„Co jeśli jest tak, że nagle wszyscy umieramy w tej chwili?” | klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
„Co jeśli jest tak, że nagle wszyscy umieramy w tej chwili?” 2017-05-15

Friday 12th May, 2017 00:24 am


Większość dni upływa mi w zgoła podobny sposób, kiedy to ostatnie promienie zachodzącego słońca wdzierają się przez okno, a ja mogę podziwiać różnorakie odcienie koloru różowego i pomarańczowego rozlewające się po niebie. Uważam, że to ten jeden z cudów natury, który dostaliśmy na pocieszenie dla innych niedoskonałości tego świata.
Moja współlokatorka i jej chłopak, który już czuje się u nas „bardzo swobodnie” leżą na łóżku. Ja odrabiam lekcje albo sprawdzam jakieś rzeczy w internecie. Leniwie zbliżający się ku końcowi dzień.

Jednak czasem zdarzają się takie, które może nie tyle drastycznie o 360 stopni zmieniają moją perspektywę patrzenia na rzeczy, lecz dają początek jakiemuś nowemu myśleniu. Nie jest ich wiele, ale kiedy nadchodzą wywołują bardzo skrajne uczucia. Tak się działo i wczoraj.


Dostałam wiadomość o tym, że jedna z bliskich mi osób przebywa w szpitalu. Szpitalu psychiatrycznym. O siódmej rano poprosiła mnie w smsie o modlitwę i pomoc. Głodna, zmarznięta popędziłam pod wskazany adres po zajęciach. Nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim sądzić...


W tym domu żywych trupów postacie snują się korytarzami jak cienie. Słychać było, jak posuwistymi ruchami przemierzają w tę i wewte długość korytarza. Ktoś miał na uszach słuchawki, śpiewał głośno i bardzo niemelodyjnie. Inna zaś kobieta wrzeszczała, żeby ktoś jej oddał pieniądze i klucze do mieszkania. Wielokrotnie i przeraźliwie płacząc żądała zwrotu.
W samej sali mieszczącej osiem osób panowała żałoba. I ja się bałam jakkolwiek odezwać i zainicjować rozmowę, zapytać o moją znajomą. Bałam się patrzeć w oczy tym kobietom, bałam się ich oskarżycielskiego spojrzenia. W końcu to ja byłam zdrowa, one musiały tu odsiadywać swoje. W wejściu przywitała mnie jedna z nich. Uśmiechnęła się, co odebrałam za przyjacielski znak, jednak potem ten uśmiech wydał mi się bardziej psychodeliczny. Podała mi swoją dłoń, uścisnęła i przez dłuższą chwilę nie puszczała, co z każdą mijającą, nadprogramową sekundą wydawało mi się co najmniej dziwne. Dwie inne kobiety rozmawiały między sobą o lekach, dzięki którym nie słyszy się głosów, jak o przepisie na domowy rosołek, podczas gdy dwie inne panie usiłowały się zdrzemnąć. Oddychały głośno, a może tłumiły pod kołdrą szlochanie ? Tego nie wiem. Jedna chodziła po pokoju, wychodziła na chwilę na korytarz przynosiła mocno rozwodnioną herbatę i kromki chleba, by potem je zjeść i położyć się na pięć minut do łóżka, które jej wydawać się musiały wiekami. Powtarzała jeszcze tę czynność kilkukrotnie. Inna kładła swoje zakupy spożywcze, wykładała z toreb, jadła część z nich i na prośbę o podzielenie się odparła jednej kobiecie, że jest nic niewarta i jej jedzenia nie da. Potem chowała resztę z powrotem i chodziła po korytarzu. Zaczęła obserwować i mnie. Byłam dla niej nowa na sali, nie miałam mętnego od lekarstw spojrzenia, reagowałam na bodźce szybko zachowując trzeźwość umysłu. Cały czas do siebie mówiła, a gdy zobaczyła, że położyłam się w łóżku znajomej, zaczęła się przeraźliwe uśmiechać. Nie wiedziałam, czy to źle czy dobrze, ale starałam się to odwzajemniać. Chciałam, żeby M już wróciła. Czułam ten ferment, w powietrzu wisiała śmierć. Ludzie jednak jak zauważyłam starają się wypełniać sobie czas, żyć normalnym trybem nadając temu ludzki charakter. Grają w gry, słuchają poważnej muzyki. Z planu wiszącego na ścianie wynikało, że przewidziano też gimnastykę, rozmowy z psychologami, badania itp.
Weszła do sali M z mamą. Na pewno jej się zrobiło milej na sercu, choć w dalszym ciągu była apatyczna. Nie wiedziałam, co mam jej mówić: powtarzać jej jak mantrę, że będzie dobrze? Wolałabym znaleźć jej rozwiązanie tego wszystkiego niż jej cokolwiek wkręcać, zwłaszcza, że teraz może być podatna na każde nieostrożnie wypowiedziane słowo. Opowiadać jej o promocjach w biedronce i kto się zaręczył? A po chuj?

Jedyne, co mogłam zrobić to być. Przytulić ją i wsłuchać się w bicie serca. Tempo umiarkowane. Tylko ona się trzęsła. Ze strachu. Ze strachu przed czymś, co jest dla mnie rozumem nie do pojęcia. Cóż takiego działo się w jej głowie? Wielu tam ma problem z werbalizowaniem swoich lęków.


Po czterogodzinnej wizycie, głodna, zmarznięta, z bolącym zębem opuściłam szpital. Miałam wystarczająco dużo do rozmyślania po całym dniu.


Widok tych ludzi dał mi do zrozumienia, że muszę być silna sama dla siebie, bo nikt inny nie będzie, bym nigdy nie musiała przebywać w tym miejscu dłużej niż te 2-3 godziny podczas wizyt. Dał również, że nie jest ze mną tak tragicznie, jak sądziłam. Pomimo krytycznych momentów, które przeżyłam i pewnie jeszcze nieraz przeżyję nie postradałam zmysłów, co nie było takie do końca oczywiste. Nie mam nawet tyle czasu, nie ciągałabym moich kochanych domowników, a co mowa wiecznie zajętych znajomych, żeby ze mną jeździli po psychiatrykach ani psychologach. Ja naprawdę mam tylko siebie. Tylko ja jestem w stanie zawrzeć ze sobą niepisaną umowę i przyjąć siebie z „całym dobrodziejstwem inwentarza”, na który składają się wszelkie słabości, kompleksy i lęki. Jak nie to kto? Dopiero w otoczeniu tamtych ludzi mogłabym na dobre zgłupieć. Mój stan zatem można opisać jako silne załamanie. Jeszcze nie postradanie zmysłów, co jest względnie kojącą wiadomością.


Podziałała na mnie ta wizyta jak zimny prysznic. Nie jest jednak tak źle bym wcale nie dała rady pchać tego wózka do przodu. Mi brakuje iskry. Siły napędowej.


Dobrze, że jesteś,
bo wczoraj znowu bolało mnie serce,
a ciągle nie mam pomysłu na życie.

Musisz mi pomóc,
bo od szesnastu dni pada deszcz
i życie powoli zaczyna mi się rozmywać.

Miałem iść do dentysty,
ale przybłąkał mi się wiersz o tobie,
no i nie mam go z kim zostawić w domu.

Dobrze, że jesteś,
bo w zeszłym tygodniu „U Fukiera”
śmierć znowu pytała o mnie szatniarza.

Dzwoniłem dzisiaj do ciebie,
ale słuchawka ugryzła mnie w rękę
i pewnie ta rana tak szybko się nie zagoi.

Musisz mi pomóc,
bo jestem zmęczony jak Bóg,
który harował przez tydzień –
i nie stworzył świata...

- Jarosław Borszewicz „
tttt Niestety nie zarejestrowałam autora.               


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]