I'm jealous of the rain that falls upon your skin... | klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
I'm jealous of the rain that falls upon your skin... 2016-07-17

Wednesday, 13th July. 01:19 am
O starej nowej pracy. O dobru, które powraca, zerwanych więziach i przeforsowywaniu własnych racji. Oraz porażkach, które wskazują na to, że jestem w złym miejscu.
Dzień dobry, cześć i czołem. Kluski z rosołem! :)
    Minął miesiąc od ostatniej notki. Działo się podczas niego sporo, a jednocześnie nic. Z tego co pamiętam zakończyłam na powrocie z Mazur. Potem nastąpiły masowe wyprowadzki z akademika. Zostałam więc sama. Zmęczona po sesji, z uczuciem bezradności i brakiem planów na wakacje chodziłam kilka dni apatyczna, snułam się po korytarzach i żegnałam ostatnich znajomych, którzy tutaj pozostali na chwilę. Przez trzy dni płakałam bez przerwy. Zamiast składając CV do nowej pracy związanej ze studiami, siedziałam bezradnie i płakałam. Płakałam, bo byłam nadal w Warszawie, gdy inni bawili się na Maltach czy w Nowym Yorku. Płakałam, bo miałam spędzić wakacje sama jak palec. Płakałam, bo byłam zbyt sparaliżowana, by podjąć cokolwiek, a z domu nawet nie zadzwonili, by zapytać, czy przyjeżdżam na wakacje. Wiem, brzmi to bardzo trywialnie, ale gdy nie masz wsparcia, wszystko boli podwójnie. Każdą złą rzecz przeżywa się boleśniej. Te wszystkie negatywne emocje nawarstwiły się w jednym momencie. I tak zamiast działać, siedziałam w parku na Ochocie ze znajomą i popijałyśmy kasztelany, by w drodze powrotnej wstąpić do biedry i kupić kolejne. I znów przeraźliwie płakać.


     Tak więc praca. Wróciłam do swojej starej. Za lepszą stawkę.Pokornie pojechałam do tego sklepu i zapytałam liderkę kas o wolne etaty. Podpisałam umowę zlecenie na dwa miesiące. Pierwsze dni nie były złe. Jestem tam lubiana, kojarzą mnie. Pocieszałam się, że istnieją gorsze prace od tej: sprzątanie klatek, metra, ulicy, prace polowe.Potem pocieszyłam się tym, że będę mieć kontakt z ludźmi. Kilka dni później pożałowałam. Zaczęły się pytania, co taka młoda dziewczyna robi na kasie. Spojrzenia pełne współczucia skierowane na moją koszulkę z plakietką i imieniem agencji pracy. Życzenia spokojnej pracy przy żegnaniu klientów. I w środku wyć mi się chciało. Starałam się zająć mijające godziny myślami, które odciągałyby mnie od tego wszystkiego. Raz tłumaczyłam sobie, że zarobię sobie pieniądze, raz że mam na co czekać w te wakacje. Jednak potem znów pojawiała się czarna rozpacz. Bo to nie ja jestem na tej Malcie czy Nowym Yorku. To nie ja jestem śmieję się, płaczę ze szczęścia, lecz pogrążam się w rozpaczy. Jest jednak coś jeszcze gorszego. Moja praca nie jest hańbiąca. Jest zwyczajnie prosta. Nie wymaga wykształcenia. Jest mało płatna i nieszanowana. I traktuję to jako rozwiązanie na chwilę. Najgorszym jest jednak trwać w tym stanie przez lata. Zatrzymać się w miejscu i tak się zastać. I dobrze wiem, że właśnie o to tym ludziom chodzi. Bym się nie zmarnowała.   Bywają w sklepie lepsze i gorsze dni. Zależy to w dużej mierze od klientów, jak obecnej na zmianie liderki kas. Ale wczoraj myślałam, że przywalę tej najważniejszej. Przedwczoraj pracowałam przez 10h. Kolejny dzień był wolny, a potem znów patrzę 10h. -Chyba zgłupiała- myślę sobie, toteż postanawiam zapytać, czy nie zamienimy tego na 8h.

- Myślałam, że chcesz zarobić więcej pieniędzy- odpowiada pogardliwym tonem z głupkowatym uśmieszkiem, by wywołać we mnie wyrzuty sumienia.


  • Owszem, chcę, ale trzeba też odpoczywać.


   Rzecz w tym, że ja chciałam zmniejszyć czas pracy, tak by móc zdążyć z koleżanką ze sklepu do stadniny. W końcu nie udało się ustalić dogodniej godziny i dostałam drugi dzień z rzędu wolny, który się przyda. Ale co się tamta nagadała, to już sobie mogła oszczędzić.

  A więc dobro wraca. Po trzech zerwanych znajomościach i przy  coraz mniejszej wiary w ludzi przekonałam się, że jednak dobro istnieje. Zgubiłam na bazarku Chińczyków telefon. Oczywiście klasycznagorzka zaaferowana kupnem nowych majtek, zapomniała, gdzie co kładzie, toteż po godzinie sobie uświadomiłam, że telefonu nie ma w plecaku i pobieglam co tchu na bazarek. Azjaci patrzyli po sobie i wiedzieli, po co przyszłam. Uśmiechali się do siebie nawzajem i mówili w swoim języku. Mówię im więc, że telefon. I jeden z nich wyciąga swój i pokazuje. To nie ten. Rozumieją i jeden z nich wyciąga moją zgubę. -Buzi!!- krzyknął jeden z nich. Hahahah! Spokojna Wasza rozczochrana, nie zgodziłam się. Odebrałam telefon i pobiegłam uradowana dalej. I niestety przez kolejne dwa dni o mało nie zgubiłam dwóch rzeczy. I zawsze ktoś to znajdował i mi oddawał. Istne szaleństwo. Na wariackich papierach.


 Mam tendencję do poznawania dziwnych ludzi. W randomowych miejscach. To nie ulega wątpliwości. Na naszym bazarku od marca funkcjonuje kebab. Najtańszy na świecie przyciąga głodnych i biednych studentów. Może nie najlepszy, bo za 7 złotych cudu nie sprawisz, ale można najeść się nim do syta.  I mi zdarzało się tam zaglądać i miarkowałam, kiedy go spróbować. Bar ten był otwarty praktycznie ciągle i kilka dni temu wieczorem wsadziłam głowę przez drzwi i zapytałam:

-Dobry wieczór Panu! Przepraszam, Pan tutaj tak ciągle siedzi, czy Pan kiedykolwiek śpi?


    I od tego pytania się zaczęło. Nie sądziłam, że takie pytanie sprawi, że ktoś może poczuć się lepiej. A to było miłe, świadczyło o trosce i zainteresowaniu. Zrobiłam to ot tak, po prostu. Następnego dnia wracałam przez ten sam bazarek mijając bar. Padało. Stałam u wyjścia z bazarku czekając, aż przestanie padać. I wtedy właściciel kebaba wyszedł z niego i zaprosił mnie, bym przeczekała deszcz. Zaczęliśmy rozmawiać i od słowa do słowa poznawałam smutną prawdę na temat jego życia. Pochodzi z Afganistanu. Mieszka tu od 12 lat. Przyjechał do pracy. Jego żona i dzieci są w jego kraju. Trochę ta jego historia wydaje się być wątpliwa, ale nie dopytywałam wiele. Staram się być ostrożna i trzymać go na dystans. Zwłaszcza, że dziś zapytał mnie o numer telefonu. I z jednej strony będę do niego wpadać, bo wiem, jak to jest nie mieć do kogo się odezwać. Z drugiej jednak, nie można przyzwyczajać nikogo do swojej obecności. To jest wyrządzanie krzywdy. Uzależnianie od siebie. Z oswajaniem trzeba uważać. Lampka zapala mi się również na myśl skąd pochodzi. Uzupełniłam mu dokumentację odnośnie dziennych obrotów i tym samym otrzymałam dożywotnie prawo do darmowych kebabów, co jest lekko deprymujące i nie mogę przez to go doprowadzić do bankructwa. Zawsze to jednak nowy kompan do rozmowy.
     A teraz ta smutniejsza część. Zerwałam trzy znajomości, które mnie męczyły zamiast wnosić coś pozytywnego do mojego życia.
Znajoma z pracy. Nienawidziła tej roboty jak i ja. Jednak po jej zakończeniu utrzymywałyśmy kontakty. Nocowałam u niej, poznałam jej chłopaka i brata. I było w porządku. Spotykałyśmy się na mieście. Jakoś było o czym rozmawiać. I do Wielkanocy nasze stosunku były poprawne. Potem, gdy zaproponowałam spotkanie, usłyszałam coś pracy i że nie może. No dobrze. Jednak potem nie odpisywała na moje wiadomości, jedynie je wyświetlała. Trwało to tak cztery miesiące i postanowiłam napisać po raz ostatni. O tym, że nie wiem, co u niej, co się z nią dzieje i czy jest coś, na co się pogniewała. Pragnęłam jedynie poznać powód. Zbłaźniłam się po raz ostatni. Znów pocałowałam klamkę. Wyświetliła. Niedługo po przyszła na zakupy do tego sklepu. Jedna z pań powiedziała jej, że tu jestem. Ona na to beznamiętnie, ze widziała. I pracuje w biurze. Stało się dla mnie jasnym, że chyba postawiła się wyżej w hierarchii, a zadawanie się ze mną byłoby mezaliansem. Pierwszy siarczysty policzek.
  Drugi był właściwie pierwszy, jeżeli by uporządkować wydarzenia w kolejności chronologicznej, ale mniejsza o to. Obiecałam sobie, że nie będę już więcej pisać do jednej osoby. Osoby, która ma powód i najwidoczniej próbuje się na mnie odegrać za stare, niewyjaśnione sprawy. Jednak postanowiłam być dobrą koleżanką i odzywać się, skoro każdy inny człowiek z klasy go olewa. Sesja. Wakacje. Pada moje neutralne pytanie:


    - Sorrki, że pytam, ale nie będziesz się nudził w wakacje w domu?




    - Po pierwsze to dopiero wróciłem do domu, po drugie to z imprezy, a po trzecie CHUJ CI DO TEGO.




    I to było właśnie coś, co chlusnęło wprost na mnie jak zimna struga deszczu. Poczułam, że nie ma co kolokwialnie mówiąc „się w tańcu pierdolić” tylko zakończyć to i nie męczyć siebie ani człowieka. Chciałam dobrze. Pisałam i interesowałam się z własnej, nieprzymuszonej woli. Trochę z wyrzutów sumienia, a trochę, bo naprawdę czułam, że przydałby mi się w tej stolicy jakiś przyjaciel. Jak w mieście P. I ja naprawdę byłam w stanie poświęcić swój czas i uwagę i nawiązać jakąś nić porozumienia. Tak po prostu. Ale oczywiście tutaj ważniejsza była czyjaś urażona duma. I dobrze wiem o tym. Wydaje się, że rozgryzłam to jakiś czas temu. Tylko, że ja w miejsce, gdzie inni nie są w stanie zaoferować niczego więcej oprócz zdawkowego "zostańmy przyjaciółmi" na tym chciałabym zacząć cokolwiek. I chciałam to wszystko wyjaśnić, bo to chyba nie jest normalne, że wyrzuty sumienia doprowadziły do tego, że widziałam tego człowieka w innych ludziach i jeszcze po nocach mi się śnił.




    Jak to Kate mówi: Co do utrzymywania znajomości na siłę. Trochę prawda, ale z drugiej strony za to Cię podziwiam, ze się nigdy nie poddajesz i starasz się za wszelka cenę utrzymać znajomość.                                                                                                                                                                                                  I tak ze mną właśnie jest. Ja tak walczę, ale i mnie oswaja się również bardzo długo. Mi trzeba dać zawsze dużo czasu, trwać i wytrzymać wszystko. A kto już wytrwa pierwszy rok, zostanie na dłużej. To jest tego warte.



Powiem ci teraz coś bardzo banalnego. Jeżeli chodzi o nasze uczucia, to jesteśmy kompletnymi analfabetami. Jest to smutny fakt i nie dotyczy on tylko ciebie i mnie, ale wszystkich. Uczymy się wszystkiego, co dotyczy ciała, ale ani słowa o duszy. Nasza wiedza o nas samych i naszych bliźnich jest przerażająco mała. - Bergman


A trzecią postacią jest Shasitha, mój znajomy ze Sri Lanki. Poznany na interpalsie jakieś 3 lata temu. Sama nie wiem, na czym ta znajomość się opierała. Pisaliśmy, bo pisaliśmy i to tyle. Każde pisało, co u niego, żaliło się na skypie i tak to właśnie szło. Zabrzmi to chamsko, ale irytowała mnie jego gramatyka w angielskim. A raczej jej brak. I ostatnio się pokłóciliśmy.
Nie była to ostra wymiana zdań, ale nienawidzę tego, kiedy komuś brak wyczucia, kiedy można żartować, a kiedy nie. Zarzucił mi, że nie znam się na żartach. Nie wiem, kogo śmieszy bycie wyzywanym od dziwek. A potem mi płacze, że nie może sobie znaleźć dziewczyny.. zastanawiające... -,-
I tym sposobem pozbyłam się z życia trzech osób. Usunęłam z fb, by zielone kropki na czacie przy ich nazwiskach nie doprowadzały mnie do kurwicy. Pozbyłam się również ich numerów telefonów. Obawiam się, że nie całkowicie, bo mieszkamy w większości w tym samym mieście i nadal istnieje dużo ryzyko ich spotkania. No cóż. Potraktuję je jak powietrze. Jak one mnie. Bo mam nadzieję, że karma wraca.

Odchodziłam od wielu ludzi, wiele razy. Chciałabym spotkać kogoś, przy kim będę chciała zostać. Nie odejść i ewentualnie wrócić. Zostać i czuć się na tyle bezpiecznie, żeby przestać uciekać.



-Nieszyn Jasińska


     Przeforsowywanie swoich racji. Długo by o tym mówić. Do 110 przybyły dwie nowe współlokatorki. A z tym wiąże się ustalanie nowych zasad współżycia pod jednym dachem, w jednym pomieszczeniu.
Jedną z nich jest A. A jest bardzo wesoła i bezkonfliktowa. O 3 lata starsza, magisterka z socjologii. Coś rodzaju program MOST. Licencjat w Gdańsku.
      Z D miałam w ciągu pierwszych dni małe spięcie. D jest z Uzbekistanu. Piękna dziewczyna, pomocna i uczciwa, na pierwszy rzut oka wydawała się nie sprawiać problemów. Poznałyśmy się na urodzinach E, toteż nie miałam pojęcia, że mieszkanie ze znajomą, a spotykanie się raz na jakiś czas może się różnić. D wprowadza się. Ilość jej rzeczy poraża mnie. I już wiem, kto zajmie najwięcej miejsca w pokoju i tym samym zaburzy moją przestrzeń osobistą. A ja, po dwóch tygodniach mieszkania sama przyzwyczaiłam się do większej przestrzeni. I tylko dla mnie. Z poprzednimi współlokatorkami też nie było problemu, bo to ja byłam osobą, która miała tych rzeczy najwięcej. I wówczas, gdy ktoś wkracza w tę moją przestrzeń, rodzi się we mnie jakieś bunt, poczucie zagrożenia.. nie wiem. Chyba chodziło tu o zaznaczenie swojego terytorium. A przecież 110 jest moje!!
     Rzeczy D są już u mnie i pojawia się problem umeblowania pokoju. D chce mieć tak, jak jej jest najwygodniej, nie zważając na nasze pomysły. Moje wkurwienie rośnie. Nie to, że mam przyjąć do pokoju nowe osoby, co kosztuje mnie wiele stresu, to jeszcze nie mam nic do powiedzenia w swoim pokoju. I to takie rzeczy pierwszego dnia!! Pierwszego dnia właśnie od razu nawiązałam kontakt z A. W momencie ustalania przemeblowania spojrzałyśmy na siebie i wiedziałyśmy o co chodzi. Zawarłyśmy sztamę. A ja w środku nadal musiałam przetrawić tę sytuację w pracy i następnego ranka przeprowadziłam rozmowę. Najlepiej było zrobić to na początku, by złe emocje się nie kumulowały, a ja nie zdążę wybuchnąć. Powiedziałam, że wygląda to tak, jakby nie liczyła się z naszym zdaniem i chciała tylko dla siebie najlepiej. Tamta za to sobie nawet z tego nie zdawała sprawy. Dodatkowo ustaliłyśmy, że w wakacje mieszkamy na próbę, by sprawdzić, czy rzeczywiście chcemy wynajmować pokój nadal razem, wraz z E.
    Ulżyło mi, a sama zobaczyłam, że muszę alarmować od razu, gdy coś mi się nie podoba. I nie dać sobie wejść na głowę. I myśleć, zanim zareaguję.
D niezbyt się garnie do pracy. D została nauczona bezradności i tego, że zawsze jej ktoś pomoże lub za nią zrobi. W pewnym w szukanie dla niej pracy było zaangażowanych kilka osób. A prawdą jest, że pracy w Wawie jest sporo. Ale byle jakiej i niekoniecznie za dobre pieniądze. Tylko D jest wybredna. Ale nie można być wybrednym mając 400zł na koncie i następny rok studiów do opłacenia. Irytowała mnie jej bezczynność, podsuwanie ogłoszeń. A ona jedyne co potrafiła to śpiewać i tańczyć w swoim pokoju. A pracę znalazłam jej przez przypadek na naszym bazarku. U pewnej Ukrainki w restauracji. I cieszę się, że w końcu się czymś zajmie. Innym problemem z D jest to, że przez rok była zbyt leniwa by uczyć się polskiego i poznawać samo miasto. Teraz ma problemy z porozumiewaniem się oraz nie wie, jak dojechać pod jakikolwiek adres. I wtedy chodzi i prosi wszystkich o pomoc, zwłaszcza wtedy, gdy każdy ma swoje inne plany i sprawy. Robi się jej szkoda, w końcu jest tutaj obcokrajowcem i ja wiem, że sama potrzebowałabym pomocy. Z drugiej strony zbyt nachalna pomoc i wyręczanie jej we wszystkim upośledzi i uzależni ją od tego. Dlatego postanowiłam pomagać jej do pewnego stopnia, ale nie robić za niej rzeczy ani nie jeździć z nią wszędzie. No poczekamy, zobaczymy jak będzie na dłuższą metę przedstawiać się to nasze wspólne mieszkanie razem.
    Słowo o pewnym niepowodzeniu.
Dzień dobry, dziękuję za przesłanie próbki. Niestety w tekście angielskim pojawia się bardzo dużo błędów (gramatycznych / kolokacyjnych, itp), a w tekście polskim jest mnóstwo niezgrabności, błędów interpunkcyjnych, a co najważniejsze przekłamania względem tekstu oryginalnego. W związku z tym nie jesteśmy w stanie przyjąć Pani na praktyki tłumaczeniowe w naszym biurze.
   Pozdrawiam / Regards,
Tak, to jest to, co właśnie zobaczyliście. Nie dostałam się na praktyki tłumaczeniowe do zaprzyjaźnionego z naszym wydziałem biura tłumaczeń.             W pierwszym momencie, gdy zobaczyłam tego maila pociekło mi kilka łez. Minęło 6 dni, a ja nadal nie znalazłam innego biura. Znaczy zniechęcona nie wysłałam  nigdzie maili. I już nie chodzi o nich, ja w swoich oczach straciłam jakąkolwiek wartość. Takich "chuiów" to nawet na zajęciach nikt mi nie nawytykał. O, ironio! Właśnie na (sic!) darmowych praktykach miałam pójść się czegoś nauczyć,  a nie dostałam się na nie, bo nic nie umiem?  Fuckin' logic. Ze wstydu mało komu o tym powiedziałam i zamierzam unikać tego tematu, do czasu znalezienia kolejnego biura. Zastanawiającym jest jednak, że nie przysłali mi żadnego feedbacku. Nie wiem nawet, jak powinien ten tekst być przetłumaczony. I kto wie, czy oni nie wysyłają takie wiadomości: wyślij-> do wszystkich. I wiecie co? Jebać to. Nie jest to ostatnie biur tłumaczeń w Wawie. Ale.. jeżeli to jest znak, że i tak czegokolwiek bym nie zrobiła, tłumaczyć najzwyczajniej nigdy nie będę?
 
Sunday, 24th July, 11:45 am
Jestem. Minęły ponad 3 tygodnie od powrotu do pracy. I wlecze się dzień jeden za drugim. Krążę gdzieś między akademikiem, a sklepem wymyślając desperacko jakieś atrakcje na dni wolne. Raz jest to kino w plenerze, teatr, a czasem zakupy. Zapełniam czymkolwiek pustkę, ale wiem, że to tylko chwilowe. I wracam tak z tej pracy, choć nie bardzo wiem po co i do kogo. Dni w sklepie pozornie są takie same, jednak nie do końca. Gdy klienci są mili, uśmiechnięci, gdy mogę poplotkować z ochroniarzami i innymi kasjerami, dzień mija szybciej i przyjemniej. Czasem jednak ciągnie się jak flaki z olejem i przeklinam to na wszystkie świętości, a jednocześnie błagam je o szybki kres mych mąk. Pozbyłam się już dawno przeświadczenia, że ta praca jest najokropniejsza na świecie. Po prostu tam idę, robię co trzeba i wychodzę.Jak zwykle ucieka mój autobus. Jest ciemno, ale przyjemnie, czekam więc na kolejny.  Wsiadam w autobus i pozostawiam za sobą to miejsce.  Niedługo potem Morfeusz zabiera mnie do krainy snu, a ja zapominam, że muszę tam wrócić, że nie wysłałam zgłoszenia na praktyki, że nie ma mnie na tej Malcie.. że nie mogę znieść tego, w jakim punkcie się znajduję, nie robiąc z tym niczego. Wykonuję chujową pracę, to fakt. Ale tutaj mając kontakt z ludźmi widzę, że stałam się w luźnych rozmowach pewniejsza siebie, znaczy się sprawiam takie wrażenie. I przez/ dzięki (niewłaściwie skreślić) zauważyłam kilka rzeczy. Ludzie to hieny i to, jak się nawzajem traktują odbierało mi momentami mowę, ale również uodporniło. Standardowe teksty pt: " Czy Pani płacą, jak Pani mówi dzień dobry?" Innym razem facet, kiedy wysyłałam kobietę do zważenia cytryn i nie wracała przez dłuższą chwilę " I co? Nie chce się, co?" Facet w średnim wieku, dobrze ubrany, dobrze postawiona posada prawdopodobnie w dużej firmie. Jego żona za to mówi, żeby on poszedł jej pomóc na co ten wrzeszczy, że on tu nie jest pracownikiem! Zabrakło mi słów. Przecież on jest też człowiekiem, jak ja i wszyscy tam obecni i chodziło o taki chrześcijański uczynek, a nie kto komu za co płaci, bo na dobrą sprawę mi za to nie płacą.. za ważenie owoców. Innym razem jestem świadkiem sceny, gdzie mąż pomiata żoną. Nie jawnie, ale sposób w jaki się do niej zwraca przy pakowaniu daje mi do myślenia. Innym zaś widzę drobne oznaki czułości młodych, którzy kupują wino. Życzę im więc udanego wieczoru cokolwiek by miał oznaczać. Ale robi się przykro, nie powiem. I Głównie żyję tam właśnie tymi ludźmi, rozmowami i poznawaniem ich historii. Lubię ich obserwować, by dochodzić do wniosku, że oni wszyscy są piękni, jako ludzie.


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]