In the end all what was bad doesn't really matter | klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
In the end all what was bad doesn't really matter 2017-05-06

Tuesday 2nd May, 2017 9:35 pm


Oto jestem. Zrelaksowana po 3 dniowym wyjeździe na Mazury. Jestem w całej swojej okazałości.
Na razie czuję się dobrze, złapałam trochę promieni słonecznych, pięknych widoków i ciszy przede wszystkim. I ze wszystkiego tego powiedzieć Wam muszę, że brak zasięgu i dostępu do Internetu to błogosławieństwo! Wprawdzie przy takim zmęczeniu psychicznym 3 dni to niewiele, ale zawsze będzie to dobrze rzutować na samopoczucie w trakcie najbliższych dni.
Podczas tego wyjazdu dowiedziałam się, że jednak mam lęk wysokości i nie powinnam była iść za tłumem. Sam pomysł parku linowego wydawał mi się bardzo w porządku, trasa z dołu również, jednak kiedy jednocześnie musisz myśleć o wielu rzeczach ze świadomością bycia w górze sprawiła, że stchórzyłam po pierwszej przeszkodzie. Zrezygnowana zeszłam, zdjęłam tę „uprzęż” i położyłam się spłakana w trawie, w końcu zasnęłam. To był taki niestety niemiły akcent na dobitkę, jednak nie on sprawił, że po całym wyjeździe zasypiałam w wytęsknionym akademikowym łóżku zarówno bosko zmęczona, jak i zdołowana.
Krótko mówiąc kiedy robiłam swoje żarty w grupie, by się ktoś tam nie obnosił ze swoją miłością, co robię żartobliwie i wszyscy wiedzą, że nie chcę nikogo zranić ani wywołać gównoburzy; usłyszałam od jednego kolegi, że POWINNAM SOBIE CHŁOPA ZNALEŹĆ.
I wiecie... to nawet nie jest tak, że ten ktoś nie miał racji. Sęk w tym, że mnie można poniżyć czepiając się o wygląd, sytuację finansową, studia, ale o tę jedną rzecz jestem w stanie gotowa rozszarpać każdego niezależnie od zażyłości, wieku danej osoby itp. Tej jednej rzeczy nie ma prawa nikt do mnie mówić. To moje święte prawo do strzeżenia tej sprawy niczym puszki Pandory. W dodatku zwróciła mi na to uwagę osoba, która nie wie o mnie niczego. Nie zna mojej historii, nie wie z jakich powodów znajduję się w takiej, a takiej sytuacji- niczego. Uspokajałam się dobre kilka godzin, zepsułam atmosferę wszystkim, a sama ryczałam w łóżku po wyjeździe w akademiku i najchętniej sama siebie bym utuliła łkającą do snu. A ja w nerwach mu odparłam, że mam do czynienia chyba z nie tym samym poziomem inteligencji i rzucałam jakimiś opryskliwymi tekstami, a sąsiadka musiała mnie uspokajać. Przez następne godziny starałam się unikać kontaktu z tą osobą. W tej chwili czuję pewien niesmak, ale po prostu nie znał mnie dobrze i muszę wziąć na niego poprawkę, gdyż na ogół zachowuje niezbyt poważnie. Czyli jak większość przedstawicieli tejże płci, z jakimi musiałam mieć do tej pory do czynienia.
Jednakże mówiąc to wszystko nie przekreślam całego tego wyjazdu! Wręcz przeciwnie!
Pierwszy raz płynęłam kajakiem, nauczyłam się wiosłować i będę chciała to powtarzać w przyszłości. Okolica w której mieszkaliśmy była piękna, a ja dawno nie widziałam tak gwieździstego nieba. Patrząc w nie bardzo chciałam wierzyć, że jest tam jedna, która świeci tylko dla mnie. Romantyczka, wiem. W naszych domkach panowały spartańskie warunki, a przejście spod prysznica do domku równało się z niemałym wyzwaniem. To wszystko pozwoliło mi docenić mój ukochany akademik na Jasnej Polanie bardziej niż kiedykolwiek.


Thurdsay, 26th April


In the end it doesn't really matter.


Chyba po ponad 4 letniej obecności w blogosferze musiałam dokonać pewnej analizy. Spojrzeć na te wpisy pod względem stylistycznym, ale również rozwoju osobowości, bo przecież jednak się zmieniłam! Usunęłam łącznie 30 z ponad 150 notek. Aż 30, gdyż nie niosły ze sobą żadnej merytorycznej treści, jedynie mało znaczący bełkot licealistki. Kiedyś również zrobiłam mały flashback, jednak nie mogłam wytrzymać bólu płynącego z ich treści. Dziś byłam w stanie chłodno na nie spojrzeć. I usunąć bez sentymentu sporą ich ilość.


Żałuję, że nie miałam lepszego inwentarza językowego by oddać naszą licealną rzeczywistość. Opisałabym życie w internacie. Smak potraw, który pamiętam do dziś. Wyrzucanie za picie, niecne czyny, podstępy, jakże dodające dreszczyku emocji powroty po godzinie 20 i romanse pracowników. Również o tym, czemu na słowo parapet parapet czy lodówka będzie na niektórych ustach pojawiał się lekki, nieznaczny uśmieszek. Niecierpliwe spoglądanie w kierunku drzwi, które wiedziałam, że za chwilę się otworzą, a w nich przedstawi się znajoma twarz. Eskapady po mieście P, chwile, którymi pożądliwie napełniałam płuca jak wiosennym lekkim powietrzem, próbując się przy tym nie udusić na śmierć ze śmiechu dzięki T. Chwytałam te chwile, bo wiedziałam, że będą dla mnie niebawem na wagę złota. Ogólnie mówiąc momenty, w których wydarzenia i emocje z nimi związane mieniły się żywymi barwami i ja przeżywałam wszystko prawdziwiej niż kiedykolwiek. Wtedy pozbawiona wszelkich uprzedzeń, których dzisiejsza ja nie umiem już się pozbyć.


Cofam się na chwilę i myślę, co wtedy zaprzątało moją głowę. Kim byłam wtedy? Co przeżywałam? Praktycznie każda moja notka z liceum to jeden wielki KRZYK ROZPACZY. Bezkształtna galaretowata masa drżąca pod wpływem każdego ruchu. Wiecznie niepewna siebie dziewczynka, która kiedy nie potrafiła opisać swoich emocji rzucała kurwami na prawo i lewo. Krzyk dziecka, które samo sobie nie potrafiło pomóc i otrzymywało ciosy na każdej płaszczyźnie. O infantylnym usposobieniu i nieukształtowanym charakterze. Wychowana w miejscu, w którym spory rozwiązuje się krzykiem i drobnymi rękoczynami, tak samo i klasycznagorzka nie potrafiła rozmawiać nie podnosząc głosu, nie będąc opryskliwą i ofensywną. Ale jak można mieć do niej pretensje, skoro żadnych innych postaw do tamtego momentu nie widziała?


26 sierpnia 2013 roku.


Powstał blog. W rzeczywistości pomysł ten pojawił się już wcześniej, a stronę tę poznałam dzięki mojej przyjaciółce, która swego czasu działała tu aktywnie. Siłą napędową, która do dziś jest obecna w moim życiu jest nikt inny jak T. Nie wdając się w szczegóły to, co mieliście okazję śledzić od dnia 26 sierpnia do dziś to zmaganie się z pewną sytuacją, która wywróciła moje życie do góry nogami, przeżuła mnie i wypluła serwując przy tym twarde lądowanie. Śledzić moją frustrację wynikającą z przyjaźni na odległość, konieczności pogodzenia się z porażką. Ale nie tylko. Również historię pięknej, wymagającej cierpliwości, zrozumienia i akceptacji owocnej relacji. Wyboistej, niełatwej, ale jak się się okazuje i trwałej.
Frustrację, bo po raz pierwszy odebrano mi szansę na coś, co mogło przerodzić się w uczucie, którego nigdy nie było mi doświadczyć od najwcześniejszych lat życia. Przyszło niespodziewanie, ale było zbyt piękne, by być możliwym do spełnienia. Na wyciągnięcie ręki i tak niedostępne.
I tu właśnie starałam się przynajmniej nakreślać drogę w momencie osobistego końca świata.
Nigdy nie było łatwo i nie zabrakło momentów, w których chciałam przerwać tę pępowinę. Relację, którą w swoich pijanych epizodach przeklinałam nad wszystko i momentami jeszcze teraz w chwilach krytycznych nazywam destrukcyjną.
A mimo wszystko nadal trwa. Czas leczy rany, ale również zmienia. I żałuję, że kilka lat wcześniej nie pojawił się ktoś, kto pomógłby mi się z tego podnieść o wiele szybciej. I w ten sposób musiałam sama spędzić nad tym tematem wiele lat, nim zrozumiałam. Sytuacja również zmieniła i mnie. Przez to mam wrażenie, że nigdy nie będę w stanie zakochać się w ten sam spontaniczny sposób, nie zważając na uprzedzenia, nie patrząc na pryzmat ustalonych przez siebie jakiś czas temu kryteriów. Jestem za to cyniczna i to odpycha innych. A co gorsza, zdążyłam sobie przez te lata wytworzyć jakiś niewidzialny pancerz utrudniający innym dostęp... tyle, że nie każdy będzie chciał poświęcić tyle czasu i cierpliwości, aby warstwa po warstwie się przedzierać i próbować mnie poznać...
Obserwowaliście tutaj również moment, w którym kończyłam szkołę średnią,a więc moment dla mnie przełomowy. W momencie uczęszczania do niej wierzyłam w jej wątpliwy dzisiaj prestiż. Przerost formy nad treścią, z którym ledwo dawałam sobie radę. Przywiązywałam się do cyferek i słów nauczycieli, jakby miały decydować o mojej przyszłości. A wcale nie zadecydowały, gdyż z dwójkami i trójkami na świadectwie dojrzałości jestem na drugim uniwersytecie w kraju. I czy cel ten dał mi uczucie spełnienia? Odpowiedź już znacie sami.
Również burzliwe ze względu na przygotowania do matury, moje podbramkowe sytuacje z zagrożeniami i spór klasy z wychowawcą, który urósł do absurdalnych rozmiarów, aż wydostał się poza szkole mury, by trafić na wokandę.
Ponadto samo miasto P, jak i ludzie nie dawali mi zapomnieć o T. Wydawałoby się, że moim jedynym zmartwieniem i zajęciem na tamten moment było uczenie się do matury, ale targały mną wówczas sprzeczne emocje, co sprawiało, że nauka była o wiele trudniejsza. A ja sobie po wcześniej wspomnianej sytuacji życia ułożyć nie umiałam. Moment mojego największego upadku na duchu, który okazał się odbił się w przyszłości głośnym echem.
Nauką nauką, ale udawało się naszej Gwardii jeszcze zebrać na piwo, co w tej chwili uważam za niemały sukces. Nikt wtedy nie mówił o ścieżkach kariery, konferencjach, wakacjach na Malediwach, stażach, ślubach, dzieciach, bo też nie wiedzieliśmy zbytnio, co mamy o tym wszystkim myśleć. Część miała jedynie jakieś swoje związki, z czego mogę na palcach jednej ręki zliczyć, które przetrwały. Z perspektywy czasu śmieszą mnie one przeogromnie. W końcu były takie na zawsze i miały przetrwać katastrofy naturalne, przeciwności losu, a przy odległości związek jakimś cudem egzaminu nie zdawał! Czego się oni wszyscy spodziewali? Mieliśmy mgliste pojęcie o wkroczeniu w dorosłe życie i studiach, a co mowa o dalszej przyszłości. Był to również wysyp osiemnastek osób, z którymi mam w większości sporadyczny kontakt. Wówczas uważałam, że te chwile były dla mnie cenne, teraz wiem, że to były tyle warte ile tombak, bo jak widać poskutkowały urwaniem kontaktu i zatarciem się w mojej pamięci związanych z tymże ludźmi wydarzeniami.
Nie tylko pod względem inteligencji emocjonalnej jest widoczny u mnie widoczny postęp. Również pod względem stylistycznym notki dużo zyskały. I to chyba jedna z niewielu zasług moich studiów. Tu zaczęłam się poprawniej wysławiać i szanować język. Śmieszy mnie w tej chwili scenka z liceum, kiedy ja sama śpiąca w ostatnich ławkach na języku polskim powtarzająca wszystkim z uporem maniaka, że język polski mi się w życiu nie przyda! Przecież ja muszę powtarzać słówka na niemiecki! ;))))
W końcu udaje mi się utrzymać notki w pewnych ramach zachowując kolejność. Wywód również stał się jaśniejszy, bo w końcu i ja rozumiem siebie samą dużo lepiej. Nie na darmo spędziłam długie 4 lata na wewnętrznym monologu i terapii zarazem. Leczeniu duszy i serca. Efekty nie są do końca takie, jakich bym sobie życzyła, ale mogło być gorzej.

Od momentu odebrania wyników matur i ogarnięcia tęsknym spojrzeniem budynku Alma Mater jeszcze jeden wątek nie dawał mi spokoju, a co gorsza wywołał niemałe wyrzuty sumienia, które zdołałam niedawno uciszyć. I tak naprawdę po rozpoczęciu studiów nie zaczęłam żyć nowym życiem, niepodobnym do dotychczasowego. Zostawiłam za sobą miasto P- miejsce, do którego będę wracała z sentymentem, przypominające o bardziej lub mniej miłych wydarzeniach i ludziach. Smutno mi tylko, że wszystkie pozytywne zmiany (np. zmiana wicedyrektora na mojego ukochanego nauczyciela języka angielskiego), jakie zaszły w Alma dokonały się po naszym odejściu. Do Warszawy przyjechałam zaś przerażona, z dozą pewnych doświadczeń, niewyjaśnioną sprawą i uprzedzeniami do miasta stołecznego, jak i jej mieszkańców. I tak naprawdę dopiero w trzecim roku mojego mieszkania tutaj mogę powiedzieć, że się przyzwyczaiłam do życia w stolicy, która wcale nie wydaje mi się tak ogromna. Mokotów zaś traktuję jako małe miasteczko, w obrębie którego załatwiam swoje sprawy. Nie czuję się tu tak źle, jak rok czy dwa lata temu, choć anonimowość i samotność w tłumie nadal mi doskwierają.


Ratujcie tych zagubionych,
bo inaczej nikt ich nie uratuje.
Przytulajcie tych złaknionych,
bo inaczej umrą z bezsenności.
Całujcie tych niekochanych,
bo unosi nawet garstka miłości.
Rozmawiajcie z głuchymi,
bo nawet oni słyszą głos serca.
Nasłuchujcie świata z milczącymi,
bo nawet oni krzyczą ciszą.
Bierzcie na barki cudze krzyże,
bo jest im za blisko do ziemi,
a do człowieka powinno być bliżej.
Oddajcie innym część swoich problemów,
bo już niejeden próbował sobie sam radzić
i z samotności zaniemógł.   by "Jesteśmy dorośli. Kiedy to się stało? Jak to zatrzymać?"



Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]