klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
Nie tylko pożegnania są ciężkie. Powroty do wielu miejsc również takie bywają 2015-12-27

Ahoooj!!! Złapałam komputer na chwilę, uciekłam od gości. Siedzę prawie spakowana, z milionem myśli i wątpliwościami. Powroty. Szybko zawinęłam się z Jurasprache, które poszło mi tak sobie, ale wydaje mi się,że zdam. Chciałabym. Ustny to będzie dopiero totaller Reinfall :/ Następnie zabrałam walizkę i pojechałam na Młociny. Stamtąd polski bus. O dziwo nie było źle.


Zawitałam do miasta P. Miasta "sielskiej i anielskiej" końcówki dzieciństwa. Za dużo sobie obiecywałam po tej wizycie. Odebrał mnie brat. O dziwo es herrschte kein dickes Luft. Potem spotkałam turystycznego przyjaciela :) Poszliśmy do Alma i Jag. I tutaj jakbym dostała w policzek. Ludzie tutaj się nie zmienili. Nadal są ciekawscy, nietaktowni i chamscy. Wychowawczyni Izabella (parapet tak bardzo, a raczej na nim ekscesy) z automatu wypytała mnie, ile płacę za akademik. Nie, nienawidzę rozmawiać o pieniądzach. Małych czy dużych. Po prostu czuję się wówczas poniżona w pewnym stopniu. I kiedy jej powiedziałam,że UW nie do końca spełnia moje oczekiwania , sposób prowadzenia zajęć, z pogardą prychnęła "To może UJ Cię zadowoli" co za sukowata riposta???!!!  Mówi to pani psycholog i pedagog.. chyba z wyższej szkoły w Wypizdowie Dolnym. Tak czuję po jej sposobie wyrażania się. Ale wiecie,  to jest zazdrość w najczystszej postaci. A i wszyscy myślą, że najlepiej jest tam, gdzie ich nie ma, nie było i nigdy już nie będzie.  Czuć tę zazdrość, bo stolica. Nie obyło się bez głupich tekstów bym może jednak studiowała w mieście B. Podnieśli mi ciśnienie. Turystyczny uspokajał. A po pierwsze ja nie wiem, czego chcę, a po drugie nie chcę się go kurczowo trzymać, ani być kulą u nogi. A sam internat, ba jeżeli chodzi o warunki i cenę z perspektywy czasu jest marzeniem. Ale te Panie Wychowawczynie, które oprócz siedzenia na dupie i sprawdzania ,kto jest w pokoju nie mają innych zajęć. I dlatego interesują się życiem innych. One żyją aferami, kogo wyrzucić za picie, kto z kim kręci, romansuje itd. Znaczy się mają za dużo czasu wolnego. Ale to nie jest już moje zycie. To jest inna historia. I cieszę się, że byłam w stanie to dostrzec. A w Jag odwiedzilismy kochanego mentora z języka angielskiego. Kochany. pogadaliśmy, pośmieliśmy się, wymieniliśmy telefonami. I każde poszło w swoją stronę. On na wigilię klasową ,my na miasto. Ale wiecie,to cholernie dziwne uczucie. Pan Jar przestał być moim najwyższym autorytetem z ang, miasto P straciło w moich oczach.. to tak jak do pewnego czasu autorytetem dzieci są rodzice.. potem ten obraz bladnie i widzimy tylko same niedociągnięcia i niedoskonałości tychże osób. Miejsce samo w sobie i ludzie się nie zmienili, to my się zmieliśmy. Stolice nas zmieniły. A spacerując nad Wisłą, czułam,jakby ktoś zabrał mi część siebie. Poczułam pustkę. Ale może to była cena za upragniony spokój i nierozdrapywanie ran?


Potem szybki teleport do T.W. Ilekroć tam jestem dostaję w policzek. Czuję, że robię coś złego. Tutaj taka bida, a mi się zachciało studiowania i nawet nie wiem, czy będę mieć pracę i że to niesprawiedliwe. Bo marnuję pieniądze uczelni i z emerytury. I płakać mi się chce, słuchając tych starszych wujków i cioć,  że mam się uczyć, że będę mieć lepiej, że oni nie mieli możliwości,że dziś byliby kimś. Czuję się z tym wszystkim podle. Z pokładanymi nadziejami. Przecież ja już mam ochotę się poddać. A z drugiej strony to wszystko, co mam. I mimo braku przywiązania, czuję, ile wszystkich ta moja "impreza" kosztuje. I brzydzę się siebie. I mam pretensje,że się w ogóle urodziłam. Że ja tak wiele wszystkich kosztuję. Kolejny policzek to patologia w domu Y. Alkohol, bijatyki, małe dzieci, wieczny brak pieniędzy, a jeżeli już są,to marnowanie ich. Czuję, że wiem od czego uciekam. A jednocześnie nie wiem, czy uda mi się wybrnąć z tego chorego schematu. Wiecie, za dużo myślę, stanowczo.


I dla kontrastu stolica. Karierowicze, wymuskani osobnicy (mężczyznami czasem ciężko ich nazwać) , panie wystylizowane jak z okładek Cosmopolitan czy Vouge. Wszędzie ta pogoń za pieniędzmi. Eleganckie restauracje, piękne kamienice, wieżowce z korposzczurami wydają mi się być również obcym miejscem. Te pieniądze, ten przepych (to też kwestia sporna, co kto za przepych uważa) i wyniosłość są stanowią dla mnie swego rodzaju granicę i wiem, że jej nie mogę/nie chcę/nie powinnam  przekraczać. A i z drugiej strony ludzie ciągnący tam z najróżniejszych części Polski. Szukający szczęścia w każdym tego słowa znaczeniu. Smutno mi Boże.. nie chcę tam mieszkać całe życie. Musiałby ktoś mnie tu zatrzymać. Na szczęście czy też nieszczęście jestem wolna jak ptak. Mogę zdecydować sama. A jednocześnie tego nie robię.  Jedno jest pewne: będę sobą, będę obserwować, myśleć i pisać o tym wszystkim.


A święta same w sobie słabe, ale lepsze niż rok temu. Prezentów nie było zbytnio,ale nie mam żalu. Naprawdę. Dostałam życzenia od kilku osób na fb i sms'owo, ale nie miałam najmniejszej ochoty na nie odpowiadać. Chciałam się odciąć. Od wszystkich. Nie byłabym sobą, gdybym w Wigilię nie zrobiła czegoś totalnie chorego: wypiłam 3,5 piwa. Bo było nudno. Bo miałam wybór między spaniem/oglądaniem telewizji/uczeniem się... shame on me. Dwa następne dni były do siebie podobne: jedzenie, goście, jedzenie, goście. I ja odpowiadająca dyplomatycznie na pytania typu: Jak Ci tam idzie? Czy dożyję Twego wesela?" yyyy seriously?


Okay. Ochłonęłam. Musiałam się wypisać. Ilekroć wracam mam jakiś rozpierdziel w głowie. Jestem przybita. Struta i muszę odchorowywać. Przez to dziś zrugałam turystycznego. Boję się,że mówiąc ze zrobi wszystko by ten pobyt był jak najlepszy,próbuje mi coś wynagrodzić. Painfull but true. I wiecie, ilekroć ktoś robi coś dla mnie dobrego,czuję że jestem zobowiązana do tego samego. Chybaprzestałam wierzyć w bezinteresownosc. Niee,naturalnie nie mówi się o dawaniu rzeczy za Bóg zapłać. Ponad to, 29.12 tuż tuż 😀😀😀


Rollercoaster 2015-12-14

Uszanowanko, cześć  i czołem.. kluski z rosołem?  Hmm niech pomyślę. Z rzeczy naglących i nurtujących. A powiem Wam, że  co najmniej od weekendu jest ich wiele i nie wiem od której zacząć. Dobrze więc zacznę od piątku i chronologicznym ciągiem postaram się przedstawić wszystko.
Jeszcze wczoraj tytuł notki miał brzmieć : 'I am walking on Sunshine je je" bo miałam rzeczywiście szampański nastrój, z czego nawet turystyczny przyjaciel się dziwił i ja sama chyba najbardziej. Teraz po pewnych dalszych wnioskach nie jest tak samo. 
Piątek rozpoczął się nie tak źle. Oczywiście jak na Nachteule przystało, wstawanie potem na 8.30 sprawia mi ogromne problemy. Ale dobrze, przecież jest essay do napisania, a własciwie in-class. Tym bardziej moja obecność jest  tam jak najbardziej tam pożądana. Na początku szło mi miernie, ale pod koniec się rozpędziłam i przekroczyłam limit słów. Mhm jakoś słabo mnie to teraz martwi, bo na więcej niż 3+ nie liczę. Ale zostawmy to.
Business English  może sam w sobie niezbyt porywający, uważam za być może przydatny. Pośmieliśmy się, jak to z Ludwiczkiem/z Ludwiczka (właściwie podkreślić). Łacina też bardzo sympatycznie, piąteczka na koncie, więc keine Sorgen.
Potem.. jak już wcześniej wspominałam miałam plan z kimś porozmawiać. Długo walczyłam ze sobą czy pisać tego sms czy jednak się powstrzymać i nie robić z siebie idioty. Taaaak, podczas ostatniej rozmowy strasznie mi się przykro tego kogoś zrobiło i po części chciałam się dowiedzieć do jest grane i wysłuchać i tego typu rzeczy. A po części potrzebowałam porozmawiać z kimś, ale spoza pracy, wydziału, akademika i tego że miasta. Ale no dobra, spoko, gitara umówione. Wiecie ,prawie cały czas brzuch mnie tam bolał z nerwów. Ale tak. Na pewno łatwiej się rozmawia z kimś ze wspólnego 'background'u" a nim była tutaj ukochana Alma Mater. Pośmielim się, pożartowalim, zmoklim, zmarźlim. Także ten. Wiadomo niektóre poruszane tematy były łatwiejsze, ale pojawiły się też te trudne,bolesne i wcale przyjemne. Ale trzeba rozmawiać, nie można uciekać.  Zostałam więc zapytana o turystycznego. Znaczy pochwaliłam się Sylwestrem, więc to było logiczne. Ale i bez tego, wydaje mi się, że padłoby pytanie. Wiadomo, nie chcąc mówić i nie mogąc wszystkiego, powiedziałam tyle, ile nadawało się wówczas do wyjawienia. Wiecie co jest najśmieszniejsze, na czym złapałam się dopiero dzisiaj? Że ów kolega może mieć bardzo podobny problem do mojego.. lepiej, żeby się to rozwiązało jakkolwiek,bo tak żyć domysłami to niedobre..  kurde. Ale cieszę się, że próbuje sobie układać jakoś w całość ten  życiowy bałagan. Że ma super znajomych, "kogoś na oku" i że generalnie jest sporo lepiej, nie mylić z rewelacyjnie. W ten sposób spędziłam kilka całkiem fajnych godzin w dobrym nastroju. Mówiłam dużo i boję się, czy nie za dużo. Między innymi wspomniałam o tym blogu. Taaaak, to chyba piąta osoba. Pociesza mnie fakt, że jest multum stron z blogami, a i moja nazwa nie zdradza tożsamości. Znalezienie go więc zajęło by czasu. Ale jak już kiedyś wspomniałam: zrzucanie balastu. Dziś jednak przywołałam jeden moment, gdy było pytanie o Gosię. Nie pamiętam, jego dokładnej treści, ale coś w deseń: czy jest dobra laska, czy jest dobra, czy jaka jest.. Mi gula już urosła, bo po pierwsze nie lubię kiedy ktoś tak głupio i powierzchownie wypytuje o moich bliskich nie tylko, których się nie tylko nie  zna, ale nawet na oczy nie widziało.. a po drugie, że Gosia jest kobietą. Poczułam jakby ktoś zapytał o przedmiot, coś bez uczuć, a przecież to jest jedna z drogich mi osób.  mhm a co? może polecić, czy dobra na przeruchanie czy nie? Automatycznie w takich momentach budzi się wewnętrzna buntowniczka i wojowniczka. Nigdy nie pogodzę się z tym, jak patrzy się na kobiety. Pamiętam siebie wracającą od Gosi z urodzin. Autobus nocny, jakieś nieciekawe typy i ja-w niebieskiej obcisłej spódnicy. Czułam na sobie obleśnie spojrzenia i miałam ochotę umrzeć, zapaść pod ziemię. Czułam obrzydzenie do samej siebie. A przecież nie byłam niczemu winna, a w żadnym wypadku porozbierana. To chamskie patrzenie na wygląd- dupa, cycki, cycki, dupa- czy wyście się z ch**** na rozum miejscami pozamieniali? Ja rozumiem, może sobie założyć, że "lubię takie a takie usta, oczy, włosy' ale i tak w rzeczywistości wychodzi inaczej. W końcu Liebe macht blind i potem przestaje mieć znaczenie nasz idealny, urojony, wyimaginowany obraz księżniczki z wysokiej wieży czy też księcia na koniu. Zaczyna się prawdziwe życie.. wspólne radości, smutki, rachunki, choroby, zmartwienia.. teraźniejszość i przyszłość. To naprawdę długa transakcja. Przynajmniej mi się tak wydaje. Ale dla nas dwudziestolatków to wymaga czasu, ran, poparzeń by zrozumieć. Nas. Tak, właśnie utożsamiam się z nimi. Choć myślę, że już wiem, co się naprawdę liczy, tak wiele jeszcze nie przeżyłam. Tak wiele jeszcze mi brakuje.I my musimy wszyscy na własnej skórze się o tym wszystkim przekonać. Bo słuchanie pouczeń innych nie daje wiele. Ale  już w tym momencie cieszę się z tego jaka jestem. Chcę być rozsądna i wrażliwa. Patrzeć oczami dziecka i słuchać serca. Widzieć, słuchać, dostrzegać zalety i wady innych. I  właśnie podziwiać w ludziach te dobre rzeczy, a nie to, co stworzyła natura czy też chirurgiczny skalpel.

"Zawsze biegłam w ogień. Musiałam się poparzyć, aby coś poczuć. Musiałam się spalić, aby coś zrozumieć. Możesz latami stać i patrzeć na ognisko, dystansować się, pozwolić myślom jedynie się żarzyć. Mi szkoda było życia na patrzenie. Wolałam zapłonąć takim ogniem, jakiego nie ugaszą żadne łzy." Charlotte Nieszyn Jasińska


Sowieso  Panie, zabierz mnie stąd, bo prędzej umrę ze zgryzoty i to jeszcze w takich dziecięcych latach..  zbyt wrażliwa by żyć, zbyt młoda by umierać :(


Ufff, już mi lepiej :D grzeje się każdym łykiem melisy.


Ale okay, okay, wracając  generalnie i tak zaliczam wieczór do udanych. Zmusiłam siebie i kulegę do wynurzeń, co może nie było zbyt komfortowe, ale na pewno można poczuć się lżej. Przynajmniej ja  byłam potem do końca dnia niesamowicie spokojna. Po powrocie do akademika zastałam moją współlokatorkę i jej koleżankę pijącą piwo. Miała urodziny. Fajnie. Wiele czyni młodość, wiele czyni wino. I to jest w sumie takie dobre będąc w naszym wieku. Mi  przykładowo przykro, że swoje mam w wakacje i każdy kładzie sobie na moje tak zwaną "laskę" Abstrachując  samo powiedzenie o blogu, zmusiło mnie do tego, by wrócić do początku. Do sierpnia 2013. Kiedy go czytałam miałam ściśnięte gardło i  kamień w brzuchu. To było ciężkie do przebrnięcia. Ale potrzebowałam do tego wrócić, by móc przeanalizować kilka rzeczy.


1) Jestem dojrzalsza. Nie jestem już płaczliwą licealistką, która albo jęczy,bo matura taka ciężka, albo, że jej jeden nie chciał. Coraz wyraźniej umiem określić co czuję, co mnie denerwuje. Coraz częściej myślę nad tym, co chcę robić, mimo, że przyszłość wydaje się być wciąż odległa, zamglona, nieodgadniona. Nauczyłam się jeszcze jednego: Everyone you meet is fighting a battle you don't know about. Be kind. Always. I wiecie, zmieniłam się. I to naprawdę na lepsze. Jestem lepszą wersją siebie. Na tyle, że sama chciałabym się ze sobą zaprzyjaźnić. Wiem, brzmi egoistycznie. Ale skoro mam się za co chwalić, czemuż nie korzystać z takiej okazji ? :D


2) Dzięki temu blogowi, dzięki sobie i co najważniejsze , powinno być ciągle podkreślane, dzięki moim przyjaciółkom przeszłam tę  wyboistą drogę.Oczywiście, jestem świadoma, ludzie mają większe problemy w życiu. Naprawdę. Ale słyszałam też, że każdy dostaje tyle cierpienia, ile jest w stanie udźwignąć. I mi się udało. Ale nie mogłam tkwić w tym w nieskończoność.  Wiecie co? Może na początku się na to nie zapowiadało, ale "wydobrzałam". Nie mogę się nadziwić, ile z tych wpisów jest skierowane do Szanownego. Są to jednak takie wpisy, w których jest tak wiele nienawiści i złości. I wiecie co ? Nie czuję już tego. Potrafię usiąść obok, żartować i nie dawać mu odczuć, całej tej sytuacji. Stało się jak stało. Ale wiecie.. to i tak był najlepszy scenariusz z możliwych. A co będzie dalej zobaczymy. Matgo I mnie znów na jakieś online-dating namawia.. błagam. So verzweifelt bin ich nicht!! Że tak powiem, co ma być to będzie. Jak odnajdujemy w 'Zemście" : (..) Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba" ha ha!! :D Ale coraz częściej słuchając perypetii moich znajomych łapię się na tym, że ten "świat dorosłych " jest trudny i chcę się trzymać od niego z boku, póki co. Przynajmniej w tej kwestii.


"Trzeba mieć u boku kogoś prawdziwego, kogoś, kogo można się chwycić, kto nie tylko podziela twój strach, nadzieję i niepewność, ale i twoją przestrzeń powietrzną."
Peter Watts


3) ha ha fenomy? Fenomy były kwiatkiem we wpisach. Chodziło mi oczywiście o fonemy. W ciągu mojej lyngwistycznej kariery pojęłam znaczenie słowa i bardziej lub mniej zgrabnie posługuję się różnymi terminami. Ale do meritum: Bardzo nie podoba mi się język jakim pisałam. STRASZNY STRASZNY polski.  Bynajmniej 2 razy użyte w złym kontekście. Shame on me :( I bardzo źle się to czyta. Dlatego nie dziwię się, że ludzie wchodzili, czytali po kawałku, wychodzili zdezorientowani. Normalnie nie interesowała mnie czystość mego ojczystego, ale tego nie da się swobodnie czytać.  Postaram się to poprawić!!! A stare wpisy niech będą pamiątką :D


4) Czwarta i ostatnia kwestia nad którą o dziwo w ciągu dwóch i pół roku się nie zastanawiałam wiele. Otóż gdy już mówiłam w piątek, że mam bloga, kulega starał się odgadnąć jej nazwę. Ja oczywiście poczułam ulgę, bo nie jest ona związana z imieniem ani nazwiskiem. Ale na dobrą sprawę czemu nazywam się KLASYCZNA GORZKA? No właśnie Smile Kiedy siedziałam w pokoju brata, w sierpniowe popołudnie 2013 roku, jadłam czekoladę i mozolnie usiłowałam sobie przypomnieć, co takiego twórczego wymyśliłam poprzedniej nocy i co chcę właśnie w tej pierwszej notce przekazać. Notka jak dla mnie wyszła słabo, a i ja obrażona na cały świat, bo nie mogłam jechać do miasta B, a i nie miałam ani pieniędzy ani planu ani zielonego pojęcia, co i jak zorganizować. Teraz jest inaczej :D Wracając czekolada była jak się domyślacie gorzka, klasyczna gorzka. I taka ja właśnie jestem. Klasyczna, bo w dużej mierze jestem tradycjonalistką. Może tutaj to się nie objawia, ale życiowo owszem i jestem. Gorzka, może dlatego, że lubię być ironiczna i wredna. Dodając jeszcze fakt, że uwielbiam jeść, nie tylko czekoladę, daje już jakiś obraz autorki :D


A i jeszcze jedno. Trzeba było pomyśleć o prezentach. Choćby drobnych. Wiecie, generalnie nie lubię robić zakupów ani to spożywczych ani ubrań, żadnych. Nie jestem typową kobietą. Patrząc na witryny sklepowe najpierw myślę, że dana rzecz jest piękna, ale potem przytłacza mnie ta warszawska szlachta bieżąca by jak najszybciej zakupić coś tam z najnowszej kolekcji Stradivadiusa czy innego *uja. A ceny powiedzmy sobie szczerze dla mnie są z kosmosu. I wiecie? Chyba zyskałam ten dystans skoro nie podążam za nimi ślepo, a co więcej potrafię pójść na wydział w dresach. Ale pomijając fakt konieczności wydawania pieniędzy, czuję podświadomie jakiś niepokój musząc iść w końcu do sklepu. Może dlatego, że czuję się dziwnie jadąc po rzeczy, wydawając pieniądze, zamiast jechać i spotykać się z ludźmi.  Poza tym te prezenty. Pojawia się ciśnienie typu: Co ja mam jej/jemu kupić, żeby to przydatne było i nie leżało na półce. Jakim cudem ja nie wiem, co kupić przyjacielowi/przyjaciółce, skoro znamy się X lat.. tak, czuję się sztucznie zobowiązana, bo święta. I głupio mi poza tym, bo nie mogę sprezentować nikomu czegokolwiek za "miliony monet"  Niby liczy się gest, ale czuję, że każdy patrząc na daną rzecz, kalkuluje sobie, co gdzie i za ile. To smutne. Ja przykładowo przestałam jakichkolwiek prezentów oczekiwać. I się przynajmniej nie rozczarowuję..


"Oczy miała przeważnie pełne smutku, jakby nie była zdolna do płaczu, który niekiedy przynosi ukojenie, jakby nie potrafiła płakać, lecz tam, gdzieś w środku niej, nie dawała o sobie zapomnieć niewyczerpana studnia łez; oczy miała bardzo smutne, tak."


----> by the way: Nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałam. Niby to dobrze, nawet bardzo, ale jakoś dziwnie :P Bo czasem ogarnia taka pustka, że samo wypłakanie się dawałoby ulgę.


Update: 21 grudnia 2015


Za 15 godzin będę w kochanym mieście P. Przy okazji znów pojawił się niedający opisać się niepokój, jakiego zawsze doświadczam przy wyjazdach (na nie/szczęście nie ma ich wiele). Pakując się, wybierając najważniejsze rzeczy, mam wrażenie, że już nigdy nie wrócę do danego miejsca. Jakbym miała wyprowadzić się na zawsze.A może to taki niepokój, bo zawsze co tydzień w Alma musiałam wracać i przyjeżdżać. A więc nie miałam stałego miejsca do zatrzymania. Ha ha! Jak to mawiał turysta migracja wahadłowa. :)  A przecież to nieprawda. Mam. Do 110. Tu jest zawsze mój kąt, moje łóżko, plakaty, własna szafa i biurko. Niby nic, a coś. Mhm no i co najważniejsze, mam się widzieć z turystycznym przyjacielem. Jestem zadowolona z tego, jak się czuję.  I wiecie.. ani się denerwuję, stresuję czy coś. Jestem opanowana i najzwyczajniej w świecie cieszę się. Jednak dziwnie będzie zostawiać stolicę na ponad 2 tygodnie. Ciężko tutaj mówić o przywiązaniu, ale na pewno dzięki przeżytym  tutaj różnym momentom zostawię i  tutaj część siebie. W pewnym stopniu to na pewno.  A z drugiej strony dobrze znów zobaczyć, że istnieje inny niż ten z betonu świat. YEaaaah! Choć przyznaję, że teraz po raz pierwszy wracam polskim busem i jestem pełna obaw przeczytawszy wiele nieprzychylnych opinii. Pozytywne też był. Jestem więc jak widać zmieszana.  Dobra, spadam, bo za 8 godzin egzamin z Erbrecht. Nie życzę jeszcze Wesołych Świąt ani szampańskiego Sylwestra, bo liczę tutaj zawitać jeszcze w międzyczasie ,w miarę możliwości.


Stay warm :) Take care


PS. oglądalność ostatnio znacznie skoczyła. Przyznaję, jestem mile zaskoczona, że są osoby, którym chce się czytać moje wypociny. Nie są to wprawdzie wiersze.. ani reportaże czy opowiadania takie trzymające w napięciu, ale za to  zawsze prawdziwe. Wierszy zaś nienawidzę. To  ze szkoły mi pozostało.. bo nigdy nie rozumiałam, co miał na myśli autor, albo raczej, co znajduje się w kluczu maturalnym.. kein Kommentar.


Bezimienna 2015-12-07

2 tabliczki czekolady, 30 h snu i dużo leczo, jako bilans tego weekendu. Powinnam się uczyć słownictwa, ale nie mam siły.


Go zaprosiła mnie na Mikołajkowe warsztaty jej zespołu. Poszłam. Pokazałam się. Wyszłam. Irytowała mnie głośna muzyka, tryskające radością dziewczyny. Tak, szczerze zazdrościłam. Ale wiem, że nie jestem w stanie pojąć rytmu. Poruszam się jak drewniana kukła, która poleci, gdzie ją popchną. A tu trzeba liczyć rytm, nadążać za wszystkimi i udawać, że sprawia mi to frajdę, bo tak fajnie jest i śmiejmy się trallalala i róbmy selfie (workingout#polishgirls#dance#friendship#fun#muchmorefun#) i ogólnie heheszki. W rzeczywistości w środku dusiłabym się, bo muszę dobrze stąpnąć, patrzeć co robią inne i przy tym wyglądać, dobra przynajmniej poruszać się  uwodzicielsko, bo przepraszam bardzo, czemu ja mam niby wyginać się, przy ludziach, których nie znam? To mi nie daje komfortu psychicznego-wręcz przeciwnie. Ale i bez tańczenia dusiłam się w środku, wszystko krzyczało, że to nie miejsce dla mnie, że nawet nie potrafię, to po co przyjść i się lampić. Więc wyszłam.  Ciągle coś każe mi uciekać, ciągle, zwłaszcza gdy są ludzie i jakieś zmiany. Ciągle się kontroluję, czuję, że muszę. Ciągle czegoś nie mogłam. Przecież trzeba znać swoje ograniczenia, a nie pchać się wszędzie, gdzie Cię nie chcą.   E kilkakrotnie namawiała. To mnie zawsze wkurwia. Kiedy ja wiem, że czegoś nie chcę, a ludzie myślą, że nagle zmienią moje myślenie, nastawienie, humor i nie wiem, co jeszcze. Przyszłam, by Go nie było smutno, że nikt nie przyszedł. A zainteresowanie nawet i było. Ale boję się jutra. W sensie, jak Go na mnie spojrzy, co powie itd. Ja jej mówiłam, że nie chcę, że robię to tylko ze względu na nią. Boję się, że ją z leksza zawiodłam.


Ale w tamtym momencie liczył się mój komfort psychiczny. Wychodzenie ze strefy komfortu nie jest sprzyjające.  A ono ogranicza się ostatnio do siedzenia w fałdach ciepłej pościeli. Do spania. Do śnienia. Boję się swoich snów. Coraz bardziej. Oczywiście podświadomość, jako jakiś niezależny ode mnie twór, a zarazem wszystkowiedzący,sam kreuje w snach, czego potrzebuję . Danke, że tak powiem. Dla jasności, nie są to jakieś.. umstrittene dreams, że tak to wyrażę.. ale pokazują rzeczy, zdarzenia czy miejsca, o których czasem mi się tam myśli. Jednym z nich było prowadzenie zajęć w języku angielskim dla dzieci. Wpadłam uchachana do sali i pytam się "How was your weekend?" i cała lekcja po angielsku. Był piękny *.*  Mimo iż, nie sikam na myśl o prowadzeniu ich dla takiej grupy wiekowej.  Albo również jakieś osoby, które nie odgrywają w moim życiu znaczącej roli, ale przewinęły się przez nie, jak większość z tych przypadkowych. Kiedyś o niej wspomniałam już tutaj, ale ... no właśnie, no jakoś tak wyszło.


Opowiedziałam o czymś Monice. Takie dawno i nieprawda, gdzieś zakurzone w odmętach pamięci. Od razu przypomina mi się jedna ze scen w Harrym Potterze, gdy Prof. Dumbledore wlewa do jakiejś dziwnej cieczy wspomnienia z opatrzonych opisem buteleczek.Taaak, pamiętam już. To była "Komnata tajemnic" Do dziś lubuję się w tej całej serii, choć gdy próbowałam w domu z rok temu zacząć czytać, było mi ciężko... Czemu właściwie? Bo znam zakończenia, dialogi i ścieżki dźwiękowe? Bo przekład jest pisany za prostym językiem? Taaak, jak na szóstoklasistkę wydawał mi się przystępny. Ale tu o coś innego idzie. O tą ciekawość świata. Chłonęłam kartka po kartce świat przedstawiony, mimo iż był totalnie odjechany i wiedziałam, że nie istnieje. Ale wierzyłam w niego. Przeżywałam wraz z bohaterami śmierć Syriusza (nieee, czemu, why, warum??), czy ta niby miłość Harrego do tej Chinko-Japonko-Wietnamki-Koreanki (taaaaa, dla mnie są oni tacy sami) niby spoko, ale fujka (he he to zakrywanie oczu, if you know..), w sensie dla mnie za duża różnica kulturowa i tego typu rzeczy. Sama bym sobie faceta Azjatę.. yy no way. Sorry (zara hejt, że dyskryminacja), to dla mnie takie nie do przebrnięcia było i jest. Boże, jak ja lubię odbiegać od tematu (Dobry byłby ze mnie profesor..  Ale do meritum:


  Sytuacja czasem daje do myślenia. Nadal. Dzieciakowate. Licealne. Właściwie niewyjaśnione. Cholera, nie lubię niedopowiedzeń i nieporozumień. A wydaje mi się, że co do tego miałam dobry trop. Głupia nie jestem, tylko czasem nie daję po sobie poznać, że wiem. A w sumie dobrze byłoby cokolwiek wyjaśnić.  Kurde, a może byłabym dobrą aktorką? Sowieso  siedź potem człowieku i się domyślaj, co miał na myśli autor tekstu :D Nieee, nigdy więcej matury z polskiego. Także ten. A co z tym zrobię? Raczej nic. Tak po prostu.


W ogóle  robię bardzo źle. Bo gdyby nagle do łba mi strzeliło się zabić, ludzie wiedzą o mnie za dużo. A wolałabym odjeść pozostając tajemnicą. Generalnie bycie tajemniczą osobą wydaje mi się być zmysłowe. Odkrywanie osoby krok po kroku jest o wiele bardziej zajmujące niż prostackie, pijackie włażenie do łóżek- ale co kto tam lubi: witajmy w świecie  konsumpcjonizmu!Karty kredytowe w dłoń i czerpmy z czego się da! Jedźmy na wyjazd integracyjny! Zaprośmy jakieś dupy!  A co tam! Kto zobaczy, kto zabroni "jesteśmy wolnymi ludźmi" "bo nam się za dużo wypiło" " bo mam kryzys z żoną/mężem" "bo to tylko wyjazd integracyjny, a co na nim się dzieje, na nim zostaje"  i tego typu farmazony chorych na głowę ludzi.  Nie kurwa, otóż masz za dużo wolnego czasu, w dupie Ci się od pieniędzy poprzewracało i myślisz, co tylko zrobić by siebie zadowolić. Nie wiem, do cholerny, popatrz, że są ludzie, którzy mają gorzej, pomyśl komu możesz pomóc. Poświęć żonie, dzieciom więcej czasu. Nie wiem. Najlepiej się tłumaczyć przez tą jebaną rutynę. Nikt jej nie lubi. Wszyscy sobie muszą jakoś radzić.. yyy ha ha czemu właściwie nadałam temu taki tok rozumowania.. ha ha :D no fascynujące jakby to powiedziała Alutka z "Rodziny zastępczej" :D Ale właśnie w tej i niejednej kwestii przekonuję się, że odstaję od czasów, w których przyszło mi żyć. "Stoję, jak dzieciak z otwartą gębą, czuję jak czarnieje moje małoletnie tętno"   Ale jak to bywa w powieściach, nowelach, tak samo i u mnie następuje dojrzewanie głównego bohatera. Widzę i czuję to wyraźnie. Udaje mi się wychwycić coraz więcej. Kocham analizować, rozkładać na czynniki pierwsze, czego być może ten blog nie pokazuje, a bardzo bym chciała by tak było. Czasem jest to nawet lepsze niż spotykanie się z ludźmi. Nie muszę ani się specjalnie przebierać, ani uśmiechać jak panie pogodynki ani nic. Leżę w tej samej kołdrze i odpływam, myślę..i niby wstaję po tych 10h snu, ale mam o czym myśleć, o czym tutaj napisać. Cokolwiek.



Ale mówię ludziom jak popierdolona za dużo. Bo czuję potrzebę mówienia.Zrzucanie balastu przede wszystkim.  I to może mi kiedyś zaszkodzić. I tak każde z nich wie coś po trochu i nikt wszystkiego. Mówię, co jest mi w danej chwili wygodne ( zarazem prawdziwe!) Wyszłaby z tego niezła układanka, a jakaś książka może i nawet. Ale już nie spod mojej ręki, bo jakoś talentu brak. A chciałabym móc pięknie pisać. Zgrabnie dobierać słowa, wzbudzać zachwyt prostotą opisu. Wiem, dlaczego tak jest!! Ja najzwyczajniej mieszam style. Raz chcę być niby och ach, subtelna i delikatna- wzniosła, by zaraz przełączyć się na język slangowy czy też wulgarny. I to w parze ze sobą nie idzie, nic dobrego nie da.


 


PS. Wiecie co? Wczoraj wykryłam Trojana na komputerze.. przerażam się, bo nie wiem, co mogło zostać shakowane.. nie znam się na tych informatycznych kwestiach, ale zainstalowałam 30-dniowego trial'a i zeskanowałam PC. Jest dobrze. Boże, daj mi "nie pijaka, nie prostaka.." może być informatyka.. ale broń przed no life'ami.



" (...)nie wariata, daj                
nie palacza,                              
nie biedaka, daj
nie pijaka,
nie Polaka, daj
nie brzydala,
Nie wariata, daj
nie cwaniaka,
nie pajaca, daj
nie pijaka,
nie Polaka, daj
nie biedaka."


  Update: 7 grudnia, 2015 roku, godzina 17:01.




"Gdyby mi ktoś powiedział, gdybym miał choć odrobinę gwarancji, że będę mógł być z Tobą, choć przez rok, choć przez pół roku, a potem - śmierć, to bym pojechał do Ciebie.
To nie melodramat; to wyznanie tego, który na pewno - z całym idiotyzmem i kabotynizmem - najwięcej Cię kochał. W końcu przyjdzie taka noc. kiedy prześpisz się z innym. Ja Ci się nigdy nie podobałem, ale to inna sprawa. Mnie lepiej być pijanym, niż myśleć, że ta chwila w końcu przyjdzie. Ale jeszcze nie rób n ic ostatecznego. Jesteś taka młoda. Masz jeszcze czas. Każdy chce być szczęśliwy. Ja chciałem być szczęśliwszy od innych. Ale Bóg mnie ukarał. Bałem się o Ciebie. Wiesz czego się bałem. Ale dzisiaj, to wszystko co nas dzieliło, nie wydaje się tak ważne.



Trzeba być bardzo pijanym, żeby móc tak pisać. Ale mówię Ci - gdybym miał gwarancję, że będę z Tobą chociaż rok, a potem mnie zabiją - przyjechałbym do Ciebie. Nie ma, nie było - okazuje się - nic ważniejszego od Ciebie. Ale nie da mi nikt choć tej odrobiny. A w końcu wszystko jedno, gdzie człowiek jest cudzoziemcem. Ale czekaj. Jeszcze czekaj. Jesteś taka młoda. To nic nie znaczy, bo powinnaś właśnie teraz być szczęśliwa. Ale ja też jestem sam: pamiętaj, że jestem zupełnie sam i wszystko, czym żyję, to panna Czaczkes. Jeszcze trochę czekaj. Jeszcze trochę, ja też nie jestem szczęśliwy.
Czekaj, czekaj."


- list M. Hłaski do A. Osieckiej, 07.12.58r.








Miałam jeszcze dokończysz o dwóch rzeczach. Nieco się zawiodłam. Tak z leksza. Kate. Zapytałam ją, czy ma czas w weekend. Wymawiała się dwoma projektami i nauką i ogólnie no nie bardzo. A w tygodniu? Również ciężko, może coś, ale nie obiecuje. Okay, ja rozumiem, nie zmuszam. Nie nakazuję nikomu przebywać w moim cudownym towarzystwie bez przerwy. Ja rozumiem, każdy ma swoje obowiązki, bolączki i takie tam. Potem patrzę, moja Kate bierze udział w wydarzeniu na fb, jakaś impreza. Piszę do niej, że przecież miała być zajęta. A ona, że Iz do niej przyszła i jej pomogła.. tylko, że Iz nie studiuje logistyki (.właściwie to niczego) i że tak wyszło, że zaraz wychodzą na imprezę.. trochę jakbym dostała z policzka, ale okay, róbta, co chceta. Za niejaką chwilę potem dostaję wiadomość od Iz. Przed drugą."Wbijaj do nas" myślę sobie, no na pewno już lecę o tej porze, przy atakach pod aka, żeby sama w głowę zarobić i spłukać się z hajsów. Szczerze, jedyne czego potrzebowałam to sen i kąpiel. Poza tym napisałam jej, że mam 2 egzaminy w grudniu, co jest też prawdą, a nie wiadomo, czy więcej ich nie będzie. Na co ona "No nie pierdol" odpisałam "Aha" i na tym nasza rozmowa się skończyła. Sorry, mamy chyba inne priorytety w takim razie. Jak się robi taką kasę, jako hostessa, to po co się martwić wykształceniem. Trzeba dobrze wyglądać, trzepotać rzęsami, robić ponętne miny. Bardzo inteligentne. Nie lubię jak ktoś nie szanuje tego, co robię i robi tego typu komentarze. Dlatego też chyba czas wykluczyć osobę tę z grona, zwłaszcza,że łączy mnie z nią tylko picie. Nie pamiętam, żebyśmy rozmawiały o pracy, życiu itp. Szła tylko rozkmina u kogo pijemy, co pijemy, i czy potem się szlajamy czy zamulamy w mieszkaniu. Nie lubię bezowocnych znajomości.Chcę by za tym zawsze coś szło, bez względu na to, co miałoby potem to być. Mają być emocje, wspomnienia, szaleństwo.  Ważna jest naturalnie ta więź.


Uptade 8 grudnia, 2015; 01:27 jak to na Nachteule przystało.


Niedawno wróciłam i czuję się bardzo dobrze. Poznałam mamę i babcię Moniki. Boże, jakie wesołe, życiowe. Babcia ma więcej ciekawości świata i życia niż my obie z Moniką razem wzięte. Pospacerowałyśmy po Starym Mieście, poszłyśmy na cydr i ciacho. W takich momentach przekonuję się, jakim jestem dzikusem i wszystko w środku każde uciekać, bo nie wypada, bo nie jesteś rodziną i czego tam generalnie szukasz. Zwyczajnie nie pcham się, gdzie mnie nie chcą. Przez to niestety nie będę mieć potem siły przebicia, co mogłoby okazać się pożyteczne w przyszłości.


I generalnie nie lubię wychodzić do lokali. Wiadomo hajsy, ale też czuję się jakaś spięta i jest mi przykro i to ja się czuję poniżona, że ktoś w moim wieku musi mnie obsługiwać. I on nie ma na to najmniejszej ochoty, a mi łamie się serce, że ten ktoś musi tak zapierdzielać. I nie lubię też stawiania, bo to zobowiązuję Cię do czegoś. A ja bardzo nie lubię czuć się zobowiązana. Jakby ktoś na mnie nakładał jakiś obowiązek/ograniczenie coś w ten deseń. Sowieso wesoło było, uśmielim się, ale troszku niezręcznie. Uściskałam Panią babcię, na co ona, że ja taka wesoła i sympatyczna. Nie mogę się nadziwić, jak całkiem różnie odbierają mnie ludzie od tego, jak sama siebie postrzegam. Albo, że mi tak cholernie ufają. Nie powiem, żeby to było coś złego, ale mimo wszystko.. Czy ja wzbudzam zaufanie? Lubię słuchać przede wszystkim, nawet jeżeli nie mam doświadczenia, staram się cokolwiek powiedzieć, odnieść się do sytuacji itd. Lubię też obserwować. Dużo widzę i czuję, wiadomo przemilczam. Ale wszyscy mają problemy i czują potrzebę o nich opowiedzenia. Nie bronię się więc.


Potem szybko na złamanie karku, bo walka z usosem. Przegrane życie jakby. Ale nie byłam jedyna. Chyba szykuje się jakaś inicjatywa w tej sprawie. Nosz kurwa, od kiedy szybkość internetu ma decydować o tym, na jakie idę zajęcia czy wf.. w sumie nie będę się rozwodzić na ten temat. Kto studiuje, ten wie. A kto nie, niech się cieszy :D A potem powrót do akademika. Jeden z najdłuższych. Mgła. Zero tramwajów, a ja mądra, ze pójdę na pieszo i sobie tak idę z gazem pieprzowym w dłoni. Przyspieszałam kroku widząc czy słysząc jakiś nadchodzących ludzi. W końcu byłam u celu, ale to zawsze jeszcze parę metrów do przejścia, a właśnie przecież pod akademikiem zaatakowano znajomego. W zimniejszych okresach można przy kontenerach spotkać śpiących żuli. Ale dobra, mówię sobie już bliżej niż dalej i jest! otwieram drzwi aka i myślę "Szczęściara, znowu mi się udało, wygrałaś życie, a właściwie o jeden dzień więcej" I czasem zastanawiam się, czy nie wystawiam swojego życia zbyt bardzo na niebezpieczeństwo. Czy właśnie nie wykorzystuję swojego limitu na fart i szczęście?


Poza tym nastrój poprawiła mi pewna rozmowa. Także ten. yy także no.  Dobrze było się dowiedzieć co słychać, podżołkować soł much. Niestety jak się okazuje nagle prawie wszystkim osobom z mojego otoczenia pada na mózg. Wszyscy płaczo, że im kogoś brakuje, że przypał, bo wszyscy kogoś majo i tego typu gorzkie żale. ( czy to wpływ świąt, cieplutkich i rodzinnych  reklam coca coli, wystaw sklepowych czy  jeszcze młodziutkiej Mariah Carey i jej "All I want for Christmas is you?"- jeżeli tak, nie chcę wiedzieć, co będzie na Walentynki) Niestety złapałam się parę sekund po napisaniu tego, że mówiąc "wszyscy" utożsamiam się z grupą tychże osób. Niech tak też i będzie. Nie protestuję.  Rozwalił mnie totalną szczerością, na którą sobie przy osobach mało znanych nie pozwalam. Ale dobrze. Trzeba rozmawiać. To pomaga. I kurde, szkoda mi go. I to takie głupie i zarazem śmieszne, że wszyscy mają takie same problemy. I że tak ciężko się do nich przyznać, zwiesić pokornie głowę, ukorzyć się przed samym sobą i stwierdzić: Tak, tak właśnie jest. Mnie samą słuchając tego piekły policzki i jakoś się dziwnie w środku zrobiło.. Ale dlaczego właściwie? Dlatego, że problem jakby i mnie dotyczył? Bo czuję jakby podświadomie to, czego dotyczyły te 'zwierzenia' miały jakby kiedyś związek ze mną, wiecie te głupie niewyjaśnione, te domysły? Jedno wiem na pewno: jest mi strasznie szkoda, serio dziś już lepiej się czuję, ale wczoraj odchorowywałam tą rozmowę. Niby toczyła się gładko,  żartem, ale dała mi do myślenia. Choćby dlatego zastanawiam się, czy nie zapytać o spotkanie, rozmowę czy coś. Jest mi tak cholernie przykro, choć to nie mój problem. Napisałabym nawet, bo przeczuwam, że znalezienie czasu byłoby najmniejszym problemem. Ale boję się robić z siebie idiotę, nieee, nie chodzi mi o nie wiadomo co.. ale może to zostać jakoś źle odebrane i sama tak nie wiem.. czy wypada czy co.


"Mogliśmy pisać maile, czatować, rozmawiać przez skype albo wysyłać krótkie wiadomości na WhatsApp. Była także opcja w postaci odręcznie pisanych listów i poczta pantoflowa. Słowa. Potrzebne by przetrwać. A my jak na złość, wybraliśmy milczenie (…)"


A ja ostatnio lubię rozmawiać, może nie o wszystkim, ale z mądrymi ludźmi sprawia mi to coraz więcej radości :D TAAAAAK, nastrój dziś zdecydowanie lepszy !!! :D


Btw nienawidzę "Last Christmas" - reakcja wymiotna gwarantowana. Plus tego nastroju świątecznego już od 11 listopada przynajmniej. I przy świętach właściwych nikt już nie wie, czy to już, czy po, czy już lecieć na wyprzedaże i kupować Sylwestrowe  i karnawałowe sukienki. I tam sobie siedzimy, jemy, znudzeni tymi kolędami, bo lecą od miesiąca w radio, w supermarketach, w telewizji. I cały czar prysł.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]