie zbyt trudny. Muszę mieć miejsce, do którego nikt nie ma dostępu." Oj, czuję, że to byłaby najlepsza obrona.

— Jack Nicholson
Marc Eliot - NICHOLSON Biografia

*********************************************************************************************************************



"Strach przed tym, co się może wydarzyć jest dużo gorszy niż rzeczywistość. Co z tego, skoro paraliżuje lepiej niż ona?
Niekiedy boję się oddychać. A potem robię wdech i idę w życie. Po jakimś czasie zawsze jest pięknie.
Ale póki co, paraliż. Nie jem, nie śpię, nie oddycham. Pora to zakończyć."
ze stronki ZOBACZYĆ ŚWIAT INACZEJ. 




I to całe życie w kółko Macieju.. ile można?


*********************************************************************************************************************



"Uczucie samotności, od dzieciństwa. Nawet w rodzinie - a zwłaszcza wśród kolegów - uczucie, że moim przeznaczeniem jest wieczna samotność. Jednocześnie wielki głód życia i rozkoszy."


I wiecie? Tak naprawdę moja opowieść z początków istnienia bloga powinna była zacząć się właśnie od tego cytatu. Wszystko tak cholernie się zgadza.



— Charles Baudelaire


Dobrze. Na razie starczy. Sesja wystartuje lada chwila, ale póki co mogę powiedzieć, że Erbrecht mamy z głowy (ustny 3, pisemny 4+) Po wyjściu z sali zaczęłam szukać powodów dlaczego tak się stało. Byłam na pewno niewyspana, zmęczona, bo bez kawy i na pewno zamiast się uczyć katowałam się filmikami z dupy. Usiłowałam znaleźć wiele usprawiedliwień dla własnej osoby dlaczego.. ale wiecie? Dlaczego ja muszę się wiecznie usprawiedliwiać i to zawsze przed sobą? Chyba przyzywczaiłam się do właśnie takiego wiecznego usprawiedliwiania, tłumaczenia się: "o Bo proszę Pani ja byłam chora,  nieobecna, nie rozumiem, bo Jasio mi dokuczał, bo pies mi zjadł pracę domową, bo ja wiecznie taka niedoinformowana" i tak dalej. No dajcie mi jeszcze włosienny wór i chlubę i zostanę ascetą.. przecież mam prawo nie nauczyć się.. położyć kolokwialnie mówiąc tak zwaną laskę na ten przedmiot. Tam, przez tamten tydzień zdałam sobie sprawę, że to co się odprawia na tym wydziale to nie jest prawdziwe życie. I jak pani jedna czy druga może decydować o naszym udupiając nas z pytaniami o różnicę między Testamentspfleger, Testamentsverwalter czy też Testamentsvollstrecker?? Rozumiem, jakieś umiejętności musimy zyskać, ale problem pojawia się gdy trzeba coś załatwić/ kupić/ porozmawiać.. kein Kommentar. Właśnie!! Jako że języka angielskiego uczę się zdecydowanie dłużej, zauważyłam, że robię wiele kalek z języka angielskiego..e.g  Can I? Kann ich? gdzie ten modalny nie jest przy prośbach o pozwolenie dobry, czy też wspomniane kein Kommentar bo no comment.. Jeszcze mogłabym jakieś przywołać, ale późno.. aaaaa!!! wiem!!! Soweit że niby so far... Przypał międzynarodowy..  Wstyd mi jak cholera było. Uwierzcie mi. Poza tym oddano nam prace z crime and punishment. Dostałam równiutkie 80%. Niezaprzeczalnie jest to powód do uśmiechu, ale kiedy zobaczyłam, że prawie cała moja grupa uzyskała tyle, znów poczułam się taka mierna. Jak gdyby to 80% było jakimś standardem, a ja znów nic nieznacząca jednostka w tłumie. Przykre, że nie potrafiłam się tym cieszyć. Ale tak na serio to moja grupa po przeżyciach z roku ubiegłego wzięła się w garść i naprawdę się uczą. Mhm no może poza jednym wyjątkiem :P


Tymczasem nie zawracam Wam "gitary". Naprawdę powinnam zajrzeć do business English :P Trzymajcie się ciepło, grzejcie przy kaloryferach, pijcie herbę z cytryną albo jak ja schwarzen Kaffee czy też Tee.


mit freundlichen Grüßen


klasycznagorzka


1


 




e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]