klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
Za niewidzialną kurtyną nieufności i lęku 2015-11-28

Ahoj! Kocham ten moment, siadam i nagle yy nie wiem, co pisać, choć jeszcze na jakiś nudnawym wykładzie rozkminiałam coś zawzięcie :P Jakoś tam sobie żyję, zajebana stosem kartek, karteczek, karteluszek.. aa, wiem!! Before I die.. :D W stolycy miejsce miała taka akcja, o której nie wiem, czy wszyscy słyszeli. Na wzór tej w Orleanie, postawiono na Placu Politechniki niby tablice, w rzeczywistości dechy drewniane, posmarowane jakąś czarną farbą, by przypominało to tablicę. Główną ideą jest, jak mówi nazwa napisanie tego, co chciałoby się zrobić przed śmiercią, zmusić do refleksji, zadumy blah blah blah. No więc pojechałam i Ja!! A co tam! Ludzie bardzo niepoważnie podeszli do samego wydarzenia, na tablicy można było przeczytać: before I die: zrobię obiad, zrobię kupę, zupę, drugiego potomka mojej żonie (słabe w chui), zdam egzamin z X, zaliczę projekt z Y. Były też bardziej natchnione: Będę szczęśliwa, zacznę żyć, zwiedzę Europę, jedno było szczególnie poignant: "Napiszę listy do moich przyjaciół, powiem im, jak ważni są dla mnie" coś w tym stylu. Ja również zostawiłam tam część siebie. Heheh jakby ktoś znalazł 23.11 jeden napis po niemiecku, to właśnie mój^^ Szczerze powiedziawszy myślałam, że będzie to coś fenomenalnego na bardzo dużą skalę, jednak nie było to nic takiego. Było w chui zimno, a dodać trzeba, ze kupiłam sobie w końcu rękawiczki (jedna zgubiona na drugi dzień), czapkę i puszysty szalik. Ciągle zbierali się tam ludzie, robili zdjęcia i głupie komentarze. Bowee, przy tej Polibudzie to całe roje tych "facetów", miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie jakoś chamsko lampią, wiecie w kategorii "brałbym/nie brałbym" i nie oszukujmy się, że tak nie jest.. co zawsze będzie wywoływać mój wielki bunt i zawsze mam ochotę zakrzyknąć: ogarnijcie się pojeby. Ale relacje międzyludzkie są bardziej skomplikowane niż by się to wydawało (jeżeli oczywiście mówimy o relacjach zdrowych).  Ale do meritum: było tam dużo ludzi, i denerwowało mnie to, z jednej strony nie wiedziałam zbyt dokładnie co napisać, żadnego konkretu, z drugiej strony chciałam pozostać z tą tablicą sam na sam, jakbym oddawała jej jakiś sekret. Chciałam czuć się tam anonimowa, w istocie byłam, bo nikt mnie nie zna, ale wiecie, ciągle łazili w tę i we wtę jakieś ludziska, co nie pomagało koncentracji. Tak czy inaczej napisałam, co chciałam, o co prosiłabym. Nie, nie było związane to ze studiami, ale generalnie tak z życiem, jego sensem itd.


Poza tym pokłóciłam się jakby poważnie z kolegą ze Sri Lanki. Irytuje mnie, że ilekroć tylko pojawię sie na fb, ciągle wypisuje, pyta sie jak tam. W porządku, ale co z dnia na dzień może się zmienić, żeby nie wiadomo co powiadać. Poza tym, kiedy mam wiele do zrobienia, męczy mnie wręcz to pisanie. A przecież czy on nie ma nic do roboty? Poważnie, bo ostatnio zajechał do mnie, czy nie zmienię sobie profilowego, żeby było jakieś pretty czy sexy zdjęcie... Że co ja się kurwa pytam? Andere Landern, andere Sitten... jest to człowiek niepoważny i nie wie, kiedy przestać żartować. Nieee, jakoś dużo uwagi czy nerwów mu nie poświęcam, bo mam ważniejsze problemy, ważniejszych przyjaciół.


A co słychać w pokoju 110? Nie tak źle, żyjemy sobie. Chociaż mamy teraz jakby częstszego gościa w postaci kolegi P. Nie mówiłabym nic, bo przychodzi do Kasi i jakby miał jakieś zamiary czy coś. Pomyślałabym, że to takie słodkie, piękne, że tak tylko do niej, dla niej, z nią, o niej itd. Ale wcale tak nie jest.. coś tam próbował zbajerzyć też moją drugą współlokatorkę Iwonę. A teraz znów przesiaduje u nas, że niby oglądają film, i co 20 min już siedzi bliżej, już nawet doszło go kładzeniu głowy na ramieniu.. jak można stawiać Kasię w tak niezręcznej sytuacji? zwłaszcza, że mu tłumaczyła, ,że chce się przyjaźnić TYLKO. Pewnie myśli, że ją "przekona" jakkolwiek. Mnie też zadziwia jego fenomen robienia licencjatu przez 6 lat, ale to chyba rozkmina na inny dzień. Sowieso oni to naprawdę podłe bestie. A biedne kobiety figurują tylko, jako pozycje do zaliczenia. Zaraz ktoś wniesie protest, że kobiety też nieźle się wyemancypowały, chcą równych praw i posiadania wielu facetów. A ja powiem inaczej: Świat się przewartościował. A ja się w tym nie umiem czy nawet nie chcę odnaleźć. Ale żeby nie było źle, to i Iwona się z kimś spotyka, wiec jej często nie ma. Ale to dobrze :) Tylko mogliby zostawiać mi pokój wolny, nie pogardzę. :D


Ogólnie od dłuższego czasu coraz bardziej marzy mi się własny pokój. Sama wybrałabym kolor ścian, byłby to pewnie jakiś lawendowy,plus róż i biel do mebli i dodatków ; meble mogłyby być nawet jakieś stare, z prawdziwego drewna, ale jeżeli nie, byleby pasowały kolorem. Powiesiłabym tablice korkowe , dałabym fototapety ze zdjęciami jakiś miejsc czy widoków. Byłyby kwiaty doniczkowe, może nawet lawenda, fiołki czy inne. W powietrzu unosiłby się zapach kadzidełek czy świec. Podłoga z jakiś starych dech, przykryta puchatym dywanem. Domyślam się, że uczyłabym się tam z przyjemnością popijając kawę, herbatę czy gorącą czekoladę. Ponadto, idealerweise mógłby znajdować się na poddaszu.


Poza tym jaram się i jednocześnie denerwuję wizytą w mieście B. Ale jedno wiem na pewno: przynajmniej mam na co czekać ten cały zjebany listopad i grudzień. I w końcu nagadamy się za całe miesiące, naśmiejemy. Chciałabym mu powiedzieć, jak sie cieszę, że go mam, że gdyby nie on i kilka innych bratnich dusz, to byłoby już apogeum smutku. Wyczuwałam, że kilka razy miał bardzo złe dni, a nie reagowałam. Nie kazałam mu ze swoich egoistycznych pobudek mówić o niektórych rzeczach, przez co nie mógł się wygadać czy zwierzyć. Ale czuję, że przez tydzień uda nam się poważnie porozmawiać.  Mam plan napisać mu to w liście w końcu "epistolae non erubescit" a zawsze łatwiej cokolwiek przekazać. A jestem jakby wyrodną przyjaciółką. I czasem nie wiem, czemu akurat my się tak przyjaźnimy, przecież zamiast mnie, mogła być inna laska. A jednak.. to przeznaczenie. W sensie to nie przypadek, że jednak wybrałam tę Alma Mater, zamieszkałam w internacie, który był "świadkiem" wielu radosnych, aż zanadto (znalazły się osoby, którym nasze wrzaski przeszkadzały- Funia? ^^) chwil, jak i bardzo smutnych, kiedy nie mogłam opanować ciężkich, gorzkich łez. Mimo wszystko nie wyobrażam sobie, że pewnych osób miało by nagle nie być, że znikłyby z powierzchni Ziemi. Wiele wydarzyło się smutnego, ale jeszcze więcej nas łączy. Tak musi być jak najdłużej.


Poza tym nauka.. idzie opornie rzekłabym. Ale idzie. Właśnie u Pani Ch podchodzę trzeci raz do Formulierungshilfen. Ale generalnie utwierdzam się coraz bardziej w fakcie, że nie daję z siebie wszystkiego. Że zasługuję na więcej. A nie chcę kuć się bezmyślnie, i czuję, że osoby dostajace lepsze oceny ode mnie, wcale nie mają aż takich predyspozycji językowych (czasem ciężko sklechcić zdanie czy z wymową problem). No po prostu wykują się i tyle. Dobra, może ja nie umiem mówić mega, super, hiper, ale denerwuje mnie, gdy ludziom podczas mówienia zawiesza się głos, zciszają ton, jąkają się jak ogłupiali, w rezultacie  nie rozumiem niczego i bulwersuję się. Rozumiem, jestem tego najlepszym przykładem, że można się denerwować, ale walczmy z tym (w moim przypadku, nadal leki) Ogólnie szukam sobie miejsc ucieczki przed nauką, a potem mam  wyrzuty sumienia. Ale wiecie.. kiedy się siedzi nad książkami przez 14 lat i nie robi niczego więcej, mózg ma prawo odmawiać posłuszeństwa. Czasem zastanawiałam się też czy to nie przez alkohol, który zabija szare komórki, ale teraz nie mam na niego czasu. Może również być to kwestia przetworzonej żywności.. co do tej sama już nie wiem, jak mamy się odżywiać, by nie zgłupieć i zbankrutować. I boję się, że nie jestem w stanie normalnie się uczyć..


Update: 30.11.15 MASZ ZAPROSZENIE NA DOMÓWKĘ U ANDRZEJA.


dobra, takie zaproszenie dostałam na fb, i mówiono jakby w radio o tej "inicjatywie" Ale tak poważnie, bo wewnętrznych walkach ze sobą poszłam na te Andrzejki. Spotkałam się z Moniką i trójką jej znajomych z Ustki. Zapowiadało się grzecznie, skończyło niekoniecznie. Zaczęliśmy na pizzy, wróciliśmy do mieszkania Moniki, zaczęło się lanie wosku i wódki. Chodziło za mną picie od kilku tygodni.. nadarzyła się jakby okazja (w końcu mówię sobie A, nie wychodzisz często.. ale też nie umiesz się bawić inaczej) potem pomysł wyjścia do jakiś ludzi na parapetówkę na Pola Mokotowskie. No ok, powiedziałam, ale przez całą drogę myślałam: Co Ty najlepszego robisz? Tą trójkę znasz od kilku godzin, kolejnych ludzi nie znasz wcale.. jak Ci się coś stanie.. kto pomoże? Ale poszłam, rozmawiałam z nową koleżanką K. Śliczna dziewczyna aspirująca do bycia modelką. Ma za sobą kilka sesji i pokazy na wybiegach. O dziwo, nie wiem, czy jestem tak dobrym słuchaczem i dostosowuję się do rozmówcy, czy wódka sprawiła, że rozmawiałam z nią na tematy, na których się nie znam.. również o życiu i wyglądzie. Nie wiem czy kłamała czy czuła, co chcę usłyszeć, ale powiedziała, że jestem ładna. Takie trywialne, a cieszy z leksza. Nie mówiła jak, Iza- że co mogłabym poprawiać u chirurga, za ile, że w chui make up'u.   Jak jej tak słuchałam, to myślę sobie teraz? na co ta lingwistyka? Gdybym tylko była ładna, trzepotała rzęsami i uśmiechała się słodko, kręciłabym mega hajsy, nosiła futra z norek, chodziła na kolacje z dziadami jakimiś..  a tak.. ani nie mam wyglądu ani inteligencji.. to smutne.. i wcale nie skupiam się na progressie na przestrzeni półtora roku.. ja wciąż widzę te jebane konstrukcje gramatyczne i słówka, które muszę opanować i takie, których nigdy nie poznam ani nie przećwiczę.. mam przed oczyma stosy słówek, kserówek i słowników.. i zero przyszłości i motywacji.. Null. Nie nadążam opanować bieżącego materiału, a już wysyłany jest kolejny. Opanowuje mnie taka złość i bezsilność, że mam ochotę jebnąć każdego takiego dowcipnisia-wykładowcę w łeb i powiedzieć: " Może Ty nie masz życia, ja chcę mieć choć trochę i się nim jakkolwiek cieszyć.. Przeraża mnie to uczenie się w nienaturalnych warunkach (he he pogadajmy sobie z Panią Polką po niemiecku, która dla przekory udaje, że polskiego nie umie, plus przerzuca na nas swoje humory), uczymy się gramatyk kontrastywnych i opisowych ze slajdów po niem/ang ohne irgendetwas zu verstehen. Serio, nawet po polsku się zastanawiam o co cho, a co mowa o tym. Listy w chui ze słówkami, zasady gramatycze, których uczę się na czuja, a tu mnie pytają dlaczego? yyy, bo się tak kurwa mówi zum Beispiel?? Że wszyscy znajomi uważają, że nieźle tam cisnę, a serio się będę bać rozmawiać z nativ'ami w grudniu? Chciałoby się powiedzieć, że to zły humor, ale to raczej stała tendencja. Tak więc mija sobie rok kolejny, wielkie analizowanie życia przy końcówce roku się zacznie. Nienawidzę poczucia bezsilnośći, bezużyteczności, braku sensu. Nie umiem go pokonać. Wciąż, nadal i niezmiennie. Jak to zmienić? Jak żyć? Co czynić?
" Ale przejdźmy do naszego melo. Posiedziałyśmy, wypiłam o 3-4 kieliszki za dużo, ale dałam radę wrócić. Na szczęscie odprowadzili nas dwaj koledzy Moniki, tak ,że na miejscu byłyśmy przed drugą.  Potem w mieszkaniu się zaczęła jazda.. ale wiecie, może nie brzmi to pochlebnie i właśnie stawiam się najchujowszym świetle, w sensie "co za upadek/melina itd" ale potrzebowałam resetu. I cóż, że rano się zdziwiłam, że moje ubrania leżały gdzieś poza zasięgiem mego wzroku.a ja sobie leżałam, jak na plaży (na szczęście nie nudystów)plus mam w telefonie czyjś numer, a przecież nikomu swojego  nie podawałam... jakby półprzytomna słyszałam nad swoją głową głosy: "Po co ona tyle piła, skoro zawsze rzyga" itp Ponarzekali, ponarzekali, ale pomogli. Najbardziej miłe było jednak usłyszeć, że gdy się pojawiłam, nastrój nagle się polepszył i atmosfera była ogólnie weselsza. Tak naprawdę nie zrobiłam niczego, nie sypałam sucharami z rękawa, słuchałam, śmiałam się, gdy było śmiesznie i w sumie tyle. Przecież ja nawet nie jestem optymistyczną osobą.. nie tryskam energią.. wewnątrz wręcz wyję do księżyca.. a jednak.  Zazwyczaj kiedy myślę, że mam iść w miejsce, w którym spotkam nieznanych sobie ludzi, odczuwam jakąś panikę czy niepokój.. Przyjaciele Moniki byli jednak bardzo w porządku. Teraz śmiać mi się chcę, że najbardziej czego się tego dnia obawiałam, to poznanie nowych ludzi. Zawsze mam wrażenie, że muszę być mega zajebista, wiecznie uśmiechnięta, ani śladu zmęczenia, perfekcyjny makijaż, na sobie najnowsza kolekcja z H&M i uśmiech z reklamy Colgate. To te pojebane reklamy, blogerki, generalnie Internet i ludzie sukcesu kreują takie modele. Do tego Pani od coachingu powie Ci, że masz objechać cąły świat, spełniać się, cieszyć każdą chwilą, mieć zajebistą pracę, faceta, nienaganną figurę.. tylko że mówmy o rzeczach realnych, ok? Bo takie wyidealizowane obrazki wprawiają takie osoby jak ja w depresję.. Rzeczywistość jest zazwyczaj inna. Tak więc zostałam zaakceptowana z zaskórnikami zakrytymi stosunkowo tanim podkładem, słabo wyregulowanymi brwiami i raczej nieimprezowymi ubraniami i pesymistycznym obrazem świata. Nikogo to nie obchodziło. Liczyła się chwila. Ale nieee, nie żałuję, wiadomo, wolałabym uniknąć jednej rzeczy, ale jak widać żołądek się bronił, a mi dojście do siebie aż tak wiele nie zajęło. Najgorsze jednak jest to, że chcę normalnie żyć, spotykać się z ludźmi, zbierać wspomnienia, a nie kuć jak dzięcioł po nocach, z perspektywą, że wiele mi to nie daje. Pamiętam rok temu, jak ledwo nerwowo dawałam radę, ciągle tylko: to nienauczone, tamto, jeju dwójka, jeju nieprzygotowanie i wieczna sraczka z nerwicą. Nie chcę tego, bo i ten licencjat na resztkach sił i skraju nerwów zrobię.


Ale dziś poniosłam konsekwencje swojego nieco lepszego trybu życia. Poszłam trzeci raz poprawiać te Formulierungshilfen. Spoko, pisemnie zaliczone, potem ustnie. Oczywiście nerwica Pani Ch wzrosła, gdy pomyliłam przypadki "Auf der einen Seite, auf der anderen" także ten.. potem się zaczęło, że czasem czasem mnie jeszcze słyszy na zajęciach, ale się nie aktywizuję. GOOD. Po pierwsze nie lubie się wcinać nieproszona, po drugie nie chcę pierdolić trzy po trzy, cztery wcale. Moje wypowiedzi są lakoniczne, kiedy nie mam pojęcia na dany temat. PROSTE. Pomijając fakt, że mamy osoby, które serio nic nie mówią. Ja obiecałam sobie, że będę cokolwiek na każdych mówić. Staram się przynajmniej. To takie fałszywe, niby stwarza pozornie milutką atmosferę, by potem móc Ci dojebać, gdy noga się powinie, że w sumie to ledwo Cię słyszy na tych zajęciach.. A co ja mam Ci kurwa powiedzieć? Że się w środku trzęsę i żywo gestykuluję, nawet jeżeli mam do powiedzenia AŻ CAŁE jedno zdanie? Zawiodła się Pani na mnie, ja na sobie cały czas. Zawsze coś niby umiałam, ale ciągle za mało, ciągle.


Poza tym każdego dnia dowiaduję się czegoś o sobie. Kiedy zajęcia się kończą, mam świadomość, że kolejne godziny będą poświęcone na przygotowywanie obiado-kolacji i odrabianie lekcji ze słuchaniem muzyki na spotify. Ale po dłuższej chwili pytam sama siebie: Do czego właściwie ja wracam? Do komputera? FB? jedzenia w lodówce? Do ciepłego koca i łóżka? No właśnie.. tutaj nie trzeba dużo pisać więcej, by wyciagnąć wniosek.


Ponadto poczułam potrzebę jeżdżenia do kogoś. Nie po zakupy spożywcze, do Rossmanna czy po piwo. Ta świadomość, że zaraz wysiądziesz na przystanku, a w jakimś mieszkaniu ktoś czeka z gorącą herbatą. To "robi sens" :P I nie masz poczucia straty czasu, jeżeli są to wyjątkowe osoby. Przecież za parę lat częstotliwość spotkań będzie tak mała, że trzeba teraz się widywać, rozmawiać, zbierać wspomnienia, przeżywać. To wręcz normalne i jak najbardziej zrozumiałe.


********************************************************************************************************************




"Było miło. Jak sobie tak pomyślę, to rzeczywiście było miło. Przez kilka głupich, przezroczystych, podartych już teraz na kawałeczki jak nieważne dokumenty, momentów. Chwil-paragonów. Przez chwilę rzeczywiście było miło."



Jakub Żulczyk"


****************************************************************************************************************************************










"Nie widziałem jeszcze ludzi, którzy spotkaliby się w dobrym miejscu życia. Takiego miejsca w życiu nie ma i być nie może. Zawsze zdaje się, że jest zbyt późno czy zbyt wcześnie; że zbyt wiele doświadczenia albo że zbyt mało. Zawsze coś stoi na przeszkodzie."



Marek Hłasko "Ósmy dzień tygodnia"


********************************************************************************************************************


"Jestem zmęczony, szefie. Zmęczony wędrówką, samotnie jak jaskółka w deszczu. Zmęczony tym, że nigdy nie miałem przyjaciela, żeby powiedział mi skąd, gdzie i dlaczego idziemy. Głównie zmęczony tym, jacy ludzie są dla siebie. Zmęczony jestem bólem na świecie, który czuję i słyszę… Codziennie… Za dużo tego. To tak, jakbym miał w głowie kawałki szkła. Przez cały czas."  właśnie tak :/



Zielona Mila 


"UPDATE 5.12.15 z lenistwa nie otwieram nowej notki, bo i na nią nie mam jakoś weny.


Wczoraj pisałam jeden z najprzyjemniejszych sprawdzianów od dawna. Łacina. Umiałam i powinnam mieć dobrą ocenę. Wiadomo, Go to ja zawsze i chętnie pomogę, ale musiała się dosiąść. Ona. Blondyna. Trzepocze rzęsami, głupkowato na mnie patrzy: Nie będziesz miała nic przeciwko, jeżeli będę patrzeć na Twoją pracę?" Oczywiście, że kurwa miałam. Miałam i to dużo. Ja kurwa się jebanych koncówek deklinacji uczyłam na pamięć, a zawsze zjebywałam na 3/3+. Uczyłam się, podczas gdy ona pindrzyła się, czy balowała. Taaak, buzuje we mnie nienawiść do tych wszystkich pięknych, bezmózgich lasek. Przecież my mogliśmy korzystać z internetu, notatek, konsultować się. Tymczasem nasza pusta głowa jedne co, to potrafiła chamsko rżnąć z mojej pracy. Oczywiśście, wiem to śmieszne, przecież to tylko łacina. Ale dla mnie to znaczyło więcej. I co było najlepsze? Że ona, perfekcyjnie umalowana, nienagannie ubrana nie wykraczając  poza trendy, ogólnie przyciągająca wzrok była zależna ode mnie. Mogłam jej podsunąć wszystko, bzdury z uśmiechem na twarzy. Po raz pierwszy byłam ta lepsza. Cóż, że w dresach, jakiejś chujowej bluzce totalnie niepasującej, bez makijażu, który mi wiele nie daje. Taaak, to było coś innego. Byłam wówczas taka w chui mądra. Czułam się taka ważna. Sama dla siebie chociażby. Długopis sam pisał, co miałam w głowie. Swoim błagalno-srająco na pustyni-pornosowym głosem powiedziała, że wisi mi co najmniej czekoladę. Odpowiedziałam spokojnie, że w porządku, że lubię jeść, jakby to było dla mnie takie oczywiste, że dla niej, za darmo tego nie robiłam. Wiem, jestem suką.








to risk/ Risiko eingreifen/ riskieren 2015-11-19

W ciągłym biegu, braku wytchnienia i zadumy nie zdajemy sobie sprawy z niebezpieczeństw na nas czyhających i tego, że każdego dnia nieświadomie podejmujemy jakiegoś rodzaju ryzyko. Przyjmujemy wstawanie, chodzenie do pracy czy szkoły jako  pewnik, że skoro tak było wczoraj i dziś, będzie również i jutro. Kilka dni temu dowiedziałam się, że pod akademikiem zaatakowano jednego z moich znajomych. Grożono mu nożem, oddał pieniądze, telefon, uszedł cało z tej potyczki. Ciężko pojąć mi rozumiem, że przyjdzie mi się bać miejsca, w którym mieszkam od ponad roku. A przecież cały czas się kręcę po tej okolicy i całkiem ją lubię, choć na początku po zlożeniu dokumentów z przerażeniem czytałam, jakie to są najbardziej niebezpieczne dzielnice stolycy: PRAGA PÓŁNOC.. MOKOTÓW..  czytałam w myślach.. Przecież jeżeli nie trafi się na jakąś patolę, akademik może być bardzo przyjemny ( co nie znaczy czysty), jednak nie wszystko jest takie proste, a zwłaszcza w dużych ośrodkach miejskich. Oprócz już wymienionych korposzczurów, studenciaków, szarych pracowników mamy jeszcze żulerię i zwyrodnialców. Kein Wunder tych ostatnich boję się najbardziej. Wówczas myślę: Kurde, przecież to ja mogłam iść wtedy do akademika. Przecież było tyle "okazji", a to z pracy wracałam po 23, a od Kate po drugiej.. nie zdawałam sobie sprawy, że ich mein Leben so viel aufs Spiel gesetzt habe.. przecież mogła stać mi się taka krzywda, że potem leczyłabym się długo u psychologów.. nawet nie umiem porównać, czy psychiczna czy fizyczna jest gorsza.. krzywda to krzywda.... I tak więc muszę się liczyć z tym, że to, że wyszłam poza akademik, nie oznacza, że do niego wrócę.. nic nie jest oczywiste, a wszystko takie względne. Wszystkim rządzi fart, zbieg okoliczności, czasu, miejsca, osób. A wystarczy ułamek, chwila i nie ma niczego..


tjaaa, tera to by się jakiś facet przydał (sztuki walki, wysportowana sylwetka bardzo pożądane^^ )- nieee, nie pomyliłam mojego klasycznagorzka z portalem randkowym, co to, to nieeeee. Choć dziś mówiłam--- wait, starałam się wydukać  Pani Ch o interpalsie. A ta zajarana pyta mnie, czy to portal randkowy. Na co ja, zależy co kto czego szuka, ale raczej nieeeeee (kurwa, nawet w krótkiej odpowiedzi zapomniałam wtedy o rekcji FUCK IT) Ona to ma.. yyy pomysły.


Kolejne "ryzyko" to kwestia bagażu. Tjaaa, bo się nie pochwaliłam. Sylwestra w tym roku spędzam inaczej, daleko (no dobra,to daleko to takie względne, ale dla mnie i tak bardzo) i zagramanicą.. no czuję się, jak babcia 60-letnia, która rozpoczyna naukę angielskiego, bo przecież teraz wszyscy gdzieś jeżdzą, a ja tak z dupy niekoniecznie. I wiecie, stres, że sie nie dogadam.. ach mój (nie)perfekcyjny niemiecki po 5 latach uczenia z łaski Bożej, plus różnice kulturowe. A mam tam poznać znajomych Szanownego, więc tym bardziej na przypale. Pewnie będą na mnie patrzeć, oceniać, wychwytywać błędy i myśleć "Ale chujowa ta Polka" No i będzie beka. Ale w końcu zobaczę coś nowego, coś innego. Nie chcę się napalać na razie, bo lepiej się zaskoczyć mile niż rozczarować. Tak przynajmniej podchodzę do wielu rzeczy w swoim życiu. I do meritum: Wracam potem sama polskim busem i ogromnie się boję przeczytawszy niektóre komentarze ludzi, że zwyczajnie ktoś mi ukradnie torbę, pomyli i że będzie za ciężka i nikt jej nawet do luku bagażowego nie przyjmie. I znów zamiast cieszyć się samym pobytem, będę się cholernie martwić tą drogą. Opinie ludzi na portalach są bardzo różne, często sprzeczne. To nie jest powiedziane, na jakich ludzi trafię, wiec ciężko stwierdzić. Ale już teraz  drżę w środku na myśl, że ktoś mógłby mi go ukraść, a ja nawet nie mogę dociekać praw, bo przecież przewoźnik nie odpowiada za pozostawiony bagaż...


Kolejna sprawa i z tym związane ryzyko to egzamin z POWI (Podstawy Własności Intelektualnej), nie mój egzamin, koleżanki. Jest obecnie w Stanach. Musi go właśnie zaliczyć, by zakończyć pierwszy rok i mieć uznany urlop dziekański. Musi to zrobić za tydzień równo. Fizycznie jest to jednak niemożliwe. Dlatego poprosiła mnie o pomoc. Tak, wiecie dobrze jaką. Ile razy słyszy się ludzi, jak wspominają swoje studenckie czasy, jak podstawiało się obcych ludzi, brata bliźniaka czy kogoś spoza uczelni. No ubaw po pachy. I szkoda mi jej, że tak po prostu mogą jej zmarnować 2 lata przez głupie POWI, gdy dziewczyna ma średnią powyżej 4.5. Jest najlepsza z nas. Ku temu nie mam wątpliwości. I z jednej strony mi jej szkoda cholernie (choć nie dałabym ręki sobie uciąć, że zrobiłaby to dla mnie w tej sytuacji), ale z drugiej: A co jeżeli poproszą mnie o legitymację przy oddawaniu pracy? Wprawdzie przy spotkaniu adaptacyjnym i potem na drugim terminie rok temu tak nie było.. na sesji czerwcowej owszem. I co wtedy? Wyjebią nas obie na zbity? Afera na całe UW? mieszanie rektora czy innych tam organów "władzy" na uczelni ? Na dobrą sprawę to jest łamanie statutu.. jakby przestępstwo.. Wprawdzie już kilka egzaminów tutaj pisałam na tym wydziale i obywało sie bez legitymowania, tak nie można być nigdy pewnym, przecież mają do tego prawo. I co wtedy? Wyjebongo w połowie 2 roku? W połowie drogi.. bez licencjatu (który w istocie nie daje zbyt wiele) wprawdzie nie pałam miłością do tego wydziału czy studiów (choć lepszych dla siebie nie znalazłam na tamten czas) ale nie mogę dać się wywalić tak łatwo.. i znów tak, wiem, każdy dba o swój tyłek, nie oszukujmy się.. nie wiem.. ale szczerze skłaniam się ku odmowie..


'Hello from the other side.. ... 2015-11-16

elo, elo 3.2.0.                                                                                                                                                                                                     Ano mi się zeszło trochę zanim cokolwiek napisałam, ale robię to w przerwie przed 'American Culture Club' tjaaa w końcu żem dołączyła do czegokolwiek. Ma z nami to babka od academic writing. Dotyczy on jak sama nazwa mówi kultury, stereotypów, stylu życia w US. Trochę lipa, bo na pierwszym spotkaniu były 2 osoby. Ja i jakiś gosciu, więc w przeważającej części mówiła ona. Ja przepraszającym tonem tłumaczyłam się, że ciężko jest zdefiniować tą kulturę, że identyfikujemy jakieś iconic features danej kultury, ale na to składają się różne rzeczy blah blah blah i że w sumie to przyszłam tam z ciekawości i dla przypału (No kurwa, w końcu nie codziennie jest okazja porozmawiać z Amerykanką i się 'wyluzować' pozornie, bo ja tam obsrana siedzę, wytężam słuch, wzrok, bez węchu by wyłapać o co jej chodzi). Ale było sympatycznie :D Jaki wykładowca przynosi Ci delicje, chipsy i picie na zajęcia? Robi z Tobą selfie i ciśnie bekę? :D Jest przesłodka. Ale to jest kwestia innej mentalności. Tylko i wyłącznie.


Wiele chciałam napisać, ale chyba najwyższy czas spisywać to wszystko w jakiś zeszyt, myśli takie na bieżąco są spontaniczne, najlepsze niż potem po czasie odtwarzany tok rozumowania i odszukiwanie wniosków, skojarzeń czy kontekstów z danej chwili :D I wiecie, zawsze sobie myślałam, co chciałabym umieć czy móc się kiedykolwiek nauczyć. Na przykład rysować. Może byłoby mi łatwiej zrobić jakiś fajny makijaż, ale nie kurwa nie mam takiego zmysłu artysty, łączenia kolorów ani nic. Czy chociażby pisać. Pisać w takich sposób by wzruszać, pozwalać w moich słowach odnajdywać ludziom ich samych. Czy jedzić na łyżwach. Byłam raz i się popłakałam prawie, bo ni chuja ogarniałam. Dance hall wydaje się być fajną sprawą. Mam tyłek nieco za duży (szkoda, że nieumięśniony :P ) Ale nie czuję raczej rytmu, nie mam świadomości swojego ciała. Ciężko byłoby mi czuć się swobodnie, bałabym się, że takie moje wyginanie wyglądałoby lubieżnie czy coś.


mhm noch etwas? Środy w środku tygodnia powinny być zawsze wolne. Weekendy w tygodniu. Ale to właśnie bardzo potrzebne i beneficial I właśnie dlatego postanowiłam jebać to wszystko i poszłyśmy z Moniką do zoo. Jak małe dzieci. Było bardzo w porządku, choć spodziewałam się jak na stolycę czegoś "wyjebanego w kosmos" W końcu tutaj wiele rzeczy jest takie, jak ogromna liczba ludzi pt "wyżej sram niż dupę mam" Taaaak, bez kitu, nie będę tutaj mieszkać w przyszłości. Nie zniosłabym tej corporated culture :D Zawistnych wzroków, chamstwa i wszystkiego tego, co opisuje Piotr C (który nie ma odwagi ujawnić nazwiska, bo jest złamasem) środowiska prawników. Ludzie wykształceni, znający przepisy, budzący respekt wśród spółeczeństwa. A tymczasem sytuacje tam przedstawione to tylko seksy (naturalnie każdy z każdym,), ekskluzywne restauracje, garnitury szyte na miarę i drogie szampany. Brzydzi mnie ten świat tam przedstawiony. Ale abstrachując od tej książki już nawet (strata czasu nie polecam nikomu) czuć tutaj, takie buractwo, nowobogactwo, no wieś gorsza niż moja czasem. I Ci ludzie (taaaak, nie wszyscy, żeby nie było) myślą, że ukryją to pod warstwą makijażu czy ciuchów od Louis Vitau(??). Oczywiście mamy też takich studenciaków jak ja, łudzimy się wszyscy, że opłaci się nam wybór tego miasta. Że przetrzymamy na kanapce z nożem, światłem w lodówce, za ciasnym pokoju i ujebanej łazience w akademiku przez 5 lat. I że potem dumnie odbierzemy nasze tytuły, a praca będzie sama za nami biegać i że wszyscy będą się zabijać o to, byśmy tam akurat pracowali. Nie. Właśnie taki chuj. Im dłużej się żyje, tym bardziej się rozumie realia i mechanizmy rządzące tym wszystkim. Przynajmniej w moim przypadku nastąpiło zderzenie z rzeczywistością (mocniejszy niż ostatnie zderzenie z metalową bramą akademika), porzucenie marzeń (o ile jakiekolwiek istniały) i wszelakich planów. Porównywanie się z innymi. Bo ciągle ktoś umie/ma/osiągnął coś więcej. Taki victious circle. I śmieszą mnie Ci 'badacze języka' Potrafią opowiadać bardzo naukowym językiem o sprawach banalnych, takich do których normalnie się nie przykłada wagi, uważa się je za pewniki. Przykładowo formy adresatywne i jak do siebie mówimy.. no może gdybym była obcokrajowcem interesowałoby mnie to przeogromnie, ale nie chce mi się słuchać, że zwracamy się np używając nazw zwierząt: kotku; jedzenia: pączuszku (a może od razu baleroniku? ) itd. Ale ciekawym było, że we Francji mówi się /fon. mąszu/- 'kapustko" :D Ale do meritum: Im więcej się uczę tym mniej wiem. Tłumaczami są the best of the best. Wiem, że nigdy taka nie będę. Zawsze byłam przeciętna. Nigdy najsłabsza, nigdy jednak nie mówiłam tempem zawrotnym jak karabin maszynowy. Radziłam sobie jakkolwiek. Staram się wiedzieć coraz więcej, ale to jest taka syzyfowa praca, że o cie chui. Brak mi już motywacji, czas jakby mam. Wymowę w porównaniu z rokiem ubiegłym lepszą, znam więcej słówek. Ale gramatyka robi mi ostatnio wodę z mózgu, choć jest wykładana w bardzo  "estetyczny" sposób let's say. Nie oczekuję już niczego od tych studiów. Mal sehen.


Ponad to, o dziwo zaliczyłam nieszczęsnego Ludwiczka. Na szczęscie cząstkowe nie przesądzają niczego, więc gitara. Więc mam nadzieję pocisnąć na egzaminie końcowym. I ostatnio nie denerwuję się aż tak wiele. Zmuszam się do wychodzenia gdziekolwiek, no matter how przybijające i upokarzające jest zwalanie się na głowę ludziom. I co u moich ludzi? I walczy z Ojropą. Do Li muszę napisać by zaktualizować dane. Marlenka ma jakieś ekscesy z chłopakami z czatów. Beka. Go w tej chwili ma zajęcia z dziećmi, które ostatnio ją wykańczają, ale jak zawsze nie zwalnia tempa. Ostatnio powiedziała cos takiego, że nie wiedziałam co powiedzieć. Gdy mnie poznała rok temu (taaaak, rok nam wybił) nie była pewna czy się przyjaźnić ze mną, bo byłam nawiedzona nieco na tą naukę, że za wszelką cenę trzeba itd. Obiecała sobie, obrała to za misję by mnie wyciągać do ludzi, bym nie była taka zdziczała. Cóż, czasem twierdzę, że jestem jak lisek "Z Małego Księcia" mnie się zwyczajnie z czasem oswaja. :D i że gdyby nie ja, nie miałaby po co przychodzić na ten wydział, ani z kim rozmawiać i ogólna stypa. To było piękne, bo jesteśmy tak całkiem inne, że rok temu czy może i z pół nie dałabym sobie uciąć ręki, że się tak zżyjemy. Wprowadziła mnie do kręgu swoich znajomych, pokazała, że jest wiele innych rzeczy niż sama nauka, jest przyjaźń, wspólne spędzanie czasu, śmiech, łzy, ciepło. Czyli cała gama uczuć, które są tak potrzebne by nie stać się głazem, rośliną czy tylko atrapą człowieka. I tak się właśnie dobrałyśmy: rozum i serce.


*********************************************************************************************************************


"Tak długo będziesz sama sobie łamać serce w związkach z ludźmi którzy nie są adresowani do ciebie, że aż, któregoś dnia, pęknie ci serce, a pękając, równocześnie, otworzy się. Wtedy, poprzez ból, który z czasem opadnie jak kurz po zburzeniu ściany, dostrzeżesz siebie i zrozumiesz czego potrzebujesz. " "he he- odpowiedział mój wrodzony cham- masz na to i  mhm jakby około 60 lat, czas start...."


*********************************************************************************************************************


"Jestem jak Alicja z deficytem czarów, która rośnie lub kurczy się nerwowo, jeśli coś dzieje się w jej życiu nie tak. Tchórzliwa dziewczynka w za małych butach i za dużej sukience." — Sywia Chutnik" DEFINITELY

 

**********************************************************************************************************************


"Jestem zmęczony, szefie. Zmęczony wędrówką, samotnie jak jaskółka w deszczu. Zmęczony tym, że nigdy nie miałem przyjaciela, żeby powiedział mi skąd, gdzie i dlaczego idziemy. Głównie zmęczony tym, jacy ludzie są dla siebie. Zmęczony jestem bólem na świecie, który czuję i słyszę… Codziennie… Za dużo tego. To tak, jakbym miał w głowie kawałki szkła. Przez cały czas." Zielona Mila"

20:02 tego samego dnia

Wróciłam z tego klubu. Dzisiejszym tematem spotkania były stypendia w US. Była nasza pani od pisania i jej kolega z tego samego programu wymiany. I wiecie, mówili o wielu rzeczach takich jak ubieganie się o to, pisanie application form, nawiązywanie kontaktów z profesorami i finansowanie. Oczywiście jak przystało na Amerykanów były pełni energii, nadziei, podekscytowani, wierzyli, że to, co mówią ma sens. Wszystko ładnie, miło ale dla mnie brzmiało to jak jedno wielkie kłamstwo podane w bardzo przejrzystej i przyjemnej formie. Like just an American dream. Wszyscy nagle Ciebie chcą na tych ich uniwersytetach, że masz tylko napisać czemu jesteś awesome. Super kurwa rzekłam w myślach. Oni od dziecka mają wpajane, że są wyjątkowi, dobrzy, że każde może coś osiągnąć tylko muszą próbować, stawiać małe kroki. Ba, nawet testy mają inaczej formułowane: ich testy wyciągają tyle, ile w rzeczywistości wiedzą, nasze zaś podkładają Ci kłody pod nogi i obyś się chuju wypierdolił (przykładowo dawanie 2 błędnych ale łudząco podobnych odpowiedzi do tej poprawnej. Myślisz, że wiesz, że się nauczyłeś a tu taki chui. Dostajesz oczopląsów, mózg Ci wybucha i w skutek czego i tak zaznaczysz źle) A potem idzie taka pielgrzymka na poprawę, a na studiach funduje wakacje wykładowcom. No i siedzieliśmy i słuchaliśmy.. smutni i biedni Polacy podczas gdy weseli, dobrze ubrani Amerykanie opowiadali o super możliwościach, stypendiach zewsząd i doświadczeniu i zajebistej świetlanej przyszłości, ale gdzie kurwa pytam sama siebie. Ja to jestem chyba najlepszym reprezentantem tejże naszego narodu: narzeka, boi się wyjechać, wszystko dziadowskie i oby najtańszym kosztem. Na szczęście jeszcze nie kombinuję i chachmęcę i nie kradnę. Heh, idę coś zjeść, bo gwiazdorzę :P Ale z drugiej strony.. smutno mi Boże, mam zawsze wrażenie, że takie rzeczy są dla wielkich wybitnych osób. Nie, nie chcę by pisał ktokolwiek o mnie w jakimkolwiek artykule, pokazywał w telewizji, ale miło byłoby znaleźć się w gronie tych mądrych, wybitnych osób. Mieć coś do powiedzenia oraz dziedzinę, w której się serio odnajduję.. I am emotionally drained...





























Najgorzej 2015-11-04

Kurwa, drugi raz piszę tę notkę. Dzień zaczął się strasznie. O dziewiątej obudziłam się z koszmaru. Śniło mi się, że byłam w ciąży.To dla mnie jest już dramat, ale to jeszcze tam nie było najgorsze. Z kimś z kim może i kiedyś bym powiedziała 'spoko'. Najgorsze było to, że miałam tej osobie urodzić to dziecko, by mogła je wychowywać z kimś, z kim powiedzmy, jakby nie byłoby to możliwe. To był cholerny ból. Jebany sentymentalizm.  Nie mogłam się tam z tym pogodzić, choć cieszyłam się, że to takie "wspólne" dziecko. Schiza, co nie? Czasem tracę pewność do co swego zdrowia psychicznego.. tutaj logika nie ma miejsca.


Na zajęciach nie miałam siły czegokolwiek mówić, więc grałam swoją stałą rolę człowieka rośliny. Obok Go skwierczała mi na temat au-pair, stypendiów, wymian itd. Ja rozumiem, ona się na to jara wszystko, ale mnie to dziś wkurwiało, więc usmiechałam się i grzecznie potakiwałam, myśląc by przestała. Uwielbiam ją, ale mi jest w chui przykro tego słuchać. Ja wiem, że dla mnie to wszystko jest niemożliwe, odległe i obce. Że hajsy, że daleko i że nawet tutaj, w tym mieście jestem sama, a co mowa w jakimś obcym kraju. Chodzi za mną chlanie. Choć szkoda mi czasu i hajsu, więc chociaż tyle dobrego. Mogłabym się z kimkolwiek zobaczyć, ale po pierwsze trzeba odpowiadać na pytanie :co u Ciebie? CHUNJIA, KOCHANIENKA, CHUJNIA .Nie chcę kłamać i tak żyjemy w zakłamanym świecie. Dlatego nie odzwaniałam do domu nawet.  Potem muszę wysłuchiwać historii życia innych ludzi, jakie mają zajebiste plany na przyszłość i wiele innych rewelacji. Cudne związki, udane wakacje, porażające wyprzedaże i tym podobne rewelacje.  Męczy mnie to. Duszę się, coraz bardziej. Więc jak tu rozmawiać bez alkoholu. No nijak. Ba, chyba musiałabym na nowo nauczyć się rozmawiać z ludźmi..


Poza tym zawaliłam jedno kolokwium, na drugie piątkowe nie umiem nic i wprawdzie mam jeszcze szansę, ale czy moje życie zmieni się diametralnie jak dostanę 5 czy 3 u Ludwiczka? Nie, ni chuja. Poza tym odprowadzając Go, jebnęłam sie w głowę. Było ciemno,  bo odwróciłam się zbyt gwałtownie i poczułam przeszywający ból. Ktoś się zatrzymał, chciał mi pomóc, powiedziałam, że wszystko jest dobrze, ale takim głosikiem, który mówi zupełnie co innego. Zrobiło mi się niedobrze i zakręciło w głowie. Na chwilę usiadłam na jakimś betonie.  Teraz jakby mnie bolała, ale zmądrzeć jakoś nie zmądrzałam.  Już wiem, że będę miała bardzo stylowego siniaka na czole. Ciekawa jestem czy posypią się pytania czy bije mnie chłopak czy jednak w domu.. no mal sehen. To trzeba być mną i mieć kurwa takiego farta. Kiedyś uderzyłam nosem w ten słupek ze znakiem  i zastanawiałam się czy jest już złamany czy nie.. nie był, ale i tak wygląda chujowo. Nie mam siły. Najgorzej. Mam gdzie spać, jestem zdrowa, jak to pan Leszek mówi jestem 'na Uniwersytecie' ale to wszystko jest tak puste i pozbawione sensu, że aż brak mi odpowiednich słów by to należycie oddać. Najgorzej, bo zdrowie psychiczne jest najważniejsze chyba.  Bo gdy się w środku czujesz beznadziejnie, to jak masz mieć siłę poznawać nowych ludzi, ruszyć z czymkolwiek, mieć chęć żyć, rozwijać się. To wydaje się być błahe, ale czuję po sobie, że potrafi to rozpierdolić wszystko. I serce Ci pęka, kiedy komuś spełniają się Twoje marzenia, uśmiechasz się, kiwasz głową z uznaniem. Płaczesz patrząc bezradnie w okno, słuchając wolnych, smutnych piosenek. Zmieniają się tylko pory roku. Ty nie. 


Kochana I myśli, że to tylko kwestia złe dnia, doła, ale jeżeli to Cię trzyma od ponad dwóch lat to chyba przybrało już poważniejszą formę.. a wzięło się z pesymizmu i Weltschmerz'u. Niestety potem pojawiają się różne czynniki, które sprawiają, że jesteś właśnie taki a taki. Głupie patrzenie (urojona pogarda) pojebanych dzieci z podstawówki, burza hormonów tych samych pojebanych dzieciaków oceny, oceny, oceny, kolejna 'elitarna' szkoła z której trochę jestem w sumie dumna, ciśnienie, ogromne ciśnienie w ogólnie niewymierne do wyników, te cholerne matury, zmiana miejsca zamieszkania. W międzyczasie wszystko inne internat, dom, obserwowanie siebie, innych ludzi, pytanie siebie,na kogo chcę wyrosnąć. Z jednej strony wpływy, jakieś wartości, z drugiej środowisko ich całkowicie pozbawione. A,  jako grzeczne dziecko nie wychodzi poza schematy, nie czuje, nie zbiera doświadczeń, nie ma zainteresowań, nie jeździ, nie poznaje, trzęsie się wewnątrz jak osika na wietrze. Teraz sobie miło zbieram plony tego wszystkiego. A raczej bezradnie patrzę, jak mi czas przecieka przez palce... co musiałoby sie kurwa stać bym przejrzała na oczy? mocniej uderzyć się w głowę?


Potem odkrywam, że kiedy bierze Novemberblues, lubię jeść. Jak wspomniałam przytyłam tak z 2-3 kg i czuję lekkie obrzydzenie dlatego robiąc wczoraj zakupy stryktycznym okiem oceniałam czy rzeczywiście muszę daną rzecz jeść czy nie. Przyzwyczaiłam żołądek do sporych porcji i teraz czuję taki niedosyt, ale podobno małe posiłki są lepsze, tyle że częściej. Tylko co takiego sprawia, że czujemy się lepiej kiedy tak sobie jemy? Z jednej strony to taka nagroda: zjedz sobie  batonika, miałaś słaby dzień, należy Ci się. Ja jednak zauważyłam, że kiedy jem i ciepły posiłek przemierza sobie przełyk itd to jest tak ciepło, na sercu, na duszy.. prawie jakby ktoś właśnie Cię przytulał. W skutek czego przynajmniej na chwilę czujesz się psychicznie lepiej (choć wiadomo, co na dłuższą metę jest skuteczniejsze :p )  Wiem teoria z dupy, ale to jest ciekawe całkiem.


I tym sposobem, jak ciągle smutno mi Boże :/


"Zdecydował się zmienić tryb życia na trochę weselszy, chodzić na piwo z kolegami z bursy, (...) śmiać się bez powodu i oglądać w kinie nudne, niewiarygodne historie, a przede wszystkim nie umierać z miłości." Jaume Cabré "Wyznaję" --> dobrze by było.

**********************************************************************************************************************


"Wszyscy strasznie spinamy się, aby być jacyś. Codziennie rysujemy siebie, dolepiamy do siebie klejem kolejne kartki, zdjęcia, wrysowujemy się w ramki, aby poczuć że jesteśmy czymś więcej niż imieniem i nazwiskiem."



Jakub Żulczyk, "Radio Armageddon"



Quasi 2015-11-01

To ja. Ta sama,  jakby bledsza, smutniejsza aaa i od września o 3 kg cięższa (jak to możliwe to ja kurwa nie wiem). Moja jakby zawrotna kariera na studiach jakoś leci, np obniżone pół oceny z prezentacji za wymowę, czy wieczne obsraństwo na konwersacjach , a przecież wiem, że mamy tu osoby, które ekhem.. czasownika wciąż nie odmieniają.. więc nie powiedziałabym, że wymowa jest tutaj mega kluczowa, ale ok. Głód w końcu ma niemiecki dyplom więc wie lepiej, a to, że jesteśmy w polskich realiach, tutaj na naszym pięknym, opisywanym w gazecie i w radio wydziale, to inna sprawa. Już kurwa can't wait jak będzie Unternehmenspresentation.  Zukunft taki pewny. Już to czuję. W sumie to może zapełniam sobie czas, dumnie korzystam ze zniżek studenckich. Życie jak w Madrycie. Yell Plus doliczmy unikanie wzroku pani na konwersacjach i inne bardzo "budujące" i "motywujące" rzeczy które sama sobie na własne życzenie robię. Bo po co inaczej. Przecież lepiej tkwić w tym i narzekać. Ale przecież to jest jak bezpieczna kryjówka i złudne poczucie bezpieczeństwa a zarazem frustracja i Weltschmerz.


Żeby nie było tak dramatycznie przeżywam też dobre rzeczy. Np urodziny Kate. Biedna, niczego się nie spodziewała, ba nawet ja sama nie do końca tego że dnia czaiłam, gdzie o danej godzinie jakby mam być. Ale jak konspira to konspira.  Na początku nie chciałam się przebierać ani nic, ale Is zrobiła creepy make up, który jej się bardzo dobrze udał. Wgl jak na nią popatrzyłam (a nie mogłam oderwać wzroku, nie żeby coś :p) , pomyślałam, że w żadnym stopniu, procencie nie przypominam kobiety. Zawsze przy niej i Blondynie maleję. Że one patrzą na mnie obie z politowaniem. Myślałam, że się popłaczę widząc swój marny stan szafy i zaskórniki na całym 'ryju' i "zajebiste" zdolności w make up'ie. A dziś żeby nie było tak cudownie to zauważyłam rozstępy na prawym pośladku (tak, wiem, mogłam sobie darować dokładną lokalizację, ale trudno), także już w 20r.ż zaczynam brzydnąć. Das freut mich sehr :/ tak, nienawidzę musieć się oglądać. Zaraz ktoś się odezwie: ojej wszyscy mamy jakieś kompleksy, trzeba zaakceptować, pogodzić się, pracować nad nimi blah blah blah.. mam wrażenie, że moje ciało to  składanka niepasujących do siebie części.. i wówczas rację miałaby Karolina, że jestem taka nieproporcjonalna jeżeli chodzi o budowę.


Ale miało być o Kate. Była mega zdziwiona (pomijając fakt, że przestraszyła się nas, cofnęła i zakrzyknęła "kurwaaaaa") to cieszyła się bardzo. Nawet ja się ciut wzruszyłam, bo moje urodziny wszystkie takie same i chujowe. Klimat halloween, więc i nie obyło się bez dekoracji, nie powiem bardzo przytulnie. Jak w domu. Nie moim oczywiście, tylko tak ogólnie. Siedziałyśmy, rozmawiałysmy, przez 1,5h to opadały emocje i dziewczyny opowiadały o organizacji tego wydarzenia, piłyśmy wino. Osoby dla Kasi w tym momencie najważniejsze. To bardzo miłe, to jakby zaszczyt, że znalazłam się wśród nich.  Wprawdzie znałam tak ze słyszenia te dziewczyny, były miłe, uśmiechały się, to miałam wrażenie, że robię coś źle. Że powinnam własnie być mega zabawna, rezolutna. Tymczasem siedziałam, słuchałam, uśmiechałam się (o ile ten wyraz twarzy kota srającego na pustyni można uznać za uśmiech)i dusiłam w środku. Ciężko mi jakoś się ustosunkować do nowych ludzi, skoro nie mamy wspólnego 'background'. Poznawanie na nowo męczy mnie. Najlepszą opcją było więc słuchać. W sumie to ktoś mi mówił, że jestem dobrym słuchaczem. Niby miło fajnie, ale czekałam na rozwój akcji. I wtedy zarzucono pomysł "Karaoke" Głupio przyznać, ale nigdy wcześniej nie brałam w tym udziału. Na szczęście nikt nie zwracał większej uwagi, że wyłam, więc spoko/ It surely diluted the vibe. Więc gitara. Zostałam na noc, nie chciałam wracać do akademika. Dziewczyny wyjechały do domów, a ja sobie obecnie siedzę jak dziad, więc nie było sensu wracać, a dzięki uprzejmości dziewczyn mogłam zostać. W pewnym momencie to myslałam, że wyszłabym na spacer, szlajała się pijana nocą przy blasku latarni. Albo, że chętnie pozwoliłabym ogłuszyć się elektroniczną muzyką w jakimś klubie czy też odpłynęła leżąc na łóżku, patrząc w sufit. Ale jak wiadomo, to było święto Kate, co jest jak najbardziej zrozumiałe, to ona była w centrum uwagi, zasługiwała na to. Nawet playlista była tworzona na podstawie tej w spotify i yt. Mimo wszystko cieszę się. Mamy zdjęcia, filmiki. Są pamiątki, trzeba mieć, co wspominać itd.


Następnie sobie grzecznie wróciłam do akademika, wysprzątałam jak nigdy pokój, coś jakbym się za lekcje chciała wziąć, ale idzie to tak sobie. Łoooo jaka schiza, o 19;06 patrzę w niebo i ni stąd ni zowąd coś jakby spadająca gwiazda czy co innego. Wow, dosłownie ułamek sekund. Szkoda, że nie byłam na dworze. Nie, nie zdążyłam pomyśleć żadnego konkretnego życzenia. 











" Biedna dziewczyna. Wmówiła sobie że jestem jedynym człowiekiem na świecie który       byłby w stanie dać jej szczęście. A tymczasem mam tak mało do zaoferowania. Biedna dziewczyna. Trwała przy mnie bardzo wiele lat. I zdaję sobie sprawę jak wiele straciła. Na litość boską, uparła się że miłość zwycięży wszystko. Nie kurwa, nie zwycięży"  -------> story of my life normalnie: bieda pod każdym względem: emocjonalnym, ekonomicznym i wiedzowym






 








 


 



















Najczęściej od innych oczekujemy, że poklepią nas po ramieniu i powiedzą "Tak. Rozumiem. Wiem co czujesz. Masz rację. ". To daje złudny komfort i co ważniejsze, nie zmusza do zmiany. Poklepywanie jest przyjemne. I nierozwojowe. Skoro więc tkwisz w niewygodnej sytuacji i setki razy rozłożyłeś ją na atomy, zastanów się jakie ci daje korzyści, skoro z niej nie wychodzisz. Wszystko jest  wyborem. Złe życie również.       















A dzisiaj zmusiłam się do wyjścia do Łazienek. Wczoraj bardzo "miło" było usłyszeć, że moja znajoma z liceum, obecnie zaczęła studiować tutaj, obrabia mnie za plecami. Nie, na szczęście zbyt wiele jej konkretnych rzeczy ani na swój ani T ani innych ludzi nie opowiedziałam. Była dobra by się pośmiać, powygłupiać, nawalić (właściwie to czasem uważam, że można nią manipulować, łatwo przyjmuje zdanie innych osób) ale wczoraj na moment zamarłam.. pisałam z moją i Cs  znajomą. Ona zaś mi pisze, że Cs naopowiadała jej bzdur na mój temat. Fajnie, nie to że wrobiła mnie w wyjście po piwo z psychopatycznym i aspołecznym współlokatorem D to jeszcze naopowiadała jej, że on na mnie leci. Tylko,że ten człowiek jest tak zdesperowany, że bierze wszystko, co się rusza.. tego chyba nie zauważyli.  Mi powiedziała, że z D mają coś do omówienia, a tak naprawdę sobie kpili za moimi plecami.  Więc Agata do mnie z pytaniem: Obściskiwał Cię? .... Że co kurwa proszę? Czyli pewnym jest, że na Rakowcu moja noga nie postanie a co do Cs to zmniejszymy częstotliwość spotkań (póki co były 2) i trzeba bardzo pilnować się, co się mówi. Z resztą jaka to znajoma, która nie czuje potrzeby by do mnie napisać, zatroszczyć się i zainteresować. Bardzo za to lubi plotki i nowości. To dawno wyczułam, ale że tak powiem, przymykałam oko.  Martwi mnie, co ostatnio mi Cs powiedziała. W internacie niektóre osoby były również spostrzegawcze... dym opadł, się rozeszło po kościach. Nieświadomie odwróciłam uwagę. Jak mi to powiedziała starałam się zachowywać naturalnie, lekko zdziwiona, ale nie teatralnie. Ale to wczorajsze podniosło mi na chwilę ciśnienie i nie wiem, czy powinnam ją zjebać czy nie. Nieee, w sumie nie. Pokażę swoją dojrzałość, przecież to mnie nie dotyka, nie dotyczy.

Poza tym pogawędziliśmy sobie z Panem Leszkiem. Dobrze się z nim rozmawia, jeśli nie wkracza w tematy polityczne. Nieee, żeby nie było, mógłby (czemu nie miałabym przeciwko) zostać moim dziadkiem :D Wtedy to muszę przyznać, że ciekawi mnie to  wszystko o czym tak rozprawia. Jako jeden z niewielu potrafi powiedzieć, że mam ładne oczy a ja nie wezmę mu tego za złe, ani pomyślę, że to jakieś pedofilskie zagrywki czy co innego. W żadnym przypadku. Martwi mnie jednak, że wierzy we mnie bardziej niż ja sama. Ma mnie za kogoś lepszego, kogoś oczytanego, bo przecież jestem na Uniwersytecie itd. Że on czuje, że będę mieć dobre życie itd.. Mam wówczas wrażenie, że mówi o jakieś zupełnie obcej osobie. Lepszej, z ambicjami, planami. Tymczasem na przeciw niego stoi kłębek nerwów, lęków, mieszaniny uczuć.  Za to bardzo mnie rozbawił twierdząc, żebym się z niczym nie spieszyła, ba że nawet dużo mniej przystojny facet będzie lepszy plus żebym sobie nie popsuła "smaku" już na starcie :D Coś w tym jest, zwłaszcza, że Pan Leszek to osoba z bagażem doświadczeń, patrząca szerzej. Ba, kiedy mu powiedziałam, że przytyłam 2-3 kilogramy, uśmiechnął się i powiedział, że to chyba niemożliwe, bo jaka taka drobna. To było miłe.

http://www.piktury.pl/7047/decyzje.html next story of my life


 


"To nie był Twój najlepszy dzień. Szef po raz kolejny uświadomił Ci, że jesteś gówno wart, a żona zawraca Ci głowę rzeczami zupełnie nieistotnymi od momentu przekroczenia progu swoich zakredytowanych czterech kątów. Udajesz się do pokoju, by przez chwilę pobyć sam. Odczuwasz lekki dyskomfort, ponieważ życie, które wiedziesz obecnie nie jest tym co planowałeś osiągnąć kiedy byłeś młodszy. Zostałeś oszukany przez samego siebie. Włączasz Internet. Pomimo tego, że jeszcze nie zdążyła załadować się cała strona WWW na którą wchodzisz, to Twoją uwagę próbują skraść ogromne reklamy kłamiące prosto w twarz: „Schudłam 10kg w tydzień i jestem szczęśliwa. To proste!”. Chcesz dokarmić swój umysł nieco ambitniejszą lekturą. Czytasz wywiad z kimś znanym, pokroju od zera do milionera. Po raz kolejny uświadamiasz sobie, że wszystko jest w zasięgu Twojej ręki i że chcieć to móc.
Uspokajasz się. Cukierkowa wizja sukcesu stworzona na potrzeby marketingu po raz kolejny zrobiła Ci wodę z mózgu, ponieważ po raz kolejny naiwnie uwierzyłeś, że jutro: zmienisz pracę, schudniesz, naprawisz swoje relację z kobietą. To właśnie jest różowy króliczek. Niepozorny. Miękki w dotyku. Słodki. Miły. Dałeś się nabrać, że tak będzie wyglądała Twoja droga na szczyt.
Ha, ha ha. Dobre żarty.
Jeśli wierzysz, że wszystko pójdzie łatwo, lekko i przyjemnie jesteś zwyczajnie głupi.
Miałem nie pisać więcej na temat sukcesu i motywacji, ale chcę na koniec tutaj coś zostawić. Zimny prysznic, który obudzi Was z letargu.
Oto chwila prawdy. Nie każdy z Was osiągnie sukces. Większość z Was wyląduje w pracy, której nie lubi i będzie zmuszona pracować tylko po to by opłacać rachunki. Drażni Cię to co czytasz? Dobrze. Dziś chcę Cię wkurwić.
Prowadziłem kilkanaście szkoleń, wykładów, warsztatów. Mogę na palcach jednej ręki pokazać osoby, które faktycznie coś zmieniły w swoim życiu po moich prelekcjach. Tak, być może mam tak niskie statystyki, bo jestem kiepskim trenerem – też jest taka opcja. Niestety, porównując moje doświadczenia z innymi trenerami całość układa się w jedną, sensowną, szczerą całość pt: „Większość z Was nigdy się nie zmieni.” Część z Was jest leniwa. Część nie wie czego tak naprawde chcę. Jeszcze inni będą oszukiwać się przez kolejne kilka lat, że się rozwijają kiedy poza czytaniem książek nie będą robić nic innego.
Cała przygoda z osiąganiem sukcesu skończy się po zapisaniu całego zeszytu w celach, pomysłach, ideach, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Cmentarzysko marzeń. Po każdym rozwojowym szkoleniu uwierzysz, że możesz coś zdziałać. Tydzień po szkoleniu wrócisz do starego trybu życia i znów będziesz nieszczęśliwy.
Różowy króliczek to skurwiel, który będzie Ci wmawiać, że każdy sukces w życiu jest łatwy do osiągnięcia. Nie musisz wkładać w niego dużo pracy, wystarczy chcieć, prawo przyciągania, inne bzdety. Za każdym razem kiedy w to uwierzysz – przegrałeś.
Nadal w to wierzysz?
Gdyby wszyscy mówili Ci prawdę to byś spadł z krzesła. Proces dochodzenia do sukcesu jest często koszmarnie ciężki. Nie chcę Cię straszyć. Chcę Cię jedynie uświadomić, żebyś wiedział na co się piszesz.
Odchudzanie jest proste? Proste może być zjedzenie czekolady, nie zaś robienie treningu podczas, którego prawie wymiotujesz. Tyle, że jedzenie czekolady nie wyrzeźbi Ci brzucha i tyłka. To jest piękne w życiu. Każdy by chciał, ale nie każdy będzie miał to o czym marzy, bo cena którą trzeba zapłacić za sukces jest słona.
Nie bądź w grupie tych co „chcieliby”. Bądź w tej, która już do tego dąży.
Wylej z siebie siódme poty, poczuj jak serce podchodzi Ci do gardła, wrzuć się na głęboką wodę, gdzie do końca nie będziesz pewien czy przeżyjesz. Zapomnij o różowym króliczku, weź się kurwa do roboty!
Licz się z tym, że będzie ciężko. Kalkulacja jest prosta. Jeśli będzie łatwo – miło się zaskoczysz. Jeśli będzie ciężko – będziesz świadom na co się pisałeś. Bądź dorosły. Miej pokorę. Uświadom sobie, że nic nie dostaje się na pstryknięcie palcami.
Początki będą najgorsze.
Będziesz czuł, że nie dasz radę.
Będziesz czuł, że jesteś bliski rezygnacji.
Będą gorzkie łzy cierpienia podcinające Ci skrzydła.
Będziesz czuł, że Ci się nie uda.
Pot będzie zalewał Ci czoło.
Będziesz walił pięścią w ścianę krzycząc: „Dlaczego nic mi w życiu nie wychodzi?!”.
Finalnie jednak dasz radę i będziesz z siebie dumny. Tego Ci życzę."


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]