klasycznagorzka | e-blogi.pl
Blog klasycznagorzka
Cementries of London 2018-01-12

Friday,January 12th. Wiem. Były tu dwie notki. Musiałam je usunąć. Muszę przestać odtwarzać w głowie film sprzed ponad pół roku. A to jest normalne,że mózg płata figle i odtwarza te dobre momenty,których teraz brakuje. To chyba normalne. Skutek uboczny rozstania. Nie wiem,czy właśnie nie w takim momencie nie zaczyna się dorosłość. Kiedy zatrzaskujesz za sobą drzwi i wiesz,że nie ma odwrotu. Albo inaczej: zatrzaskujesz je z tą świadomością,że mógłbyś wrócić,ale to nie rozwiązałoby problemów. Wiesz,że do pewnych miejsc i osób się nie wraca. Wiesz po prostu,jakie to niesie skutki.  Choćby ściany pękały,a Ty wciąż czuła na sobie czyjeś usta i dłonie. Choćby pustka była nie do zniesienia. Skoro już te drzwi za sobą zamknęłam,klucz do rzeki wyrzuciłam,nie pozostaje nic innego niż iść dalej,do przodu. Nie wiem też czy ten blog ma jakiś większy sens. Nie mam siły więcej pisać. Nie mam. Powinnam dojrzeć i nie wylewać gorzkich żali,jak glupiutka nastolatka. Czas zmądrzeć. 


Tak i nie 2017-05-28

Świeżo po koncercie  zespołu LemON. Jedno z moich małych pragnień się spełniło. Koncert był piękny, a ja wróciłam odprężona. Zaczęłam aż żałować, że nie mam wystarczająco czasu i pieniędzy, i towarzystwa, by częściej chodzić na koncerty. Duchowe przeżycie.


Jedna myśl mnie tam nawiedziła pod wpływem tych wszystkich obściskujących się i śpiewających w deszczu parek. Jedna z nich była bardzo blisko mnie, co przy koncertowym ścisku jest normalne. Patrząc na ich wymianę czułych gestów,przestraszyłam się na myśl, że ktokolwiek mógłby być tak blisko mnie i nawet nie w sensie fizycznym. Wystraszyłam się, że ktoś mógłby wejrzeć w głąb mego umysłu i duszy. W końcu jak na wiecznie umartwiającą się z powodu niespełnionej miłości osobę, wręcz przyzwyczaiłam się do tego stanu. Czasem nawet wydaje mi się, że to całe cierpienie wyznacza moje jestestwo. Bo to tak jak gdyby go nie było- nie byłoby mnie. W konsekwencji nie powstałby nawet ten blog. A tak w szerszym kontekście myślę, że gdyby nie te wszystkie niespełnione miłości nie było by nawet epoki romantyzmu, romantyków i powstałych w tym okresie dzieł.


I gdy pomyślę sobie o krok dalej o mnie i tych romantykach wydaje mi się, że my lubimy nasze cierpienie, ba nawet nie umiemy sobie wyobrazić, że moglibyśmy pokochać jakąkolwiek inną osobę. Jakbyśmy byli wręcz niezdolni do spełnionego uczucia i nie umieli funkcjonować w normalnym związku. Może my lubimy cierpieć i potrzebujemy złudzeń jak ryba wody? Lubujemy się w wyobrażeniu o romantycznej, duchowej miłości. Ale właśnie. To tylko nasze wysublimowane wyobrażenie o czymś, czego mieć nie możemy.


 


Kiedyś bardzo wierzyłem w miłość, szczególnie tą nieszczęśliwą. Wmawiałem sobie, że cierpienie uszlachetnia i nadaje uczuciu głębi. Najczęściej uczucie było platoniczne, więc pogłębianie go przypominało wybieranie mózgu za pomocą łyżki. Znasz to?Nie ważne, gdzie byłaś, ani kim byłaś. Imię nie miało znaczenia. To, jaki miałaś charakter nie miało znaczenia. W moich snach, w moich wizjach byłaś idealna.Zajmowałaś moje myśli i stosy zapisanych kartek. Ubierałem Cię w wersy, zwrotki. Budowałem najpiękniejsze zdania. Byłaś moją inspiracją, niespokojnym snem. A ja chciałem tylko jednego.Być Twoją gwiazdą rocka.Czy pragnąłem Cię poznać? Tak mi się wtedy wydawało. Dziś już wiem, że to bzdury. Bo ja nie chciałem Ciebie, ważniejsze było moje wyobrażenie o Tobie. Chciałem wielbić coś nieosiągalnego, postać na piedestale. Co jakiś czas zmieniałem obiekt kultu. Przenosiłem wszystkie moje mrzonki, wszystkie ideały na kolejną, niczego nieświadomą dziewczynę - która była tylko Twoją wizytówką, personifikacją w fizycznym świecie. Dowodem na to, że istniejesz.Byłaś jak Święty Mikołaj. A ja byłem naiwnym dzieckiem, które nie chciało zauważyć znajomych butów wystających spod czerwonej peleryny. (…) Nieszczęśliwa, niespełniona platoniczna miłość, to miłość pieprzonego egoisty. Oczywiście, pozory nakazują wnioskować raczej. Na myśl przychodzą ckliwe, romantyczne uniesienia. Prawda jest jednak inna.Zawsze chodziło o to, czego JA chciałem. Co JA czułem. Ty byłaś tylko nieosiągalnym narzędziem, za pomocą którego miałem odnaleźć szczęście.Miałaś być aspiryną na ból głowy i upragnionym lądem dla wysuszonego rozbitka.Wiesz, dlaczego przestałem dla Ciebie pisać? Zatrzasnąłem kilka drzwi w głowie i wyrzuciłem klucz. Wypromieniowałem siebie na zewnątrz, przyjmując nową strategię. Doświadczać. Sprawdzać zasadność każdej myśli w rzeczywistości. Wybrałem się w długą podróż, która nauczyła mnie życia i zmieniła z chłopca w mężczyznę.Przestałem widzieć Twoją twarz w każdej mijanej dziewczynie. Zacząłem poznawać je - takimi, jakimi były naprawdę. Dawałem im coś, czego nie był w stanie zaoferować przeciętny Krzysiek, który zatrzymał się na etapie zranionego poety. Nie miałem wobec tych dziewczyn żadnych oczekiwań. Akceptowałem ich prawdziwą twarz, zamiast zauraczać się wyobrażeniami na ich temat.Oczywiście, żadna z nich nie dorastała Ci nawet do pięt, jednocześnie jednak - to paradoks - każda była lepsza od Ciebie.Cierpienie nikogo nie uszlachetnia. Nie nadaje niczemu głębi. Zmienia jedynie frajera w nieszczęśliwego frajera. To trucizna podawana facetom od najmłodszych lat w społecznej kroplówce. Środek, który upośledza i zamyka w introwertycznym kokonie. Ideały są piękne, jeśli budowane na prawdzie. W każdym innym wypadku będą zepsute. O zepsutych ideałach najwięcej wiedzą żołnierze, którzy zginęli za ropę i nieszczęśliwi - a po latach już zgorzkniali i zdziwaczali - niepoprawni romantycy.Każdy z nich chce wierzyć w to, że kiedyś Cię znajdzie. Że jesteś im przeznaczona i odwzajemnisz gorące, platoniczne uczucie. Ciepła, kochająca, czuła. Widzisz krwawiące wnętrze, ukryte głęboko pod społeczną maską. Zawsze potrafisz dostrzec drżenie ust komika, gdy ten stoi na scenie sam.Każdy z nich wierzy. I czeka.Tylko dlaczego jakakolwiek prawdziwa dziewczyna miałaby zadać sobie tyle trudu, by przez tę maskę zajrzeć głębiej? Po pierwsze, nikogo nie obchodzą cudze problemy. Po drugie, żadna kobieta nie chciałaby w nagrodę zostać jedynie Twoim odbiciem, marną imitacją. Standardem, do którego nie jest w stanie doskoczyć.Ktoś powinien wykrzyczeć to prosto w twarz tym naiwnym głupcom.”- by V1ncent.pl

Swoją drogą zachęcam do czytania powyżej wspomnianego bloga. Gdybym potrafiła pisać w tak ujmujący sposób !!!


dddddd



„Co jeśli jest tak, że nagle wszyscy umieramy w tej chwili?” 2017-05-15

Friday 12th May, 2017 00:24 am


Większość dni upływa mi w zgoła podobny sposób, kiedy to ostatnie promienie zachodzącego słońca wdzierają się przez okno, a ja mogę podziwiać różnorakie odcienie koloru różowego i pomarańczowego rozlewające się po niebie. Uważam, że to ten jeden z cudów natury, który dostaliśmy na pocieszenie dla innych niedoskonałości tego świata.
Moja współlokatorka i jej chłopak, który już czuje się u nas „bardzo swobodnie” leżą na łóżku. Ja odrabiam lekcje albo sprawdzam jakieś rzeczy w internecie. Leniwie zbliżający się ku końcowi dzień.

Jednak czasem zdarzają się takie, które może nie tyle drastycznie o 360 stopni zmieniają moją perspektywę patrzenia na rzeczy, lecz dają początek jakiemuś nowemu myśleniu. Nie jest ich wiele, ale kiedy nadchodzą wywołują bardzo skrajne uczucia. Tak się działo i wczoraj.


Dostałam wiadomość o tym, że jedna z bliskich mi osób przebywa w szpitalu. Szpitalu psychiatrycznym. O siódmej rano poprosiła mnie w smsie o modlitwę i pomoc. Głodna, zmarznięta popędziłam pod wskazany adres po zajęciach. Nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim sądzić...


W tym domu żywych trupów postacie snują się korytarzami jak cienie. Słychać było, jak posuwistymi ruchami przemierzają w tę i wewte długość korytarza. Ktoś miał na uszach słuchawki, śpiewał głośno i bardzo niemelodyjnie. Inna zaś kobieta wrzeszczała, żeby ktoś jej oddał pieniądze i klucze do mieszkania. Wielokrotnie i przeraźliwie płacząc żądała zwrotu.
W samej sali mieszczącej osiem osób panowała żałoba. I ja się bałam jakkolwiek odezwać i zainicjować rozmowę, zapytać o moją znajomą. Bałam się patrzeć w oczy tym kobietom, bałam się ich oskarżycielskiego spojrzenia. W końcu to ja byłam zdrowa, one musiały tu odsiadywać swoje. W wejściu przywitała mnie jedna z nich. Uśmiechnęła się, co odebrałam za przyjacielski znak, jednak potem ten uśmiech wydał mi się bardziej psychodeliczny. Podała mi swoją dłoń, uścisnęła i przez dłuższą chwilę nie puszczała, co z każdą mijającą, nadprogramową sekundą wydawało mi się co najmniej dziwne. Dwie inne kobiety rozmawiały między sobą o lekach, dzięki którym nie słyszy się głosów, jak o przepisie na domowy rosołek, podczas gdy dwie inne panie usiłowały się zdrzemnąć. Oddychały głośno, a może tłumiły pod kołdrą szlochanie ? Tego nie wiem. Jedna chodziła po pokoju, wychodziła na chwilę na korytarz przynosiła mocno rozwodnioną herbatę i kromki chleba, by potem je zjeść i położyć się na pięć minut do łóżka, które jej wydawać się musiały wiekami. Powtarzała jeszcze tę czynność kilkukrotnie. Inna kładła swoje zakupy spożywcze, wykładała z toreb, jadła część z nich i na prośbę o podzielenie się odparła jednej kobiecie, że jest nic niewarta i jej jedzenia nie da. Potem chowała resztę z powrotem i chodziła po korytarzu. Zaczęła obserwować i mnie. Byłam dla niej nowa na sali, nie miałam mętnego od lekarstw spojrzenia, reagowałam na bodźce szybko zachowując trzeźwość umysłu. Cały czas do siebie mówiła, a gdy zobaczyła, że położyłam się w łóżku znajomej, zaczęła się przeraźliwe uśmiechać. Nie wiedziałam, czy to źle czy dobrze, ale starałam się to odwzajemniać. Chciałam, żeby M już wróciła. Czułam ten ferment, w powietrzu wisiała śmierć. Ludzie jednak jak zauważyłam starają się wypełniać sobie czas, żyć normalnym trybem nadając temu ludzki charakter. Grają w gry, słuchają poważnej muzyki. Z planu wiszącego na ścianie wynikało, że przewidziano też gimnastykę, rozmowy z psychologami, badania itp.
Weszła do sali M z mamą. Na pewno jej się zrobiło milej na sercu, choć w dalszym ciągu była apatyczna. Nie wiedziałam, co mam jej mówić: powtarzać jej jak mantrę, że będzie dobrze? Wolałabym znaleźć jej rozwiązanie tego wszystkiego niż jej cokolwiek wkręcać, zwłaszcza, że teraz może być podatna na każde nieostrożnie wypowiedziane słowo. Opowiadać jej o promocjach w biedronce i kto się zaręczył? A po chuj?

Jedyne, co mogłam zrobić to być. Przytulić ją i wsłuchać się w bicie serca. Tempo umiarkowane. Tylko ona się trzęsła. Ze strachu. Ze strachu przed czymś, co jest dla mnie rozumem nie do pojęcia. Cóż takiego działo się w jej głowie? Wielu tam ma problem z werbalizowaniem swoich lęków.


Po czterogodzinnej wizycie, głodna, zmarznięta, z bolącym zębem opuściłam szpital. Miałam wystarczająco dużo do rozmyślania po całym dniu.


Widok tych ludzi dał mi do zrozumienia, że muszę być silna sama dla siebie, bo nikt inny nie będzie, bym nigdy nie musiała przebywać w tym miejscu dłużej niż te 2-3 godziny podczas wizyt. Dał również, że nie jest ze mną tak tragicznie, jak sądziłam. Pomimo krytycznych momentów, które przeżyłam i pewnie jeszcze nieraz przeżyję nie postradałam zmysłów, co nie było takie do końca oczywiste. Nie mam nawet tyle czasu, nie ciągałabym moich kochanych domowników, a co mowa wiecznie zajętych znajomych, żeby ze mną jeździli po psychiatrykach ani psychologach. Ja naprawdę mam tylko siebie. Tylko ja jestem w stanie zawrzeć ze sobą niepisaną umowę i przyjąć siebie z „całym dobrodziejstwem inwentarza”, na który składają się wszelkie słabości, kompleksy i lęki. Jak nie to kto? Dopiero w otoczeniu tamtych ludzi mogłabym na dobre zgłupieć. Mój stan zatem można opisać jako silne załamanie. Jeszcze nie postradanie zmysłów, co jest względnie kojącą wiadomością.


Podziałała na mnie ta wizyta jak zimny prysznic. Nie jest jednak tak źle bym wcale nie dała rady pchać tego wózka do przodu. Mi brakuje iskry. Siły napędowej.


Dobrze, że jesteś,
bo wczoraj znowu bolało mnie serce,
a ciągle nie mam pomysłu na życie.

Musisz mi pomóc,
bo od szesnastu dni pada deszcz
i życie powoli zaczyna mi się rozmywać.

Miałem iść do dentysty,
ale przybłąkał mi się wiersz o tobie,
no i nie mam go z kim zostawić w domu.

Dobrze, że jesteś,
bo w zeszłym tygodniu „U Fukiera”
śmierć znowu pytała o mnie szatniarza.

Dzwoniłem dzisiaj do ciebie,
ale słuchawka ugryzła mnie w rękę
i pewnie ta rana tak szybko się nie zagoi.

Musisz mi pomóc,
bo jestem zmęczony jak Bóg,
który harował przez tydzień –
i nie stworzył świata...

- Jarosław Borszewicz „
tttt Niestety nie zarejestrowałam autora.               


"Oto są oto wszyscy są przyjaciele moi z wielu stron..." 2017-05-07

Saturday 7th May 00:00


 


I choćbym uciekła na kraniec świata, są rzeczy, które same mnie dogonią i uczepią się jak rzep psiego ogona. Będę je strzepywała z nogawki, a cholerstwo się tak silnie trzyma, że nijak się tego pozbyć. Wraca jak bumerang, tylko z mniejszą siłą. Albo to u mnie zwiększa się odporność, albo ja przestaję cokolwiek czuć. A wczorajszy dzień i jedno spotkanie dało mi znać, że przeszłość dogoni mnie jak charty.
Odwiedzili mnie w Warszawie dobrzy przyjaciele z Poznania. Czasy licealne i te sprawy.
Rozmawialiśmy o studiach, zmianach w naszych życiach, wspólnych znajomych. Lekkie, serdeczne rozmowy i żarty. Wspominanie starych czasów, jak to zawsze bywa. Stresowałam się, że będzie sztywno, ale tak nie było.
I to nie jest tak, że nie byłam przygotowana na pytania o T. Ludzie zawsze będą odnosić się na takich spotkaniach do przeszłości, jakakolwiek ona by nie była. Ale na pewno nie na tak bezpośrednie pytania na temat jego osoby. I kiedy ja naprawdę staram się żyć z obecnym stanem rzeczy, nawet jeśli już innego scenariusza dla siebie nie przewiduję, zawsze pojawi się jakaś rozmowa czy motyw, który znów narobi mi zamieszania w sercu. I czasem naprawdę daję sobie ze wszystkim radę, kiedy nie dopuszczam do siebie żadnych uczuć, żyję mechanicznie. Czasem naprawdę mi się to udaje.

Ale kiedy zostałam sam na sam z J już nie wiedziałam, co mam mówić, ile kłamać, na ile mówić prawdę. I nie dlatego, że mnie jakkolwiek zmanipulował czy jak. Wiedziałam na jakie pytania mogę, a jakie nie chcę odpowiadać. Patrząc na Li i J zdałam sobie sprawę, ile dobrego straciłam w życiu i mogłam zyskać. Ile czasu straciłam. Rozmowa jakkolwiek bezpośrednia,była do głębi szczera. Zobaczyłam w czyiś oczach dla siebie szczere współczucie i ciepłe słowa otuchy. Chyba potrzebowałam konkretnej i życiowej rozmowy z jakimś facetem.


Spotkania nie żałuję i nawet te 4 godziny są niczym w porównaniu z tym, ile mamy do nadrobienia od momentu ukończenia Alma.


I chyba z mojej strony to musiała być oznaka dojrzałości, kiedy po jednej wypowiedzi miałam ochotę jebnąć stół, za którym siedziałam i zacząć na nich wrzeszczeć, żeby przestali i że oni, którzy od tylu lat są szczęśliwi nie mają o niczym pojęcia. Zupełnie o niczym. Ja natomiast uśmiechałam się upokorzona, bo w końcu to moi przyjaciele i nie mieli niczego złego na myśli. Po prostu o niczym nie mieli pojęcia.


Gdzie są moi przyjaciele
Bojownicy z tamtych lat
Zawsze było ich niewielu
Teraz jestem sam


11111


Drogenabhängige Familienmitglieder © Käthe Butcher für DIE ZEIT



In the end all what was bad doesn't really matter 2017-05-06

Tuesday 2nd May, 2017 9:35 pm


Oto jestem. Zrelaksowana po 3 dniowym wyjeździe na Mazury. Jestem w całej swojej okazałości.
Na razie czuję się dobrze, złapałam trochę promieni słonecznych, pięknych widoków i ciszy przede wszystkim. I ze wszystkiego tego powiedzieć Wam muszę, że brak zasięgu i dostępu do Internetu to błogosławieństwo! Wprawdzie przy takim zmęczeniu psychicznym 3 dni to niewiele, ale zawsze będzie to dobrze rzutować na samopoczucie w trakcie najbliższych dni.
Podczas tego wyjazdu dowiedziałam się, że jednak mam lęk wysokości i nie powinnam była iść za tłumem. Sam pomysł parku linowego wydawał mi się bardzo w porządku, trasa z dołu również, jednak kiedy jednocześnie musisz myśleć o wielu rzeczach ze świadomością bycia w górze sprawiła, że stchórzyłam po pierwszej przeszkodzie. Zrezygnowana zeszłam, zdjęłam tę „uprzęż” i położyłam się spłakana w trawie, w końcu zasnęłam. To był taki niestety niemiły akcent na dobitkę, jednak nie on sprawił, że po całym wyjeździe zasypiałam w wytęsknionym akademikowym łóżku zarówno bosko zmęczona, jak i zdołowana.
Krótko mówiąc kiedy robiłam swoje żarty w grupie, by się ktoś tam nie obnosił ze swoją miłością, co robię żartobliwie i wszyscy wiedzą, że nie chcę nikogo zranić ani wywołać gównoburzy; usłyszałam od jednego kolegi, że POWINNAM SOBIE CHŁOPA ZNALEŹĆ.
I wiecie... to nawet nie jest tak, że ten ktoś nie miał racji. Sęk w tym, że mnie można poniżyć czepiając się o wygląd, sytuację finansową, studia, ale o tę jedną rzecz jestem w stanie gotowa rozszarpać każdego niezależnie od zażyłości, wieku danej osoby itp. Tej jednej rzeczy nie ma prawa nikt do mnie mówić. To moje święte prawo do strzeżenia tej sprawy niczym puszki Pandory. W dodatku zwróciła mi na to uwagę osoba, która nie wie o mnie niczego. Nie zna mojej historii, nie wie z jakich powodów znajduję się w takiej, a takiej sytuacji- niczego. Uspokajałam się dobre kilka godzin, zepsułam atmosferę wszystkim, a sama ryczałam w łóżku po wyjeździe w akademiku i najchętniej sama siebie bym utuliła łkającą do snu. A ja w nerwach mu odparłam, że mam do czynienia chyba z nie tym samym poziomem inteligencji i rzucałam jakimiś opryskliwymi tekstami, a sąsiadka musiała mnie uspokajać. Przez następne godziny starałam się unikać kontaktu z tą osobą. W tej chwili czuję pewien niesmak, ale po prostu nie znał mnie dobrze i muszę wziąć na niego poprawkę, gdyż na ogół zachowuje niezbyt poważnie. Czyli jak większość przedstawicieli tejże płci, z jakimi musiałam mieć do tej pory do czynienia.
Jednakże mówiąc to wszystko nie przekreślam całego tego wyjazdu! Wręcz przeciwnie!
Pierwszy raz płynęłam kajakiem, nauczyłam się wiosłować i będę chciała to powtarzać w przyszłości. Okolica w której mieszkaliśmy była piękna, a ja dawno nie widziałam tak gwieździstego nieba. Patrząc w nie bardzo chciałam wierzyć, że jest tam jedna, która świeci tylko dla mnie. Romantyczka, wiem. W naszych domkach panowały spartańskie warunki, a przejście spod prysznica do domku równało się z niemałym wyzwaniem. To wszystko pozwoliło mi docenić mój ukochany akademik na Jasnej Polanie bardziej niż kiedykolwiek.


Thurdsay, 26th April


In the end it doesn't really matter.


Chyba po ponad 4 letniej obecności w blogosferze musiałam dokonać pewnej analizy. Spojrzeć na te wpisy pod względem stylistycznym, ale również rozwoju osobowości, bo przecież jednak się zmieniłam! Usunęłam łącznie 30 z ponad 150 notek. Aż 30, gdyż nie niosły ze sobą żadnej merytorycznej treści, jedynie mało znaczący bełkot licealistki. Kiedyś również zrobiłam mały flashback, jednak nie mogłam wytrzymać bólu płynącego z ich treści. Dziś byłam w stanie chłodno na nie spojrzeć. I usunąć bez sentymentu sporą ich ilość.


Żałuję, że nie miałam lepszego inwentarza językowego by oddać naszą licealną rzeczywistość. Opisałabym życie w internacie. Smak potraw, który pamiętam do dziś. Wyrzucanie za picie, niecne czyny, podstępy, jakże dodające dreszczyku emocji powroty po godzinie 20 i romanse pracowników. Również o tym, czemu na słowo parapet parapet czy lodówka będzie na niektórych ustach pojawiał się lekki, nieznaczny uśmieszek. Niecierpliwe spoglądanie w kierunku drzwi, które wiedziałam, że za chwilę się otworzą, a w nich przedstawi się znajoma twarz. Eskapady po mieście P, chwile, którymi pożądliwie napełniałam płuca jak wiosennym lekkim powietrzem, próbując się przy tym nie udusić na śmierć ze śmiechu dzięki T. Chwytałam te chwile, bo wiedziałam, że będą dla mnie niebawem na wagę złota. Ogólnie mówiąc momenty, w których wydarzenia i emocje z nimi związane mieniły się żywymi barwami i ja przeżywałam wszystko prawdziwiej niż kiedykolwiek. Wtedy pozbawiona wszelkich uprzedzeń, których dzisiejsza ja nie umiem już się pozbyć.


Cofam się na chwilę i myślę, co wtedy zaprzątało moją głowę. Kim byłam wtedy? Co przeżywałam? Praktycznie każda moja notka z liceum to jeden wielki KRZYK ROZPACZY. Bezkształtna galaretowata masa drżąca pod wpływem każdego ruchu. Wiecznie niepewna siebie dziewczynka, która kiedy nie potrafiła opisać swoich emocji rzucała kurwami na prawo i lewo. Krzyk dziecka, które samo sobie nie potrafiło pomóc i otrzymywało ciosy na każdej płaszczyźnie. O infantylnym usposobieniu i nieukształtowanym charakterze. Wychowana w miejscu, w którym spory rozwiązuje się krzykiem i drobnymi rękoczynami, tak samo i klasycznagorzka nie potrafiła rozmawiać nie podnosząc głosu, nie będąc opryskliwą i ofensywną. Ale jak można mieć do niej pretensje, skoro żadnych innych postaw do tamtego momentu nie widziała?


26 sierpnia 2013 roku.


Powstał blog. W rzeczywistości pomysł ten pojawił się już wcześniej, a stronę tę poznałam dzięki mojej przyjaciółce, która swego czasu działała tu aktywnie. Siłą napędową, która do dziś jest obecna w moim życiu jest nikt inny jak T. Nie wdając się w szczegóły to, co mieliście okazję śledzić od dnia 26 sierpnia do dziś to zmaganie się z pewną sytuacją, która wywróciła moje życie do góry nogami, przeżuła mnie i wypluła serwując przy tym twarde lądowanie. Śledzić moją frustrację wynikającą z przyjaźni na odległość, konieczności pogodzenia się z porażką. Ale nie tylko. Również historię pięknej, wymagającej cierpliwości, zrozumienia i akceptacji owocnej relacji. Wyboistej, niełatwej, ale jak się się okazuje i trwałej.
Frustrację, bo po raz pierwszy odebrano mi szansę na coś, co mogło przerodzić się w uczucie, którego nigdy nie było mi doświadczyć od najwcześniejszych lat życia. Przyszło niespodziewanie, ale było zbyt piękne, by być możliwym do spełnienia. Na wyciągnięcie ręki i tak niedostępne.
I tu właśnie starałam się przynajmniej nakreślać drogę w momencie osobistego końca świata.
Nigdy nie było łatwo i nie zabrakło momentów, w których chciałam przerwać tę pępowinę. Relację, którą w swoich pijanych epizodach przeklinałam nad wszystko i momentami jeszcze teraz w chwilach krytycznych nazywam destrukcyjną.
A mimo wszystko nadal trwa. Czas leczy rany, ale również zmienia. I żałuję, że kilka lat wcześniej nie pojawił się ktoś, kto pomógłby mi się z tego podnieść o wiele szybciej. I w ten sposób musiałam sama spędzić nad tym tematem wiele lat, nim zrozumiałam. Sytuacja również zmieniła i mnie. Przez to mam wrażenie, że nigdy nie będę w stanie zakochać się w ten sam spontaniczny sposób, nie zważając na uprzedzenia, nie patrząc na pryzmat ustalonych przez siebie jakiś czas temu kryteriów. Jestem za to cyniczna i to odpycha innych. A co gorsza, zdążyłam sobie przez te lata wytworzyć jakiś niewidzialny pancerz utrudniający innym dostęp... tyle, że nie każdy będzie chciał poświęcić tyle czasu i cierpliwości, aby warstwa po warstwie się przedzierać i próbować mnie poznać...
Obserwowaliście tutaj również moment, w którym kończyłam szkołę średnią,a więc moment dla mnie przełomowy. W momencie uczęszczania do niej wierzyłam w jej wątpliwy dzisiaj prestiż. Przerost formy nad treścią, z którym ledwo dawałam sobie radę. Przywiązywałam się do cyferek i słów nauczycieli, jakby miały decydować o mojej przyszłości. A wcale nie zadecydowały, gdyż z dwójkami i trójkami na świadectwie dojrzałości jestem na drugim uniwersytecie w kraju. I czy cel ten dał mi uczucie spełnienia? Odpowiedź już znacie sami.
Również burzliwe ze względu na przygotowania do matury, moje podbramkowe sytuacje z zagrożeniami i spór klasy z wychowawcą, który urósł do absurdalnych rozmiarów, aż wydostał się poza szkole mury, by trafić na wokandę.
Ponadto samo miasto P, jak i ludzie nie dawali mi zapomnieć o T. Wydawałoby się, że moim jedynym zmartwieniem i zajęciem na tamten moment było uczenie się do matury, ale targały mną wówczas sprzeczne emocje, co sprawiało, że nauka była o wiele trudniejsza. A ja sobie po wcześniej wspomnianej sytuacji życia ułożyć nie umiałam. Moment mojego największego upadku na duchu, który okazał się odbił się w przyszłości głośnym echem.
Nauką nauką, ale udawało się naszej Gwardii jeszcze zebrać na piwo, co w tej chwili uważam za niemały sukces. Nikt wtedy nie mówił o ścieżkach kariery, konferencjach, wakacjach na Malediwach, stażach, ślubach, dzieciach, bo też nie wiedzieliśmy zbytnio, co mamy o tym wszystkim myśleć. Część miała jedynie jakieś swoje związki, z czego mogę na palcach jednej ręki zliczyć, które przetrwały. Z perspektywy czasu śmieszą mnie one przeogromnie. W końcu były takie na zawsze i miały przetrwać katastrofy naturalne, przeciwności losu, a przy odległości związek jakimś cudem egzaminu nie zdawał! Czego się oni wszyscy spodziewali? Mieliśmy mgliste pojęcie o wkroczeniu w dorosłe życie i studiach, a co mowa o dalszej przyszłości. Był to również wysyp osiemnastek osób, z którymi mam w większości sporadyczny kontakt. Wówczas uważałam, że te chwile były dla mnie cenne, teraz wiem, że to były tyle warte ile tombak, bo jak widać poskutkowały urwaniem kontaktu i zatarciem się w mojej pamięci związanych z tymże ludźmi wydarzeniami.
Nie tylko pod względem inteligencji emocjonalnej jest widoczny u mnie widoczny postęp. Również pod względem stylistycznym notki dużo zyskały. I to chyba jedna z niewielu zasług moich studiów. Tu zaczęłam się poprawniej wysławiać i szanować język. Śmieszy mnie w tej chwili scenka z liceum, kiedy ja sama śpiąca w ostatnich ławkach na języku polskim powtarzająca wszystkim z uporem maniaka, że język polski mi się w życiu nie przyda! Przecież ja muszę powtarzać słówka na niemiecki! ;))))
W końcu udaje mi się utrzymać notki w pewnych ramach zachowując kolejność. Wywód również stał się jaśniejszy, bo w końcu i ja rozumiem siebie samą dużo lepiej. Nie na darmo spędziłam długie 4 lata na wewnętrznym monologu i terapii zarazem. Leczeniu duszy i serca. Efekty nie są do końca takie, jakich bym sobie życzyła, ale mogło być gorzej.

Od momentu odebrania wyników matur i ogarnięcia tęsknym spojrzeniem budynku Alma Mater jeszcze jeden wątek nie dawał mi spokoju, a co gorsza wywołał niemałe wyrzuty sumienia, które zdołałam niedawno uciszyć. I tak naprawdę po rozpoczęciu studiów nie zaczęłam żyć nowym życiem, niepodobnym do dotychczasowego. Zostawiłam za sobą miasto P- miejsce, do którego będę wracała z sentymentem, przypominające o bardziej lub mniej miłych wydarzeniach i ludziach. Smutno mi tylko, że wszystkie pozytywne zmiany (np. zmiana wicedyrektora na mojego ukochanego nauczyciela języka angielskiego), jakie zaszły w Alma dokonały się po naszym odejściu. Do Warszawy przyjechałam zaś przerażona, z dozą pewnych doświadczeń, niewyjaśnioną sprawą i uprzedzeniami do miasta stołecznego, jak i jej mieszkańców. I tak naprawdę dopiero w trzecim roku mojego mieszkania tutaj mogę powiedzieć, że się przyzwyczaiłam do życia w stolicy, która wcale nie wydaje mi się tak ogromna. Mokotów zaś traktuję jako małe miasteczko, w obrębie którego załatwiam swoje sprawy. Nie czuję się tu tak źle, jak rok czy dwa lata temu, choć anonimowość i samotność w tłumie nadal mi doskwierają.


Ratujcie tych zagubionych,
bo inaczej nikt ich nie uratuje.
Przytulajcie tych złaknionych,
bo inaczej umrą z bezsenności.
Całujcie tych niekochanych,
bo unosi nawet garstka miłości.
Rozmawiajcie z głuchymi,
bo nawet oni słyszą głos serca.
Nasłuchujcie świata z milczącymi,
bo nawet oni krzyczą ciszą.
Bierzcie na barki cudze krzyże,
bo jest im za blisko do ziemi,
a do człowieka powinno być bliżej.
Oddajcie innym część swoich problemów,
bo już niejeden próbował sobie sam radzić
i z samotności zaniemógł.   by "Jesteśmy dorośli. Kiedy to się stało? Jak to zatrzymać?"



Unter meiner Haut 2017-04-13

Thursday, 13th April, 2017 20:10
 
Wleciała jak burza z piorunami i co nieco Wam opowie.
Nie wiem, czy śledzicie, ale kilka dni temu był Światowy Dzień Zdrowia poświęcony depresji. W tym dniu poleciłam komuś pójście do psychologa. Komuś, kto tego niezwłocznie potrzebuje. Co z tym zrobi, jego sprawa.
Ale też zrobiłam sobie swoje osobiste zestawienie po moim długotrwałym doświadczeniu ze zbliżonym do tego zjawiskiem. Zbliżonym, bo tak naprawdę ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy to już dawno depresja czy długotrwały dół. Kiedy jest cholernie źle, jestem w stanie przysiąc, że to jest w rzeczy jasnej ona, ale kiedy zdarzają się momenty krótkotrwałego szczęścia, odrzucam szybko tę myśl. Niezależnie od tego, czym ten stan jest, zasiał on niemałe spustoszenie w moim życiu.

Zacznę najpierw od tych mniej przyjemnych rzeczy, by zakończyć pozytywnym akcentem.


MINUSY


1. Mam problemy z zapamiętywaniem i koncentracją. Uczę się wolniej niż kiedykolwiek, potrzebuję więcej wysiłku by coś zapamiętać. Wszystko mnie rozprasza, a najbardziej komputer, na którym muszę najwięcej pracować. Czuję się, jak starzec, który chce chodzić i biegać jak dwudziestolatek, pamięta jak to robił, ale gdy próbuje, jest świadomy, że jego ciało mu na to nie pozwala. Powłóczy kończynami, zmusza je do wysiłku- przecież siłą woli na pewno je zmusi i znów będzie pędzić z wiatrem! Nic z tego, pada zmęczony po kilku metrach. Ociera pot z czoła szmacianą chusteczką, ukradkiem i łzę. Czuje się przegrany! Ktoś go tu oszukuje! Przecież jeszcze niedawno był najlepszy w biegach w podstawówce! Kiedy to się stało?
Ja też pamiętam, kiedy byłam w stanie zapamiętywać spore ilości materiału. Teraz chce mi się płakać, kiedy nie tylko nie jestem w stanie tego przyswoić, ale również nigdy nie wykorzystam w przyszłości...Boję się, że naukowo się cofam, a największy rozwój mojego mózgu miał swoją świetność w gimnazjum i że potem następowała tylko regresja... I w konsekwencji tego ciężko jest mi się wywiązywać na czas z różnych obowiązków. Boję się, że będzie to miało wpływ na moją dalszą naukową/zawodową ścieżkę.
2. Wybrakowanie z uczuć. Stan na dzień dzisiejszy: Nie chcę niczego od nikogo. Nie jestem nikomu niczego w tej kwestii zaoferować. Niech mnie tylko nikt nie gnębi, nie poniża i nie zmusza do tego bym czuła się nikim poprzez ciągłe porównywanie się na sukcesy i związki.
W tej chwili jedyne, czego bym pragnęła jest to, by ktoś przywrócił mi stan psychiczny chociażby z drugiej klasy liceum, zanim się zaczęło to piekło, albo do drugiej gimnazjum, kiedy naprawdę chciałam się uczyć, miałam znajomych, nawet jeśli mocno ograniczonych i powierzchownych. Nie był to wprawdzie najszczęśliwszy czas, bo ja byłam tym frajerem, który odrabiał lekcje dla wszystkich, a moje wiejskie damy zbierały Walentynki od wiejskich amantów i z nimi tańczyli oni na wszystkich szkolnych dyskotekach. Ale czego nie robiło się dla uczucia przynależności nawet w tak prymitywnej społeczności, kiedy jest się w środku emocjonalną papką, która drgała za każdym razem, gdy się coś mówiło na jej temat za plecami. A nawet jeśli się nie mówiło, sama sobie to dopowiedziała i w tenże sposób wpadała w sidła własnej obsesji.
Jeszcze wtedy nie dopuszczałam myśli, że może mi się coś w naukowych kwestiach nie udać, że będę wieść życie, które znienawidzę i każdego dnia będę oglądała szczęśliwych ludzi, którzy będą na moje „wymyślone cierpienie” patrzeć z dezaprobatą. Przecież sobie wmówiła.

3. Pozrywałam sporą ilość kontaktów. Niektóre mi się osłabiły. Jedno załamanie odczułam silniej w okolicy zeszłorocznej majówki, gdy chodziło o chrzciny. Bo ja naprawdę nie chciałam obciążać się psychicznie bardziej, niż byłam w stanie to udźwignąć. Nie chciałam też robić rzeczy wbrew sobie, tylko dlatego, że „wypada”. Poskutkowało to bym, że usłyszałam podczas Świąt Bożego Narodzenia, że UWAGA CYTUJĘ! ACHTUNG ZITIERN NACH... QUOTED BY: „ rodzina się od Ciebie odwróciła, bracia się odzywać nie chcą, Szatan Cię opętał i masz do czynienia z szatanem. Bóg Ci nie dopomoże”. Piękne prawda? Z tego też powodu spędzam tegoroczne Święta Wielkanocne sama. Nie będzie mi łatwo i już to czuję po dwóch pierwszych wolnych dniach. Muszę się jednak przyzwyczajać. Nigdy nie wiadomo. Jakkolwiek cholernie potrzebowałam silnego wsparcia, tak zostałam kopnięta w dupę. Kopnijcie leżącego. Miejcie pretensje do garbatego, że ma proste dzieci!

PLUSY


Tak, takowe również się pojawiły, choć dostrzeżenie każdego z nich przyszło z niemałym trudem, ale są!



  1. Zaczęłam analizować sytuacje i ludzkie zachowania. Zastanawiać się, co zrobiłam nie tak, co mogłam inaczej- po prostu chciałam poznać różne punkty widzenia ludzi i uwarunkowania zachowań.
    2. Co za tym idzie zaczęłam również szukać w głąb siebie, stałam się wrażliwsza. Robię to, czego kiedyś nie miałam w zwyczaju- nazywam swoje uczucia. Nadal pozostaję restrykcyjna, co do swoich zasad, jednak trochę „przytemperowałam się”. Pod tym mam na myśli, że jestem mniej bezwzględna. Jestem w stanie zaakceptować pewne rzeczy, jednak to określonego stopnia. Tym samym stałam się bardziej wyrozumiała dla osób wokół.
    3. I koniec końców: Doceniam osoby, które są przy mnie na co dzień. Za to, że ktoś poświęca mi godzinę swojego życia na rozmowę telefoniczną, popisze ze mną na fb, wyjdzie na spacer lub gdzieś wyjedzie. Choć na chwilę, naprawdę poprawia mi to nastrój.
    4. Doceniam piękną pogodę. Czuję odczuwalną zmianę nastroju, dopada mnie chwilowa błogość i radość. Mam siłę jakkolwiek toczyć mój syzyfowy głaz ku górze. Chociażby do końca tego dnia.

Zum guten Letzt: Nie ignorujcie osób, które mają tendencje do częstego wpadania w zły nastrój i pesymistycznego myślenia! Wielu ludziom wydaje się, że takie jednostki rodzą się z wszczepionym chipem pt. NEGATYWNE MYŚLENIE. Czy naprawdę wszyscy uważają, że ich misją jest uprzykrzanie życia wszystkim innym przez ciągłe narzekanie? Nie należy ich pozostawiać samym sobie. Osoba w depresji jest w stanie posunąć się w ostateczności do najgorszego! Gdy mam gorszy dzień, gdy nikt nie chce mnie słuchać, albo ludzie patrzą na mnie i kiwają mi z powątpiewaniem głową, mam wrażenie, że muszę to wykrzyczeć wszystkim ludziom. Aż wypluję płuca i flaki. Z prostej przyczyny: Ludzie w tej „rzeczywistości ciągłej sprzedaży” agresywnej autopromocji i wręcz obowiązku bycia szczęśliwym wykreowanym przez wszelkie media, nie widzą miejsca dla tych, którzy za ścianami ich mieszkań, na ulicach, przystankach, za biurkiem obok, leżących obok w łóżku zmagających się każdego dnia z prozaicznymi, codziennymi czynnościami. Nie chcą widzieć ich i ich problemów. A te osoby mają ku temu swoje uzasadnione przyczyny! Nikt nie chce być nieszczęśliwy, czyż nie zostaliśmy przecież stworzeni do tego, by być szczęśliwymi? Przecież kto chce się przyjaźnić z kimś, kto ciągnie w dół, kto mówi przygnębiające rzeczy, kto nie ma nadziei na lepsze jutro? Przecież lepiej spotykać się z kimś, kto odnosi sukcesy, dużo podróżuje i na każdą okazję ma anegdotę z innej wycieczki, sypie jak z rękawa żartami. Wiem, bo przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy w najbardziej krytycznych momentach miałam ochotę by ktoś mnie zwinął w kaftan i pozwolił poleżeć na podłodze i popatrzeć w sufit albo gdy ze złości chciałam walić w ściany, szafy, tylko przed tym mnie powstrzymywała perspektywa złamanych rąk. Zadziwiającym trafem nikt nie miał wtedy czasu.
Po prostu dajcie im silne oparcie. Czy tego chcą, czy nie chcą. Stay, if you love.

Cieszy mnie natomiast, że coraz częściej mówi się na ten temat. Że celebryci zaczynają otwarcie przyznawać się do tego w wywiadach. Do pomocy psychologicznej. Dzięki temu problem nabierze realnych kształtów i nikt nie będzie mówił o depresji mówił, „ktoś o tym słyszał, ale nikt nigdy nie widział”. I nikt nie będzie się wstydził mówić o wizycie u psychologa, o używaniu słowa depresja podczas sytuacji towarzyskiej, jak w u moim pięknym domostwie nie istniało słowo seks. Za to i wszystkie obraźliwe, opryskliwe i obrzydliwe wyrażenia, tyczące się tematu materiały, i owszem. Ale do tego być może przy sprzyjającej okazji kiedyś wrócę.


"Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata,
za niepewność - wśród jego pewności,
za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych,
zarażając się każdym bólem,
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna,
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi,
bądźcie pozdrowieni.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia,
i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie,
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością,
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie do tego co być powinno,
za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane
ukryte w was.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę,
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk,
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.
Bądźcie pozdrowieni
za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -
(niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli
poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować,
że jesteście leczeni zamiast leczyć świat,
za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę,
za niezwykłość i samotność waszych dróg,
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi."



Kazimierz Dąbrowski "Posłanie do Nadwrażliwych"


Z ostatniej chwili:

  1. Wysłałam zgłoszenie na wolontariat w Poczdamie. Nie wiem, co z tego wyjdzie, gdyż mogą nastąpić komplikacje w związku z obroną, ewentualnymi zaliczeniami i samym drugim etapem kwalifikacji do wolontariatu. Zobaczymy. Ale wiecie co? Przynajmniej nie będę płakała, że nie spróbowałam.

  2. Wyszarpałam moje kwalifikacje i ostatnie pieniądze. Au revoir!

  3. Licencjat. Część praktyczna. Czas przerwać zastój przed wyjazdem na Mazury!!!


 



"Szeroko zamknę oczy nam" 2017-04-07

Garść absorbujących mnie na tę chwilę rzeczy. Let's begin the story.


   Wyobraźcie sobie, jakiego doznałam mindfuck'u, gdy okazało się, że tak blisko mnie miesiącami rozgrywają się akcje, których nie jestem nawet świadoma. Działy się za moimi ścianami, na dobrze mi znanych długich, jasnych i głuchych korytarzach. Świadkami tych wydarzeń i jednocześnie powiernikami tajemnic były tu zimne i masywne parapety, drewniana podłoga obsypana popiołem papierosowym. Za drzwiami pokoi o kredowych ścianach następowały wymiany spojrzeń, słów i gestów, które często nie powinny się wydarzyć. W murach budynku, w miejscu zwanym Jasną Polaną kryje się zapewne jeszcze wiele tajemnic i zagadek, o których nie mam do tej pory pojęcia. Ale to chyba dobrze. Mój dom od 3 lat sam mnie przed nimi chroni. I czuję się w nim bezpiecznie, nawet jeżeli dzieją się dla mnie tu mało przyjemnie rzeczy. Nie bez powodu zawsze omijają mnie wszystkie afery, bójki i inne wydarzenia, które docierają do mnie pocztą pantoflową z opóźnieniem.


   Akademik jest moim domem. Nigdy w to nie wątpiłam zgaszając za każdym razem światło po innych osobach w łazience i kuchni, patrząc z politowaniem i irytacją na naszą pijacką Radę Mieszkańców, która właśnie zaśmiecała na zewnątrz teren DS. Akademik to dla mnie to nie tylko jedyne miejsce, do którego mogę wracać bez obaw, ale to również postać mojego ulubionego portiera. Mogłabym śmiało powiedzieć, że mentora duchowego, który podzielał takie same problemy młodości jak ja w tej chwili. Utworzyła się między nami nic porozumienia od pierwszego dnia, gdy przeprowadziłam się na Jasną Polanę. Głównie ujęła mnie jego wrażliwość i analityczne myślenie w kontekście zachowań ludzkich, a co najważniejsze otwartość i przyjacielskie podejście do młodzieży. Mało kto jak on wierzy, że dam sobie radę. Widzi we mnie chyba lepszą osobę niż w rzeczywistości jestem. Wierzy bardziej niż ja sama przez całe swoje dotychczasowe życie. I co najsmutniejsze: dlaczego dopiero sześćdziesięcioletni mężczyzna wie, jak wychwycić piękno kobiety oraz traktuje ją z należytym szacunkiem? Podobno mam anioła w oczach. Tak zawsze mówi. Ciekawe. Ale tak... oczy w sobie lubię najbardziej. Głównie ze względu na trudny do zdefiniowania kolor. Ich błękit przypomina mi niebo w letni dzień albo przejrzyste wody laguny. Źrenica jest zaś otoczona pomarańczową obwolutą. Tajemniczy kolor muszę przyznać.
   Tylko jak ja nie zauważałam wydarzeń skoro działy się pod moim nosem? Pomijając moją gruboskórność, zatraciłam dodatkowo gdzieś swój instynkt i dobre wyczucie sytuacji. Jeszcze kiedyś byłam w stanie wyczuć w powietrzu, że coś się dzieje.
Stosunku do osoby mi bliskiej sytuacja ta nie zmieniła. Pokazuje tylko, że pod wpływem emocji jesteśmy w stanie zrobić rzeczy, o które siebie samych nie podejrzewamy. Jak to ludziom się w jednej chwili komplikuje wszystko! A gdy górę biorą uczucia, tym bardziej. I wiecie co? Bardzo często złe i smutne rzeczy dzieją się osobom, którzy na to nie zasłużyli... Życie pisze różne scenariusze... aż strach myśleć, co będzie dalej, skoro na dobre się nie zaczęło! Relacje międzyludzkie to jakaś paranoja!

Jestem w swojej marnej egzystencji naprawdę ślepa na to co się dzieje wokół. I zaczynam w tym całym szaleństwie myśleć, ze los daje mi jakieś znaki. Bo jak inaczej wytłumaczycie mi to, że po raz n-ty raz śni mi się ciąża i wszystko z nią związane? Czasem jestem w śnie sama ciężarna, czasem obserwuję inne kobiety, czasem pojawia się w nim poród itp. To się zaczęło w liceum. W większości przypadków budziłam się zdyszana, sparaliżowana próbując zyskać rozeznanie w miejscu, w którym się w danej chwili znajdowałam. Na chwilę traciłam panowanie w kończynach. Tylko na chwilę. Już dobrze, klasycznagorzka. Dobrze. Możesz powrócić do krainy snu. Śpij już słodko. Oddech nabiera normalnego tempa, przytulam się do poduszki i pozwalam sobie odpłynąć w nieznaną otchłań. Nie wiem o niej zbyt wiele, jedynie tyle, że będzie mi w niej dobrze i nie będę się o nic martwić. Jest wielka, nie ma określonego kształtu. Przybiera taki, jak w danej chwili mi się podoba. Może być wielką łąką usłaną morzem kwiatów. Może być tak, że los próbuje mi zwiastować jakąś zmianę. Niech robi to do cholery w bardziej wyraźny sposób! Ja naprawdę jestem ślepa na tego typu przesłanki. Jedyne znaki, jakie zauważam na swojej drodze to zazwyczaj zakazy parkowania i przejście dla pieszych...


Śmieszne, bo śmieszne... otóż oświeciło mnie. Lepiej późno niż wcale, ale zawsze jestem o kroczek do przodu. Wiecie... niezmiennie od kilku lat byłam święcie przekonana, że pewien motyw, sytuacja prześladuje mnie, że ktoś specjalnie mi zsyła wszystko, co z tematem związane. I wiecie? Nieprawda. Nieprawda. Nieprawda. Po prostu jest temat coraz częściej poruszany w mediach. Jako, że ma trafić do szerokiego grona odbiorców, obija się również o moje uszy, co powoduje lekkie ukłucie w sercu. Bądź co bądź nie jest to skierowane w moją osobę. Nie jest.
A co bardziej mnie raduje, nawet jeśli wymagało ode mnie kilku lat psychicznej męki: Jestem w stanie rozmawiać z innymi ludźmi, tutaj w Warszawie o tej całej sytuacji. Gdy zrobiłam to ostatnio odczułam niesamowitą ulgę. Byłam wolna. Tylko prawda może wyzwolić.
Mówiłam o tym, jak o każdej innej rzeczy, która się może w życiu zdarzyć. Mądrzejsza, dojrzalsza ja. Do tego właśnie muszę dążyć nawet małymi kroczkami. Dzięki temu zdarzeniu być może będę kiedyś tym, kim chciałam. Silną psychicznie, twardo stąpającą i decyzywną kobietą. Mal sehen, was die Zukunft bringt.

A z uczelni też wyniosłam ostatnio jedną lekcję dla życia. Moja grupa wie, że sobie ostatnio słabiej radzę. Sama im powiedziałam, by dziewczyny wiedziały, z czego wynika moje milionowe zapytanie o pracę domową. I tym samym wysunęłam się na ostrze noża pokazując swoją słabość. Po dwóch drobnych, aczkolwiek mało przyjemnych sytuacjach zobaczyłam, że oczekuję od ludzi zbyt wiele. A przecież to była tylko prośba z mojej strony o zrozumienie. Najwidoczniej jest tak, że jeśli ktoś przez chwilę nie straci kontroli nad własnym życiem, nie znajdzie się na dnie- nie zrozumie. Może rzeczywiście powinnam przy wszystkich dostać jakiegoś ataku czy na wózku wjechać do sali, żeby spojrzano na mnie łagodniejszym wzrokiem?


Wypoczęta po weekendzie, bo zostawiłam za sobą na 2 dni wielkomiejskie życie na rzecz wielkiego, jednorodzinnego domu wyposażonego w zabytkowe meble, z ogrodem, dwoma kotami. Do pewnego momentu w życiu bardzo rozczulały mnie takie ckliwe obrazki niedzielnych obiadów, typowego rodzinnego bałaganu w domu, który wskazywał na to, że tu się mieszka i to całkiem szczęśliwie; zadbanego ogrodu z huśtawkami, piaskownicą, żywopłotem i tujami. Teraz było jednak inaczej. To wszystko nadal sprawiało na mnie wrażenie, jednak teraz nie czułam niczego. Nie czułam jak niegdyś błogiego szczęścia patrząc w niebo pełne gwiazd przy świetle ogniska w dobrym towarzystwie. Ja nawet tamtego wieczoru nie potrafiłam się upić! Nie czułam alkoholu nic a nic! Oczywiście, byłam zadowolona ze zmiany otoczenia, nawet jeśli to trwało dwa dni, jednak nie potrafiłam wykrzesać z siebie szczerej radości, no może z wyjątkiem momentu kiedy graliśmy w siatkówkę. Bardzo potrzebuję biegać, ćwiczyć, cokolwiek. I martwi mnie ten stan 'nicnieczucia'. Jak długo to może trwać? Co musiałoby sprawić, że ta skorupa pęknie? Czy to się kwalifikuje do leczenia?


Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił. a miłości bym nie miał, byłbym niczym. „ 1 List do Koryntian 13- Hymn o miłości


Doniesienia z dni ostatnich:

  1. W przeciągu 3 dni muszę napisać szybko list motywacyjny na wolontariat.


  1. Majówka na Mazuraaaaaaaach! Pewna informacja! Domki zarezerwowane. Wycieczka z ludźmi z akademika! Cieszę się bardzo. Mam w końcu na co czekać, motywację do pisania tego licencjatu.

 

Sunday, 9th of April 2017


   Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. I właśnie musiałam się wpakować do niej po raz drugi, żeby odczuć prawdziwość tego powiedzenia. Czy jestem rozczarowana? Nie bardzo. Tylko się upewniłam, ile racji w tych słowach jest zawartej.
Mogę w tej chwili powiedzieć, że MIAŁAM znajomego oraz że zrywałam znajomość, by do niej potem powracać. Bardziej z sentymentu. Nigdy nie myślałam o niej w przyszłej perspektywie, nie inwestowałam w nią większych uczuć. Była to jedna z najdłuższych znajomości jaką zawarłam przez internet. Na interpalsie. Na początku no pisanie, jak pisanie. Szczerze mówiąc nie wiem, jak to się stało, że nasz kontakt utrzymał się przez 3 lata. To nawet nie przywiązanie tylko chęć popisania z kimkolwiek po angielsku. Wiem, jestem wyrachowana. I wiecie co? Żadna z moich internetowych znajomości nie była owocna. Z żadną z osób z interpalsa nie chciałam się nawet spotkać. Nie przeżywałam tych osób, bo nigdy nie miałam ich nawet zobaczyć. W przeciwieństwie do tych zawieranych w świecie realnym, nie odczuwałam straty.

Mam być szczera? Nie wyciągnęłam dla siebie żadnych wartości ani niczego dobrego płynącego z relacji. A zazwyczaj, gdy brnę coraz bardziej w relacje z innymi ludźmi, ktoś zaprasza mnie do swojego świata, uczę się czegoś dla siebie. Tutaj tego nie było. Praktycznie od listopada kłóciliśmy się tygodniami. Ja w ten sposób dowiedziałam się, że jestem zakłamana, a mój kolega nie ma żadnych benefitów z tej znajomości. Jakich benefitów KURWA? Denerwowało mnie to, że nasze rozmowy nie mają najmniejszego sensu, lecz był to jakiś szum taki jak w popsutym odbiorniku telewizora. Paplanie o niczym życiowym. Irytowało mnie inicjowanie rozmów oraz moderowanie ich. Były prowadzone w większości przeze mnie i o mnie.


Do kurwicy doprowadzało mnie naleganie, bym opowiedziała o swojej historii z T. Zablokowałam mu kontakt do mnie w każdy możliwy sposób na wiele tygodni. Naglił, wypisywał do naszej wspólnej znajomej. Głupia klasycznagorzka, która wiele do stracenia nie miała uległa. Po prostu chciałam wiedzieć, co ma mi do powiedzenia po tylu tygodniach. Głupia ja oczekiwałam całego eseju, jak to bardzo mnie potrzebuje. Marzycielska Ja. Albo raczej próżna i łasa na słowa.
Na początku niby sobie wyjaśniliśmy wszystko, co zostało zrobione i powiedziane źle. Sytuacja była poprawna przez jakiś miesiąc. Później zaczęło się mijanie, unikanie rozmów. Bo albo któreś zmęczone, czasu nie ma itd. Kiedy już był czas i pytałam o czym porozmawiamy było NOTHING. Kiedy pisałam sama długie wiadomości odbijały się one echem, bo nie chciało mu się ich czytać. Nie tego się spodziewałam. Myślałam, że kiedy się psuje obie strony dążą do tego, by to naprawić. Ten najwidoczniej uznał, że sytuacja jest stabilna i nie musi się nawet specjalnie starać. To mnie tylko upewniało, że na siłę nie można niczego sprawić. Kiedy zwróciłam mu uwagę na to, jak wyglądają nasze ostatnie rozmowy odpowiedział OKIE.
Czemu się nie udało?
Może nie dla mnie są ludzie i kultura takiego kraju.
Ja w sumie nie wiązałam żadnych planów co do tej znajomości.
Bo miałam do czynienia z zakutym na różne kwestie łbem, któremu po angielsku było za ciężko zrozumieć pewne rzeczy.
Miałam dosyć roztrzęsionego, spizganego 24 letniego chłopczyka, który mi się żali, że nie miał dziewczyny,a waginy sobie musi w internecie oglądać (tych informacji można było mi oszczędzić tak przy okazji). Który w swoim życiu przejawiał we wszystkim bierną postawę. Wiecznie rozedrgany, a jednocześnie głuchy na słowa innych.Nie mam siły potrząsać tym człowiekiem. Przepraszam, robię się strasznie nerwowa, jak nie agresywna w stosunku do takich chłopczyków. Żyję w dobie kryzysu ekonomicznego, wartości i męskości. I czekam na mój osobisty cud, który zmieni moje zdanie w tej ostatniej kwestii. A ten póki co nie nadchodzi.


Co byś zrobiła gdybyś mogła manipulować przeszłością?


Obejrzałam ostatnio „Efekt motyla”. Zrobił na mnie duże wrażenie.
Owszem zdarza się nam od czasu do czasu myśleć o alternatywnych wersjach naszego życia. Jednak przechodzimy z obecnym stanem do porządku dziennego. W końcu jak można myśleć tak wiele o czymś, co się nigdy nie wydarzy?
Nie zdawałam sobie sprawy, jak duże znaczenie dla biegu wydarzeń mają pojedyncze słowa i czyny. Że mogą wywrócić życie ludzi do góry nogami.
W takim razie na ile położenie w którym się obecnie znajduję jest zdeterminowane przez moje świadome decyzje, a na ile przez czysty przypadek? Jedyny wniosek jaki mi się nasunął był taki, że i tak się tego nie dowiem. Muszę po prostu wszystko przyjąć takie, jakim jest.
Jednak wydaje mi się, że jest parę rzeczy, które powiedziałabym samej sobie sprzed kilku lat.


  1. Niestety nie miałabym wpływu na najboleśniejszą dla mnie sytuację. Jednakże zrobiłabym wszystko, by pozbierać samą siebie o wiele szybciej. Tak, bym nie stała się uczuciowym wrakiem, jakim jestem teraz. Pozwoliła sobie na prawdziwe zainteresowanie drugim człowiekiem i przeżycie uczucia, którego łaknęła przez całe życie.




  2. Nie potraktowałabym jednej osoby na tyle hardo, by potem móc przekuć znajomość w przyjaźń. Może nawet pomogła się ogarnąć psychicznie. W tej chwili osoba ta chyba ode mnie nie potrzebuje ani dobrych słów ani pomocy ani niczego.




 Może lepiej sobie tłumaczyć, że każda z tych rzeczy miała jakiś sens? I rzeczywiście zapobiegłabym kłótniom, gorzkim wymianom zdań, przeprowadziłabym potrzebne rozmowy, ale nadal nie wybrałabym innej szkoły średniej. Znów zamieszkałabym w internacie, potem akademiku. Nie jestem jednak pewna, czy wybrałabym UW raz jeszcze. Czy zamieszkałabym w Warszawie? Poznała tam kogoś? Albo chociażby gdybym wiedziała o istnieniu drugiego wydziału lingwistyki?  Czas pokaże daleko idące skutki moich wyborów wkrótce. Najbliższe będą widoczne po obronie i ogłoszeniu wyników na wolontariat. Jutro mam deadline na wysłanie zgłoszenia.


 


 





 



" Me serce bije i tak na przekór dniom" 2017-03-24

Friday 24 March 2017 12: 46 am


Spóźniona o całe życie.
Pierwszy tego dnia łyk kawy dotyka mojej duszy, co oznacza, że mogę pisać. Za około dwadzieścia minut kofeina powinna zacząć działać, toteż im dalej, tym lepsza będzie stawała się dzisiejsza notka. Jej ciepło rozlewa się po moim ciele, umysł staje się jaśniejszy i powoli zapominam o bolącym brzuchu. W tym towarzyszy mi również przepyszna, aczkolwiek poszerzająca moje już pokaźne biodra czekolada Milka Oreo . Także wróciłam, bo mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia i opisania.

Co się uczelni tyczy jestem na etapie trzeciego rozdziału, tj. części teoretycznej i jak do tej pory szło opornie, teraz będzie nie lepiej. Nie nastawiam się na obronę w pierwszym terminie. Chcę rozłożyć siły i obronić się nawet w najpóźniejszym terminie w lipcu. Potrzebuję komfortu psychicznego. Wolałabym nie robić tego we wrześniu, gdyż co do września i wykorzystania miesięcy późniejszych pojawia się pewna szansa. Wprawdzie nikła, ale chyba powinnam spróbować. Inaczej znów będę żałowała, jak wszystkich innych rzeczy w swoim marnym żywocie. Co do samej obrony marzy mi się jedna rzecz: Chciałabym, żebym po jej zakończeniu czekał na mnie ktoś, na kim mi zależy i vice versa. Z pięknym bukietem róż. I ja rzuciłabym się mu na szyję wykrzykując, że zdałam! Zdałam na czwórkę i zrozumiałam pytania Austriaka i wcale się nie zacięłam, i dałam radę! Chciałabym przynajmniej. Oczyma wyobraźni jestem w stanie ujrzeć ten ujmujący obrazek. Nawet poczuć zapach kwiatów i ich kolce. Jednak wyobraźnia płata figle, a my istoty słabe łatwo ulegamy marzeniom, snom i innym złudzeniom.


Ostatnio przebąkiwałam o Erasmusie. Bo rzeczywiście o nim myślałam. Przez małą chwilę. Stwierdziłam, że i tak nie mam planów na następny rok akademicki, a ta cała moja nauka niemieckiego póki co jakaś owocna nie jest. Przeraziły mnie kwestie finansowe. Wypisywałam w tamtym czasie do wielu osób mających styczność z takim wyjazdem i słyszałam, że ledwo dawały sobie radę, musiały prosić rodziców o pomoc, a ci niekiedy się zapożyczać. Celowałam w DE. Ale strach okazał się silniejszy. Zrozumiałam, jak bardzo w każdej decyzji jestem sama. Oczywiście mogłam wyłożyć na to przedsięwzięcie całe swoje oszczędności, tyle, że ja jestem zdana sama na siebie i nie mogłabym nawet prosić o jakiekolwiek pieniądze moich pięknych po powrocie. Byłam jak sparaliżowana. W jednym momencie skłonna postawić wszystko na jedną kartę, by potem analizować każde ryzyko i godzić się płacząc z bólem serca z porażką. Nie jest to mój pierwszy raz, kiedy tak bardzo czegoś pragnęłam, a tak cholernie się bałam. I najbardziej w tym wszystkim zabrakło mi silnego wsparcia i siły napędowej. Kogoś, kto mnie nigdy nie zostawi, a przy wątpliwościach sam zarekrutowałby mnie na tego Erasmusa za moimi plecami, wiedząc ile to znaczy. Zabrakło tego. I dopóki ktoś taki się nie pojawi będę wiecznie tchórzyć i tym sposobem spędzę swoje życie w pieprzonej poczekalni życia, a lepsza przyszłość, na którą czekam będzie tylko krótsza.


„Próbuję w różnych miejscach, od różnych ludzi zbierać po trochu związane z nią okruchy. Ale oczywiście są to jedynie okruchy. Choćbym zebrał nie wiem ile, pozostaną okruchami. Jądro jej istoty zawsze mi się wymyka, jest jak fatamorgana „ Haruki Murakami „Mężczyźni bez kobiet”


Jest taki klej co by je jeszcze posklejał? Co to? Jak istnieje? Gdzie szukać?


 


Ostatnie tygodnie, jakkolwiek były wypełnione smutkiem i żalem, przyniosły mi odpowiedź. Myśl, która nie docierała do mnie przez lata. Teraz to już wiem.
T. Najukochańszy T. Jeden z najdłuższych staży, jeśli chodzi o moich najbliższych przyjaciół. Jest to dowód na to, że potrafię wchodzić w jakieś interakcje z ludźmi i takowe przedsięwzięcie”przeradza się w coś naprawdę owocnego. Wierzcie lub i nie, ale jeszcze ok. 7 lat temu nie byłam zdolna do takich rzeczy. Tak więc potrafię pielęgnować przyjaźnie, pokazywać ludziom, że są cały czas dla mnie ważni. Ale to oni najpierw musieli mnie oswoić.
Tak więc na pierwszy plan zawsze będzie wysuwał się T. Postać, który od pierwszego momentu wywołał u mnie mieszane uczucia i nigdy potem nie potrafiłam przejść obok niego obojętnie. Nie będę się tutaj rozwodzić nad koleją losów naszej dwójki, gdyż nie jest to tematem dzisiejszej notki. Ponadto nie mam na celu rozdrapywania ran, jednak kto bardziej rozgarnięty cofnie się zwyczajnie do początków moich perypetii. Ale wiecie... skoro jesteśmy przyjaciółmi powinnyśmy być w stanie rozmawiać o wszystkim. Ale ja nie jestem mając w pamięci przeszłe wydarzenia. Zawsze czułam jakąś dziwną barierę i po prostu udawałam, że pewne tematy nie istnieją. Nie wiedziałam, jednak z czego do końca się to bierze i jakie uczucia temu towarzyszą, jak się nazywają. A teraz wiem. Urażona duma. Żal. Niepogodzenie z porażką. I fakt, że wciąż nie wybaczyłam, działały na mnie jak płachta na byka, co też objawiało się moją wewnętrzną agresją i wyparciem w stosunku do jego osoby, gdy musiałam słuchać o kolejnych cudownych wycieczkach, świetlanych planach na przyszłość. Planach, w których nigdy mnie nie miało być.

Z tych samej przyczyny nie mam ochoty z nim rozmawiać od tygodnia. Następują u mnie krytyczne, jak zeszłego weekendu momenty, gdy przesypiam całe dnie, jestem senna i płaczę,nie wychodzę z akademika,unikam kontaktu. Bo wiem, co mnie doprowadziło do tego stanu. W takie dni jestem ledwo zdolna do wykonania podstawowych czynności typu wzięcie kąpieli czy zrobienie kanapek. Z uporem maniaka sprawdzam skrzynkę i messengera. Kończę zrezygnowana oglądając głupie filmy. Chodzące zombie, bo wrakiem bym siebie nie nazwała. Już nawet bez wyrzutów sumienia, że niczego nie zrobiłam na uczelnię. Nie muszę Wam tłumaczyć, że tradycyjnie żadne ze znajomych nie ma czasu na spotkanie. Wszyscy zapamiętani w swoim szaleńczym biegu po karierę potykają się o mnie, patrzą mi w oczy, po czym biegną dalej. Świat się nie zatrzyma, żeby ze mną zapłakać...


Na dziś byłoby to tyle. Muszę powrócić do pisania mojej wątpliwej, aczkolwiek pierwszej pracy naukowej. Jutro zaczyna się weekend... Dopowiecie sobie już sami, co to będzie dla mnie oznaczać...


 „Jestem sam. Całkiem sam. Od dawien dawna. Pustka. Jesień. Myśli mało. Co robić, jak nic zrobić nie można, bo po co? Patrzę w sufit. Tak bardzo nie chcę mi się nic robić, że patrzeć też nie mam ochoty. Zamykam oczy i tak leżę, i leżę, i nic. Słońce zgasło na wieki wieków. Amen. Boga nie ma. Czas się zatrzymał. Wszystko się skończyło.” „Jacek Głębski, „Kuracja”


ssss by Cyniczny Romantyzm



Loneliness. The tax I pay every day for the complexity of my mind. 2017-03-17

Saturday, 17 March 2017 7:46 pm


Witaj, Nieznajomy.
Jeśliby uporządkować chronologicznie przebieg wydarzeń od ostatniego wpisu musiałabym cofnąć się do momentu zerwania starych zdjęć ze ściany, a potem imprezy Walentynkowej.

Nazwanie tego imprezą to może za dużo ze względu na liczebność 'ekipy' (sztuk 4), ale cieszę się, że nie musiałam tego dnia spędzać sama. Odwaliłam się tego dnia jak szczur na otwarcie kanału, zakupiłam elegancko 3 butelki wina. Jeśli mam być szczera średnio się bawiłam, ale lepszy rydz niż nic. Głównie chyba chodziło o to, że osoby, które się u mnie spotkały były jakby z różnych środowisk. Tym sposobem jedna dziewczyna praktycznie była nieobecna ciałem, bo biegała do pokoju chłopaków, w którym mieszka niby jeden, którego ona nie reflektuje. Coś chyba na zasadzie psa ogrodnika „sama nie chcesz, komuś nie dasz”.
Moja Kate zaś za bardzo zaangażowała się w przygotowaniu jedzenia i starałam się jej dotrzymywać kroku, jako 'gospodyni'. Trzecia koleżanka też jakby nie wykazywała inicjatywy do pomocy. Czułam, że popełniłam organizacyjną klapę.
I jeszcze tej samej nocy po całej „imprezie”, gdy większość populacji Warszawy oddawała się miłosnym uniesieniom, tłumaczyłam menu jakiejś restauracji, którego de facto moja szefowa nawet nie wysłała do zleceniodawcy. O jej zachowaniach, na które ostatnio brak mi słów opowiem później. I tym właśnie sposobem minęły mi kolejne chujowe Walentynki.

Dzień później zrozumiałam kolejny powód dla którego nie bawiłam się dobrze na tej imprezie. Przy rozmowie z Kate okazało się, że za mniej odpowiedzialną pracę zarabia 3x więcej pieniędzy ode mnie. Lubię ją, a tymczasem byłam na nią cholernie zła. To jest ta Kate, której zawsze wszystko się udaje i wszędzie się wkręci. Tak być nie powinno. Przyjaźnię się z nią, a sama się nakręcam, że muszę z nią konkurować.
To działo się w środku wyjątkowo długich ferii zimowych, kiedy to pisałam pracę licencjacką oraz walczyłam z nowym problemem. W trakcie tej całej swojej depresji zaniedbałam zdrowie, co mnie doprowadziło skruszoną do gabinetu Doktorka J. Tak, również się zdziwiłam patrząc na jego plakietkę. A jeszcze bardziej nie mogłam oderwać od niego samego wzroku. Ja chyba podświadomie wybieram ten sam typ urody. To urasta momentami do rangi psychozy.
„Niech ich wszystkich szlag trafi”- pomyślałam. A wiedzieć musicie, że mam niesamowitego pecha do osobników o tym imieniu.
Jak mi sam Doktorek po zdjęciu RTG powiedział trzeba powtórzyć leczenie kanałowe i założyć plomby na 3 inne zęby.
Tamten dzień generalnie był feralny. Tramwaj nr 20 zrobił mnie ewidentnie w chuja- TRASA SKRÓCONA. Później spłakana pytałam przechodniów o najkrótszą drogę do przychodni WATu, znalazłam jakiś przystanek autobusowy, za chwilę kończyła się ważność mojego biletu, a autobus jak na złość się nie pojawiał. Nie zaznajomiłam się wcześniej z drogą, toteż chciałam mieć więcej czasu w zapasie, a tymczasem przyjechałam ze sporym opóźnieniem. Ten dzień był o tyle ciężki, że kilka dni wstecz miałam dylemat co do wyjazdu na Erasmusa. Nie, nie zdecydowałam się. Odchorowywałam tę decyzję przez następne dni, później pojawiła się sprawa tego bolącego jak cholera zęba. Spóźniony autobus i na domiar wszystkiego padał deszcz. Zaczęłam z bezradności płakać i ja. Nie zważałam na to, że ludzie na mnie patrzyli. Na marną imitację człowieka, na brudną od mizernie zrobionego makijażu twarz. Na tę uczuciową amebę.

 


Wpadłam do tej przychodni mocno spóźniona (30min). Tam dowiedziałam się o wcześniej wspomnianym leczeniu kanałowym i o tym, że 6 lat temu mi pani dentystka z mojej pięknej miejscowości je ewidentnie zepsuła. Usłyszawszy cenę takiego leczenia pokonałam drogę powrotną płacząc. Wpół obejmując siedzenie i mając w poważaniu, że jestem na widoku. Tamten dzień zakończyłam z poczuciem przegranej popijając jeszcze pozostałe z walentynkowej imprezy wino przy głupawej, francuskiej komedii.
Chcąc czy nie chcąc powtórzyłam to leczenie. Równo od pierwszego do dziewiątego marca odbyłam prawie siedem wizyt (część u Doktorka, część prywatnie). Wprawdzie nieodczuwanie bólu przyniosło ogromną ulgę, ale nadal utrzymuję, że ból fizyczny jest lepszy od psychicznego. Z każdą kolejną wizytą coraz mniej odczuwałam ten ból. Nic dziwnego skoro psychicznie się źle czułam.

 


Za samo kanałowe zapłaciłam słono, a ponadto nie mogę się doprosić swoich pieniędzy od szefowej, która miga się od 5 miesięcy od zapłaty. Męczy mnie już dzwonienie co tydzień i pytanie jak płacą zleceniodawcy, a najbardziej słuchania tych samych śpiewek o tym, że wystawiła te faktury i klienci naprawdę już za parę dni zapłacą... Od miesiąca a nawet i więcej nie biorę żadnych zleceń, by kwota ta nie urosła. Chcę jedynie, aby sprawdziła moje referencje i wypłaciła ostatnie kilkaset złotych. Potem zakończymy współpracę.
Z innych bieżących rzeczy przygotowuję napisy do kolejnego filmu na wolontariat. 2 rozdziały licencjatu i morze tłumaczeń na zajęcia. Tonę w tym po pachy. Mam mało czasu i jeszcze źle nim gospodaruję i co najgorsza nikt go nie ma dla mnie.
Wpis uzupełnię. Wściekam tylko się sama na siebie, w końcu coś miałam naskrobać. Póki co mam przyblokowany umysł i „pisarsko” też jakaś bezpłodna się czuję.






"Ale kiedy myślę o okresie, gdy miałem dwadzieścia lat, pamiętam tylko, jak bardzo byłem samotny i sam. Nie miałem dziewczyny, żeby ogrzała moje ciało i serce, nie miałem też przyjaciela, z którym mógłbym szczerze porozmawiać. Codziennie nie wiedziałem, co począć, nie miałem żadnej wizji przyszłości. Przez większość czasu byłem głęboko zamknięty w sobie. Zdarzało się, że przez tydzień z nikim nie rozmawiałem. Wiodłem takie życie przez jakiś rok. To był długi rok. Nie jestem pewien, czy ten okres był srogą zimą, która pozostawiła we mnie cenne słoje" 
Haruki Murakami "Mężczyźni bez kobiet"


Welcome to my world where life is a maze and love is a riddle 2017-02-10

Friday, 10th February, 2017 00: 36


Tak oto dręczył siebie i jątrzył tymi pytaniami, nawet z pewną lubością. Zresztą nie były to pytania nowe ani nagłe, lecz owszem, dawne, dobrze znane, bolesne. Już dawno zaczęły go nękać i stargały mu serce na nic. Od niepamiętnych czasów zrodziła się w nim ta cała obecna udręka, narastała, wzbierała, a ostatnio dojrzała i skupiła się, przybierając kształty okropnego, dziwnego i urojonego pytania, które zamęczyło mu serce i umysł, natrętnie żądając rozwiązania.- Fiodor Dostojewski


  Cześć! Melduję się z dobrym samopoczuciem, zaliczyłam tylko dziś mały spadek formy po pierwszych korektach promotora. Z tego i jeszcze innego, nie dającego mi spokoju powodu postanowiłam napisać.
Moment po zerwaniu tamtych zdjęć zaowocował jakąś dziwną, nową siłą. Znajomi z akademika nie mogli mnie poznać. Chodziłam zrelaksowana, roześmiana. Czułam, że rzeczywiście mam jakąkolwiek kontrolę nad swoim życiem. Albo chociażby złudne poczucie bezpieczeństwa. I rzeczywiście jest mi z nim dobrze. Kolejne dni i noce upłynęły mi na pisaniu pierwszego rozdziału licencjatu, który wyszedł tak sobie. Popłynęło z tej okazji kilka łez i czuję, że boli mnie przez to brzuch. Niby nie denerwuję się tak, jak to zwykłam robić, jednak szkoda mi tych poświęconych na pisanie godzin. Muszę poprawić pewne fragmenty. Chciał czy nie chciał zrobię to!


   Druga sprawa nie daje mi spokoju od wczorajszego wieczoru. Zbierałam się kilka dni z niby to pretekstem zapytania o numer telefonu. Wszystkie straciłam. Albo może właśnie pozbyłam się tych niepotrzebnych. Napisałam do naszego gramatycznego nazisty. Zawsze, absolutnie zawsze mam obawy pisząc do tej osoby. Zawsze zaczyna mnie boleć brzuch.


Numer otrzymałam. Dodaj nowy kontakt. Zapisano.Krótko, szybko i na temat. Bez wyrazu, bezboleśnie, bezbarwnie, bez uczuć.Pytam go, jak życie leci, jak uczelnia. Ciężko mi się o tym pisze, ale to, co usłyszałam nie było dla mnie łatwe. Ktoś, komu wyrządziłam straszną krzywdę ma w tej chwili takie same problemy jak ja. Ciągnie się to za mną, jak kula u nogi: wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za cudze uczucia wobec mojej osoby. A co jeśli to ja doprowadziłam go do takiego stanu? Bo sama borykałam się do niemalże tej chwili z własnymi bolączkami z T, a tej sprawy nie wyjaśniłam? Próbowałam być niby zabawna, żartować i dawać mu dobre rady w tymże temacie #klasycznagorzka#ekspertlevelhardataknaprawdetonie#, choć widziałam, że i on przybierał dobrą minę do złej gry. Tak, krajało mi się serce, bo w tych kilku linijkach jego tekstu zawierały się moje lęki i pragnienia. I chciałam kilku rzeczy: Pomóc mu, skoro samej sobie przy swoim położeniu nie do końca nadal mogę; zaprzyjaźnić się i przeprosić i wyjaśnić.


   Wydawało mi się, że to jest z mojej strony naprawdę dużo. Że w ten sposób wykonam swoją osobistą pokutę i uciszę wyrzuty sumienia. Ale może nie trzeba. Swoją postawą pokazuje, jakby tego wcale nie potrzebował. W ogóle jakby nie posiadał uczuć i nic go w życiu nie ekscytowało.


A jednocześnie widzę, że nie jest zadowolony z obecnej sytuacji. Na koniec konwersacji dodałam, że może napisać, jeśli czuje potrzebę rozmowy. Ale chyba takowej nie będzie, choć ucieszyło mnie, że musiał posiadać jakiekolwiek zaufanie do mojej osoby pisząc już tyle. Myślałam, że pojawi się do tej wypowiedzi jakiś komentarz, jednak skończyło się na wyświetleniu. A ja w nocy układałam sobie w głowie ciąg dalszy wiadomości. Żeby naprawdę nie pamiętał mi tego, co kiedyś dawno powiedziałam. Że to był tylko mechanizm obronny, że byłam tak bardzo niedojrzała emocjonalnie. Że kiedyś to wszystko wyjaśnię. Ale nie tu, nie w internecie. Przy dwóch butelkach wina i będziemy kwita.Przy każdej rozmowie z tą osobą robi mi się pierdolnik w głowie. Ale to może kolejna do odhaczenia na mojej liście rzecz, z którą muszę sobie poradzić sama. Kolejna, która będzie efektem nadejścia tego nowego powiewu siły. Pozwolić odejść kolejnym demonom.

"Dlaczego czasami tak trudno jest rozmawiać? Zamiast prośby o wyjaśnienia serwujemy chłodne spojrzenia. Zamiast żartu - milczenie. Potrzebujemy rozmowy jak dobrego jedzenia, a dobrowolnie wybieramy emocjonalna anoreksję. W środku wszystko krzyczy: mów do mnie! obejmij mnie! kochaj mnie! a jedyne co wychodzi z naszych ust, to słowa nie mające żadnego znaczenia." ~ Jarosław Borszewicz 


xxxxxx


Dobra. Starczy, bo się Królowa Śniegu drugi już raz w ciągu tego dnia popłacze.



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]